Edmund Korzeniewski

Z Edmundem Korzeniewskim znam się nie od dziś, miałam wielokrotnie przyjemność oglądać jego prace na wielu wystawach, a w 2009 roku recenzowałam jego prace pokazywane w Kurierze Plus.

Od tego czasu upłynęło niemal sześć lat, a mnie dochodzą głosy, że artysta wybiera się na stałe do Polski. Czas więc, by w naszej bardzo skromnej przestrzeni wystawowej pokazać choć kilka jego prac, żeby – kiedy już nas opuści – zachować w pamięci tę wielce oryginalną i piękną, choć niełatwą sztukę.

Biblioteka na Greenpoincie od kilku już lat bowiem pokazuje prace artystów z Greenpointu i nie tylko. Wystawiali u nas między innymi Magdalena Zawadzka, Nina Hons, Janusz Skowron… Od niedawna staram się z każdym potencjalnym artystą przeprowadzić krótką rozmowę na temat pokazywanych prac…

Kiedy artysta pojawia się w bibliotece na umówioną rozmowę, spodziewam się, że zajmie nam to może czterdzieści minut, może godzinę. Tymczasem Edmund rozkłada albumy, w których pieczołowicie zatrzymał wszystkie ważniejsze momenty swojej artystycznej kariery.

Kiedy na stole pojawiają się kolejne zdjęcia i zaczyna płynąć opowieść, zdaję sobie sprawę, że mam do czynienia z człowiekiem, którego życie jest sztuce podporządkowane i sztuką wypełnione. I tak było od zawsze.

– Malowałem od zawsze, od kiedy tylko pamiętam, od dziecka. Jestem więc najpierw malarzem. Pierwszą wystawę miałem w wieku 12 lat – opowiada.
Ale przecież nie studiował malarstwa w Polsce! Nie podobała mu się atmosfera artystycznych uczelni, nie widział perspektyw ustabilizowanego życia po szkole.

W wolnych chwilach Korzeniewski malował obrazy. Dlaczego? Możemy mówić tu chyba o wewnętrznym przymusie, który każe człowiekowi robić coś, co niekoniecznie jest jego pierwszym wyborem. Ten wewnętrzny imperatyw zadecydował zapewne o tym, że kiedy w 1984 roku Edmund znalazł się w Nowym Jorku (a przyjechał, jak wielu z nas, na chwilę) kwestia pozostania wyniknęła naturalnie.

Czy to nowojorskie, przesycone artystyczną atmosferą powietrze o tym zadecydowało? Trudno powiedzieć, ale życie Edmunda nabrało zupełnie innego wymiaru, a jego malarski talent został poddany obróbce w Parsons School of Design, w New School, w Cooper Union, w Queens College. To, co można by w innych warunkach uznać za pewien deficyt, za wadę, stało się moją siłą – wspomina.

Nie studiowałem w Polsce, zatem nikt na mnie nie naciskał, nikt mnie nie kształtował, nikt nie uczył ‘po swojemu”, nikt nie skaził swoją wizją. Kiedy zacząłem uczyć się tutaj, miałem już swój styl, swoje wyobrażenie świata. Wtedy też zaczął artysta poznawać kolegów „po fachu”. W jego biografii zaczęły się pojawiać nazwiska wielkich twórców i nauczycieli w pracowniach których uczył się nowych technik i kształtował na nowo swoje artystyczne „ja”. Pomogła mu też bardzo życzliwość amerykańskiego środowiska. Jak opowiada, miał wiele szczęścia, bo na początku nikt go nie polecał i nie przedstawiał, a jedynie mówiła za niego jego sztuka.

Wtedy w jego życie weszła także grafika, czyli, jak mawiają Amerykanie, printmaking. Ale najpierw jestem malarzem, a dopiero potem grafikiem – podkreśla Korzeniewski. Zawód malarza jest najtrudniejszym zawodem świata, obok zawodu miłosnego. – dodaje żartobliwie.

Przed moimi oczami przewijają się zaproszenia na wystawy, zawiadomienia o nagrodach, dyplomach i wyróżnieniach: najbardziej prestiżowe galerie Nowego Jorku, Indie, Francja, Anglia. Towarzyszą im wielkie nazwiska artystów, z którymi Korzeniewski stawał wielokrotnie w jednym szeregu.

Jego prace akceptowane były na międzynarodowe salony, w których brali udział jego mistrzowie, którzy stali się jego kolegami: Athos Zacharias, Tom Ryan, wszyscy najlepsi. Ich prace znajdują się w muzeach całego świata, w prywatnych galeriach. Wystawa w Indiach tak się podobała, że była kilkakrotnie przedłużana. Był jednym z pierwszych artystów, którym Konsulat RP, zaraz po transformacji ustrojowej, urządził wystawę.

Następnym etapem artystycznej drogi Korzeniewskiego stała się grafika.
Malarstwo w pewnym sensie jest za łatwe. Malujesz, startujesz z wystawami, a po paru latach nie ma emocji, nie ma dreszczu. W malarstwie wizja świata, który ma być przedstawiony kontrolowana jest od początku do końca. Czasami zdarza się przypadkowy element, coś intrygującego w kompozycji.

Czasami nawet pojawiają się dwa takie elementy i powstaje dylemat, co z nimi zrobić. Wtedy trzeba dokonać czegoś, co nazywam aborcją artystyczną, odrzucić coś, może zatrzymać na przyszłość. Czasami taki intrygujący element zauważam po jakiś czasie i wtedy staje się on zaczątkiem nowego obrazu. A nowy obraz staje się zaczątkiem cyklu – opowiada artysta.

Pracuję w cyklach, tworzę obrazy, które wynikają jakby jeden z drugiego. Lubię wielkie formy, ale wracam po jakimś czasie do małych formatów. Nuży mnie uprawianie jednego sposobu sztuki. Są tacy, co dłubią w jednej technice całe życie. Mnie to nie interesuje. W Galerii Kuriera, jeszcze w starej siedzibie, w 2000. roku pokazałem dwadzieścia dziewięć prac, w których zestosowałem 15 technik. Stąd moje zamiłowanie do form graficznych. W grafice jest niezliczona ilość technik i cały czas powstają nowe.

Jeśli weźmie się pod uwagę, że grafika pozwala przetworzyć płaską, malarską ideę na dzieło wielowymiarowe, w którym ważne są cienie, odbicia, załamania, ślady wyżłobione lub naddane, to wtedy możemy zrozumieć, dlaczego jest to tak fascynujące. Ale wrócę do malarstwa. Byłem i jestem dobrym kolorystą, wierzę, że na powrót odnajdę się w klasycznym malarstwie. Nie, nie – śmieje się Edmund Korzeniewski, jakby odgadując moje następne pytanie – mówiąc „klasyczne” nie myślę o malarstwie realistycznym.

Ubóstwiam abstrakcję, ona tak naprawdę pobudza do myślenia, sprawia, że każdy może mieć swoją własną wizję tego, co chciał przekazać artystą. Największym abstrakcjonistą był ten, kto wymyślił koło…

Czas porozmawiać o naszej wystawie, ustalić szczegóły.

Wystawa, którą pokażę tu, w brooklyńskiej bibliotece, to będą tylko prace w technice fotokolografii, jednej z najnowszych technik graficznych. Laik zazwyczaj nie ma pojęcia, co to jest, więc pozwól, że wytłumaczę – mówi artysta i kładzie na stole kolorowe płytki. Teraz dopiero zaczyna się prawdziwa teoretyczna lekcja grafiki.

Na wystawę Members Holiday Show 2012, organizowaną przez członków Manhattan Graphics Center przygotowałem coś, co zaskoczyło wszystkich. Ale najpierw muszę wyjaśnić, czym jest kolografia. Otóż potrzebna jest do tego płytka, mocna, z drewna, z aluminium, z metalu, z grubego kartonu – jaki materiał najbardziej lubisz czy cenisz, czyli matryca.

Na to naklejasz różne rzeczy – skrawki metalu, trawę, liście, sznurek, kawałki plastiku czy cokolwiek innego. W ten sposób powstaje coś w rodzaju kolażu, który trzeba zabezpieczyć. Na to nałożona zostaje farba do drukowania wgłębnego, a potem wycierasz to, to musi być wybrane. Kładziemy na to papier i przepuszczamy przez prasę. Są dwa sposoby traktowania płytki – jako intaglio, wgłębnie i jako relief, czyli wypukle, przy czym można mieszać oba sposoby. Do tego potrzebny jest papier – używam francuskiego, białego lub w kremowym kolorze.

Edmund wyciąga z teczki skończoną grafikę „Sunflowers for Van Gogh”. Nieregularne plamy układają się w koła przypominające kwiaty słonecznika. Zachwyca ich struktura, różne odcienie szarości wciągają widzą w głąb.
Widzisz tę matrycę? –artysta pokazuje kolorową płytkę. Te słoje, tutaj, które powstają w trakcie pracy nad nią, to dodatkowy efekt, który pogłębia intymność obcowania widza z pracą.

Ale wróćmy do wystawy w 2012 roku. Otóż zastosowałem tam jeszcze jedną odmianę kolografii, która nazywa się liquid photo polymer intaglio. W skrócie polega to na nałożeniu ciekłego fotopolimeru na …uwaga – płytkę plastikową. Nie drewnianą, metalową, czy kartonową, ale właśnie na plastikową. Następnym krokiem jest naświetlenie matrycy i wywołanie w roztworze soli kuchennej. Taką matrycę odbija się na papierze i właśnie te słoneczniki, które tu widzisz, są pokazową pracą w tej technice.

Dotychczas w środowisku grafików amerykańskich znane były tylko dwie formy fotopolimeryzacji: w postaci gotowych płytek Solar Plate, bardzo drogich i przez to rzadko używanych przeze mnie i na kliszy fotopolimerowej, którą przed naświetleniem należy przykleić do płytki, co zwykle nastręcza wiele problemów.

Ciekły fotopolimer – którego sprowadzenie tu z Europy nie było łatwe i zabrało mi wiele czasu – podobnie jak wymienione wyżej formy jest fotowklęsłodrukiem i zalicza się do tzw. toner wash drawing intaglio, type non-etch. Skomplikowane, prawda? – śmieje się Edmund. Co ważne, to to, że jest to technika nietoksyczna, bardzo przyjazna środowisku. Jest też wygodna technicznie, bo płytkę można przyciąć do dowolnego formatu, a sam polimer nakłada się wałkiem lub metodą sitodruku. Ech, opowiedziałbym Ci o sitodruku, mojej pierwszej miłości w grafice, ale zajęłoby to następną godzinę…

Mówię artyście, że wydaje się to wszystko bardzo pracochłonne. Oczywiście, ale ile przy tym radości, ile zaskoczenia można przeżyć, kiedy patrzy się na gotową już odbitkę. Ile ekscytacji jest przy odkrywaniu błędów, bo każda odbitka wychodzi inaczej i czasem zdarzają się niedoróbki – niedociągnięty wałek, wyrwanie kawałka papieru. W grafice to jest ekscytujące, że niezależnie od doświadczenia nigdy nie wiesz, jaki będzie końcowy wynik. Kładziesz matrycę pod prasę, przeciągasz wałkiem, ręce ci drżą. Czeka Cię wielka niewiadoma, zdejmujesz papier z płytki i albo masz błąd, albo coś, co zapiera dech. I to jest właśnie ta nagroda za trud, za pracę włożoną w przygotowanie tego wszystkiego.

Jak powstają moje grafiki? Widzę formy, kształty, domyślam się, co może się pod nimi kryć. To, co komuś wydaje się brzydkie, dla mnie jest ciekawe, czasem piękne, zawiera jakoś treść, informację o mnie, o świecie, o tym co myślę, o tym, co chciałbym powiedzieć innym…

Jeszcze przez chwilę oglądam grafiki Edmunda, staram się jak najwięcej zapamiętać, żeby móc opowiedzieć o tym, innym, ale artysta uspokaja mnie: na otwarcie wystawy 26 marca przyniesie ze sobą matryce i będzie pokazywał i tłumaczył zainteresowanym cały proces powstawania fotokolografii.

Prace Edmunda Korzeniewskiego mają w sobie wiele dekoracyjności, ornamentu. Niektóre jakby ilustrują kosmiczne fale wiatru rozchodzące się w przestrzeni, inne przywodzą na myśl wykopaliska oceanicznych prastworzeń. Jeszcze inne wyraźnie ożywiają ludzkie postaci, widać w nich ruch, taniec, płynność.

Nie można oczywiście narzucać nikomu takiej czy innej interpretacji – chodzi tu raczej o przekazanie myśli artysty zmierzającej do odkrycia niewidocznego, odsłonięcia zakrytego, dopowiedzenia niedomówionego. Korzeniewski przeistacza rzeczywistość w sposób bardzo silny, sugestywny, ale nie mówi o tej rzeczywistości prozą. Opowiada o niej w sposób liryczny, pokazując widzowi, że wszystko jest poezją…