Kiedy ten kochany Fryderyk Chopin się urodził? Spory biografów i muzykologów trwają, odkąd sięgam pamięcią. Z jednej strony mamy świadectwo chrztu, z drugiej zaś list samego Fryderyka. Przytaczam je w oryginale. Najpierw zaświadczenie o chrzcie:

Ja, jak wyżej [Józef Morawski, wikary brochowski], dopełniłem ceremonii chrztu ochrzczonego z wody dziecka dwojga imion Fryderyka Franciszka, urodzonego 22 lutego, z Wielmożnego Mikołaja Chopina, Francuza, i Justyny z Krzyżanowskich, prawowitych małżonków. Rodzicami chrzestnymi [byli] Wielmożny Franciszek Grembecki ze wsi Ci [e] pliny i Wielmożna Anna Skarbkówna, hrabianka z Żelazowej Woli”.

A teraz list Fryderyka: „Uwiadomienie o wyborze na członka stowarzyszonego, jakim mnie zaszczycić raczyło Towarzystwo Literackie, doszło mnie 15 b. m. Upraszam Pana W. Prezesa, abyś zechciał być tłumaczem wdzięczności mojej przed rodakami, którzy mi tak mocny dowód zachęty i pobłażania dali. Zaszczyt wejścia w ich grono będzie mi bodźcem do nowych prac odpowiadających celowi Towarzystwa, któremu niosę gotowość do usług ze wszystkich sił moich.
Zostaję z głębokim uszanowaniem prawdziwym Sługą
F. F. Chopin urodzony dn. 1 marca 1810 r. we wsi Żelazowa Wola w województwie mazowieckim. [Paryż, 16. Stycznia 1833]”.

W rezultacie jedni czczą narodziny kompozytora 22 lutego, inni zaś 1 marca. Niezależnie od rzeczywistej daty, jedno jest pewne od początku – Chopin jest najpiękniejszym zjawiskiem, jakie daliśmy światu. Jego wybór na członka Towarzystwa Literackiego był w pełni uzasadniony, albowiem rzeczywiście przejawiał zdolności pisarskie, o czym świadczą listy. Jego opisy sytuacji i żarty bywają znakomite, nie mówiąc już o darze spostrzegawczości, pastiszu i parodii. Ciekawe, że będąc twórcą muzyki z natury refleksyjnej i uczuciowej, w życiu prywatnym odznaczał się sporym dystansem i równie dużym poczuciem humoru. Był wielbiony przez wszystkich, poza synem George Sand – Maurycym, który był o niego zazdrosny. Inteligencją przewyższał większość sław w swej epoce. Jakoś mało go mamy w naszym obecnym życiu duchowym, jakoś zbyt mało go w dzisiejszej Europie, Ameryce i Polsce. Kochają go Chińczycy i Japończycy, ale tak naprawdę nie wiemy dlaczego, bo się tym nie interesujemy.

$

Disco Polo jest wciąż ulubioną muzyką olbrzymiej większości Polaków. Wcale się tego nie wstydzą. Krytycy muzyczni mówią, że trzeba w końcu z tym się pogodzić. Ja jakoś nie umiem.

$

Zmarł Bohdan Tomaszewski, bodaj nasz najwybitniejszy sprawozdawca sportowy. Elegancji Jego manier i elegancji polszczyzny nikt nie mógł sprostać. Język polski w Jego ustach stawał się piękną mową. Na wszystkich oddziaływał tembr Jego głosu a sposób Jego obrazowania przemawiał i porywał nie tylko radiosłuchaczy i telewidzów, ale także osoby niewidome. Był wzorem. Niedościgłym. Miałem zaszczyt rozmawiać z Nim parokrotnie. Dobrze orientował się w literaturze, teatrze i filmie. Chciał pracować dla podziemnego Radia Solidarność, ale był zbyt rozpoznawalny. Na początku maja 1989 r. zgłosił się do legalnego już solidarnościowego radia tworzonego przez Janinę Jankowską. I pewnie byśmy tam razem pracowali, gdybym nie pozostał w Nowego Jorku. Nie przesadził ani na jotę Gustaw Holoubek mówiąc o Bohdanie Tomaszewskim – „Sport uczynił wielkim a sportowców ludźmi większymi niż byli w istocie”. Tak było.

$

Bohdan Romaszewski, mistrz słowa polskiego – „Najważniejsza jest cisza”.

$

„Masakryczne” jest już równie idiotyczne jak „magiczne” i „klimatyczne”. Powraca również do łask określenie „genialne”. Geniuszy wprawdzie nie ma, ale już niemal wszystko jest genialne. Dobrze trzyma się wciąż słowo „wypasiony”, karierę robi także przymiotnik „najważniejszy” lub określenie „jeden z najważniejszych” w odniesieniu do polityków, artystów i znanych osób. Mamy zatem teraz ludzi najważniejszych, ważnych i nieważnych. Z młodości przypomniały mi się trzy stopnie męskości – supermen, men i Niemen. Ot taka niesprawiedliwa złośliwość.
$
„Nacjonalizm to wolność” – taki napis nieśli krakowscy nacjonaliści w Dniu Żołnierzy Wyklętych. Ja myślę, że nacjonalizm to aberracja. Ojciec Józef Maria Bocheński nazywał go idiotyzmem. Niesłychanie groźny, bo rozbudzający a potem podsycający nienawiść do innych narodowości. Zawsze rodzi też nacjonalizm u tych nienawidzonych. Zawsze!

$

Powstańcze odcinki serialu „Czas honoru” oglądam tak, jakbym nie widział, jak Powstanie się skończy i co się stanie z jego bohaterami. Biorą mnie aktorzy kreujący postacie cichociemnych. Wierzę im. Wybaczam naiwności scenariusza i każdą walkę przeżywam całym sobą. Jak miliony moich rodaków. Ten jakże potrzebny serial to wielkie osiągnięcie Polskiej Telewizji.

$

Z żalem pożegnałem dotychczasową siedzibę Instytutu Piłsudskiego w przy 180 Second Avenue na Manhattanie. Była jednym z najprzyjemniejszych znanych mi miejsc. Nie tylko w Nowym Jorku. Nigdy nie miałem dość patrzenia na wspaniałe obrazy i rysunki, pod którymi wczytywałem się w dokumenty z Adiutantury Naczelnego Wodza i Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich. Na ścianach m.in. Matejko, Wyspiański, Wyczółkowski, Zdzisław Czermański, Aleksander Gierymski, Wojciech Kossak, Odo Dobrowolski. Wśród dokumentów zaś listy do marszałka Piłsudskiego wysłane przez premiera Paderewskiego, marszałka Focha, premiera Clemenceau a także sprawozdania generałów Rozwadowskiego, Hallera, Sikorskiego… Na co dzień miałem powtórkę i uzupełnianie wiedzy z historii. Pasjonowało mnie to. Wczytując się w te dokumenty, nie tylko poznawałem kulisy wielkich wydarzeń, ale i przeżywałem ponownie Powstanie Wielkopolskie i Powstania Śląskie, wściekałem się na Anglików sprzyjających Niemcom przeciw Polsce i na złość Francji. „Walczyłem” o Gdańsk, Śląsk, Małopolskę Wschodnią i Wileńszczyznę. Z marszałkiem Piłsudskim zdobywałem Kijów a z generałem Rozwadowskim ratowałem Warszawę przed bolszewikami. Utwierdzałem się raz po raz jak bardzo jestem polski. Dużo by pisać. Wiele dobrego powinienem także napisać o serdecznych więzach, jakie połączyły mnie w Instytucie z jego prezesem Magdą Kapuścińską, dyrektorem wykonawczym Iwoną Korgą oraz z Jolantą Szczepkowską i Agnieszką Brissey. Z panią prezes lubiłem się przekomarzać politycznie i ideologicznie. Więzy sympatii połączyły mnie także z wiceprezesem Markiem Zielińskim i jego małżonką Joanną. Ciekawe były rozmowy z historykami z różnych uczelni i pracownikami IPN-u współpracującymi z Instytutem. Podziwiałem ich wiedzę i ufałem ich bezstronności. Cieszyłem się, kiedy podzielali moje przekonanie, że historię trzeba napisać na nowo, odkłamując ją i odmitologizowując. Dobrze mi było w tejże siedzibie Instytutu. Nie mnie jednemu. Nie znam nikogo, kto by ją źle wspominał.