Ridgewood, fot. Weronika Kwiatkowska

Ridgewood, fot. Weronika Kwiatkowska

Sąsiad wyrzucił zdezelowany fotel przed dom. Rozszarpany, poplamiony, wygląda jak wyniesiony z meliny. Rozkłada się już trzeci dzień. Cuchnie. Pod zmarniałą od deszczu i mrozu rabatą, walają się ścinki papieru. Rozwleczone po chodniku i ulicy. Jak nitki spaghetti na dnie garnka. Oblepiają schody i ściany. Kilka kroków dalej samotna rękawiczka na płocie. Trupki różowych baloników z napisem happy b-day. Pogięty celofan, resztki szkła. Mieszkamy na śmietniku. Na ogromnym wysypisku. Grzęźniemy po kostki w odpadach, resztkach. Ze stołu. Nienażartego, nienasyconego materią, człowieka. Produkujemy śmieci. Coraz więcej i więcej. Niedługo nie wygrzebiemy się spod hałd polietylenu. Zginiemy jak ryby i morskie ptaki, uduszeni jednorazową siatką na zakupy.

Tiul spalin i pyłu narzucony na pejzaż/ podkreśla każdą zmarszczkę, wydobywa szczegół […] Tutejsi mieszkańcy są bladzi, podobnie zieleń roślin […] Chleb szybko traci świeżość. Czajniki zachodzą kamieniem […] Gdyby rzeki władały swoimi korytami, nie przychodziłyby tutaj. Na wysypiskach śmieci uwijają się chmary ptaków, więc ciasto wyłożone z tęsknoty za okno leży tam daremnie.*

*

Uciekamy do lasu. Tego kawałka, którego nie zdążyli wyciąć. Zostawiamy za sobą cuchnący odbyt miasta. Czarne ulice. Czarny śnieg. Zapadamy się w białe i ciche. Nieskażone. Nieuwalane. Słońce opada miękko. Drzewa są stare i wysokie. Teraz widać wyraźnie proporcje. Jacy jesteśmy nieważni. Wątli i słabi. A jednak zdolni by powalić, wyrwać z korzeniami, ujarzmić te monumentalne maszty. Na których rozpięte niebo. W których – jak pisał poeta – drzemie kołyska. I trumna.

*

Pierwszy dzień marca. Pada śnieg. Przypudrowuje wszystkie niedoskonałości, ropiejące rany, wykwity. Jerry w wielkiej futrzanej czapie, której nie powstydziłby się Nicolae Ceausescu, odbywa comiesięczną kolędę. Ale lokatorzy nie dbają o formę. Żadnych kopert, rozmów przy stole, błogosławieństw. Interesy załatwiają na korytarzu. W słabym świetle żarówki, stary człowiek przelicza dwudziestki, pięćdziesiątki i setki. Ślini palec. Jak by sprawdzał, z której strony wieje wiatr. A wiatr zmian dmie z coraz większym impetem. Ridgewood, które przez lata przypominało betonowe więzienie, budzi się do życia. W kawiarence na rogu, kolejka po kawę. Młodzi mężczyźni, z brodami, okularami, laptopami, rozsiedli się wygodnie. Weekendowe celebracje. Rozprężenie. Dolce far niente. Księgarnia na Woodward też przeżywa prawdziwe oblężenie. Brakuje wolnych stolików. Cosmo uwija się za barem. Młode – jak się okazuje – pretendujące pisarki, pracują skupione. Jedna nad książką, druga nad scenariuszem. Obie z zachodniego wybrzeża. Szukają swojej nowojorskiej szansy. Do dzielnicy przeprowadziły się niedawno. Bo taniej niż na Williamsburgu. I autentyczniej – mówią. Szczupli, bladzi chłopcy zatopieni w lekturze. Mamy z dziećmi. Tłum, który jeszcze kilka lat temu, nie mógłby się tu wydarzyć. A jednak. Cywilizacja białego człowieka w sweterku z lat siedemdziesiątych i najnowszą wersją laptopa z nadgryzionym jabłkiem, dotarła do nas. I wypiera mniej zamożną część. Prasa pisze o niespotykanym wcześniej wzroście cen wynajmu, a pionierzy – jak chociażby Sarah O Różowych Włosach, pomysłodawczyni marketu, na którym lokalni artyści i wytwórcy mogą sprzedawać swoje produkty, pisze petycje do władz. By nie zamieniać Ridgewood w Quooklyn. Ale protesty nie zatrzymają trendów. Dzielnica robi się coraz bardziej modna. Pofabryczne pustostany przeistaczają się w lofty. Powstają galerie sztuki, studia tatuażu, stowarzyszenia poetów i setki innych, oddolnych inicjatyw. Co rusz otwierają jakąś nową restaurację, cukiernię, bar – o których piszą w New York Timesie. Wydaje się, że nie miał racji Wojtek Korda śpiewając: na betonie kwiaty nie rosną. Rosną, tyle że (jeszcze) nie pachną.

*

Cieszę się z tych zmian i martwię się nimi. Co będzie, gdy stary, dobry Jerry ściągnie futrzaną czapę i uda się do krainy wiecznych łowów? Odejdzie pokolenie, które pamięta jeszcze biedę w starym kraju i trudne początki emigracji. Czy następcy będą potrafili oprzeć się napierającej fali? A może zawładnie nimi żądza pieniądza i będziemy musieli opuścić miejsce, które – choć betonowe, brudne i trudnej urody – zdążyliśmy pokochać. O Ridgewood, ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię… straci.

*Jacek Podsiadło