W Berlinie owiał mnie pierwszy tegoroczny podmuch wiosny. W Tiergarten ptaki ćwierkały tak radośnie, jakby były pewne, że zapanuje ona już na dobre. W południe słońce grzało na tyle mocno, że dołączyłem do „plażowiczów” opalających się na łące rozciągającej się między Reichstagiem a Bundestagiem. Niektórzy rozebrali się nawet do pasa i chodzili boso. Pojawiły się także grupy młodych ludzi, które urządziły sobie na trawie improwizowany piknik. Ot, zasiedli na paltach i swetrach, coś pojadali, czymś popijali i opowiadali śmieszne rzeczy. Do nich dołączali się inni. Także ugarniturowani pracownicy z Bundestagu. Kto wie, może nawet i posłowie. Po godzinie były nawet radosne śpiewy, ale niegłośne i niebuńczuczne. Snadź bąbelkowe procenty zadziałały. Bardzo podobał mi się kontrast pomiędzy monumentalną architekturą owego Reichstagu a widokiem ludzi leżących lub siedzących na tychże łąkach. Tu powaga pod wyrytym na frontonie hasłem: „Dem Deutschen Volke” („Narodowi niemieckiemu”) a tu sielanka niczym z obrazów Watteau czy wedut Guardiego. Nieopodal piknik zrobili sobie też nasi rodacy, rozsiadając się gremialnie na skwerze po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej. Niektórzy spali pijani wśród butelek po piwie. Inni tymże piwem wciąż się zaprawiali przekrzykując się nawzajem. „Kurwy” latały w powietrzu raz po raz. Zagraniczne wycieczki przekraczające Bramę ze wschodu na zachód przyglądały się tej egzotycznej scenerii. Nie obyło się bez prowokacyjnych okrzyków typu: „Co się kurwa gapisz? Polaka nie widziałeś?”

#

Lubię chodzić po dachach i szklanej kopule Reichstagu. Widać z niej, nie tylko, co się dzieje wewnątrz budynku, począwszy od sali obrad, ale także panoramę miasta we wszystkich kierunkach. Gdzie nie spojrzeć, tam wielkie place budowy z wysokimi dźwigami. Berlin się wciąż na nowo buduje.

#

Po dawnej Kancelarii III Rzeszy i Bunkrze Hitlera między Wilhelmstrasse a Eberstrasse nie ma śladu. Stoi w tym miejscu rozległe osiedle mieszkaniowe. Ładne nawet. Niemniej wielu turystów przychodzi tutaj, by znaleźć się choćby w pobliżu miejsca śmierci jednego z największym potworów w dziejach. Tam, gdzie spalono jego ciało, między parkingami, stoi skromna tablica informacyjna. Ledwo widoczna, jakby prowizoryczna. Ale wycieczki podchodzą do niej. Jedna po drugiej. Przychodzi też tu dużo Rosjan. W ogóle język rosyjski często słyszy się na pryncypalnych ulicach Berlina. Częściej niż angielski. Miałem wręcz wrażenie, że jest drugim językiem po niemieckim.

#

Na miejscu willi Goebbelsa jest teraz Pomnik Żydów zamordowanych w Europie przez nazistów, zwany potocznie Pomnikiem Holokaustu. Jest to olbrzymi, pofałdowany plac wypełniony blokami z betonu o różnych gabarytach. Jednym kojarzą się one z nieistniejącymi już dzielnicami żydowskimi, innym z żydowskimi cmentarzami, jeszcze innym ze schronami lub komorami gazowymi. Pomiędzy nimi chodzą turyści z całego świata. Później podążają do sal pamięci. I one, i sam ten plac-pomnik robią wielkie wrażenie. Nawet młodzi ludzie w strojach modnych ugrupowań, nie wyłączając obszarpańców i zakolczykowanych przebierańców wszelkiej maści, cichną tutaj i poważnieją. W pobliżu, po drugiej stronie Ebestrasse jest Pomnik Holokaustu Homoseksualistów i Lesbijek (Denkmal für die im Nationalsozialismus verfolgten Homosexuellen). Inny pomnik dedykowany homoseksualnym ofiarom nazizmu znajduje się przy stacji metra. Napis na pomniku brzmi: „Totgeschlagen – Totgeschwiegen” czyli „Zabici – przemilczani”. Przed nim ustawiony jest baner z napisem – „Respekt immer, Hass nimmer”, czyli „Szacunek zawsze – nienawiść nigdy”.

#

Po północnej stronie Bramy Brandenburskiej jest park i pomnik upamiętniający Holokaust Europejskich Sinti i Cyganów. Tu z głośników ulokowanych na drzewach rozbrzmiewa cichutko niesłychanie przejmująca muzyka, której motywem przewodnim jest skarga przeplatana jękiem rozpaczy.

#

Wspomniany Tiergarten nie jest szczególnie romantycznym parkiem. Raz jest ufryzowany, raz dziki, tu klomby, tam krzaki, tu jeziorka, tam sadzawki, tu łąki, tam szosy. Owszem, miewa ładne fragmenty, ale nie budzi większego sentymentu. Jest równie wielofunkcyjny jak Central Park na Manhattanie. Popiersie księcia Józefa Poniatowskiego vis a vis ambasadorskiej dzielnicy jest miłe polskiemu oku i sercu.

#

Idąc tropem Konrada Swinarskiego, wielkiego reżysera, zwiedzam teatr Berliner Ensemble, gdzie praktykował on u samego Brechta. Prawdę mówiąc, wdarłem się doń bezczelnie wejściem dla artystów, nie czekając na wycieczkę z przewodnikiem. Miałem zdaje się tak pewną siebie minę, że aktorzy i pracownicy techniczni byli przekonani, że jestem specjalnym gościem i mam prawo wszędzie zaglądać. I zaglądałem, podziwiając wzorowy porządek i słuchając wzorowej niemczyzny rozlegającej się ze sceny podczas próby„Procesu” Kafki. Numer ten powtórzyłem potem w pobliskim Deutsches Thaeter, szukając ducha Maxa Reinhardta. I na jednej i na drugiej scenie szeroko pojętą klasykę gra się w realiach i kostiumach współczesnych. Sądząc ze zdjęć, scenografia jest zazwyczaj wielofunkcyjną maszyną. I w jednym, i drugim teatrze jest minimalistyczna. Rozbuchanie scenograficzne zobaczyłem dopiero na rewiowej scenie Friedrichstadt-Palast. Repertuar Berliner Ensemble jest imponujący. Wystawia się tam głównie wielkich klasyków i uznanych autorów współczesnych. Na afiszu jest m.in. „Hamlet”, „Matka Courage i jej dzieci”, „Woyzeck” oraz „Judasz” Amosa Oza, „Kaspar” Petera Handke i dramaty Thomasa Bernharda. Codziennie gra się inną sztukę. Jeśli wierzyć statystykom, berlińczycy tłumnie chodzą do teatru, opery i filharmonii, mimo, iż bilety są bardzo drogie.

#

W Domu Bertolda Brechta i jego żony, aktorki Heleny Weigel przy 125 Chauseseestrasse oglądam pamiątki po nich i zaglądam do archiwum teatralnego. Okna ich mieszkania wychodzą na cmentarz Dorotheenstatischer Friedhof, na którym oboje są pochowani. Ot tylko kilkanaście kroków od drzwi tego domu. Nie czuję specjalnego nabożeństwa do mistrza Bertolda, ale cenię go za „Matkę Courage”, „Mahagonny” „Życie Galileusza”, „Karierę Artura Ui” i kilka istotnych rzeczy, które chciał nam powiedzieć w formach przedtem nieznanych. Idę zatem na jego grób, mijając po drodze wiele grobów z polskimi nazwiskami. Potem odwiedzam groby Anny Seghers, Henryka Manna i Arnolda Zweiga. Wracając przez sąsiedni cmentarz Franzosicher Friedhof natykam się na mogiłę Daniela Chodowieckiego, wspaniałego rysownika z Gdańska.

#

W Berlinie są wciąż ulice Karola Marksa, Fryderyka Engelsa i Karola Liebknechta oraz plac Róży Luksemburg. Zdumiewające.