fot. Weronika Kwiatkowska

fot. Weronika Kwiatkowska

Budzę się w południe. Bez względu na to, o której wstaję.* Poranki są nieludzkie. Zadają gwałt. Wyszarpując z bezpiecznego kokonu pościeli. Wyłuskując ze snu, jak z brzucha matki. Gdzie ciepło i bezpiecznie. Gdzie śnią się krainy odległe, fatamorgany i podróże międzyplanetarne. A czasem ogromne, kudłate psy defekujące na trawniku. Na którym – z niewyjaśnionych przyczyn – leżę. I doprawdy nie wiadomo co z tym zrobić. Z psią kupą. Rabatką przed domem. W innym kraju. Języku. I życiu. Można tylko, półprzytomnym wzrokiem, odczytać przepowiednię smoczego sennika, który przewidział każdą ewentualność. Nawet odchody czworonogów. Pojedyncze – przynoszą szczęście. Zwielokrotnione – zapowiadają pomnożenie majątku. Co oznaczają kudłate zadki – wolę nie sprawdzać. U Freuda wszystko prowadziło do dewiacji seksualnych, skrytych popędów. Nie jestem gotowa zmierzyć się z myślą o potencjalnej, wypartej parafilii. Szczególnie o dziewiątej rano. Szczególnie przed śniadaniem. Kiedy nie wiadomo co zrobić. Więc robi się herbatę. Minę do lustra. Grzankę. Kolejny krok. Ku nieuchronnemu.

Wczoraj rzucałam monetą. I mięsem. Kropki i kreski zamieniały się w przepowiednię. „I CING – Księga Przemian” wydała orzeczenie: Czekanie. Jeśli jesteś szczery/ Masz światło i powodzenie. Wytrwałość przynosi pomyślny los. Sprzyjającym jest przekroczyć wielką wodę. Wcześniej było coś o przegryzaniu, ale heksagram przedstawiający otwarte usta, pomiędzy którymi tkwi przeszkoda, nie do końca odpowiadał na postawione pytanie. Nie rezonował – jak powiedziałby znajomy spirytualista, co w Tao nie wierzy, ale wierzy w energię i od lat próbuje mnie przekonać, że dusza, zanim przyjdzie na świat, podpisuje umowę na życie. Bierze je w leasing. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Rodzicami, językiem, krajem, kolorem skóry, zapisem DNA. Zgadzając się na każdy, nawet najpaskudniejszy, scenariusz. A im trudniej, tym lepiej. Bo podnosi się poziom świadomości i jesteśmy szczebelek wyżej na drabinie samorozwoju. Co jest na końcu, nie pamiętam. Nawet nie wiem, czy jest jakiś koniec. Jakaś nirwana. Czy raczej nieskończona wędrówka. Po światach, epokach, stanach skupienia, bytach.

Trochę zazdroszczę tym, którym się wydaje. Że wiedzą. Mają pewność. Albo tylko nadzieję. Którą dzielą się, jak opłatkiem. W dobrej – nomen omen – wierze. Że zbłąkaną przywiodą z powrotem. Do stada. Czasem się dziwię. Że tak łatwo biorą cudze prawdy za własne. Z neoficką naiwnością przyjmując każdą niedorzeczność za pewnik. Nie zastanawiając się nad mnogością wierzeń, praktyk, obrzędów. Noszą czerwone sznurki na rękach i święte kamienie w kieszeniach spodni. Stawiają figurki na skleconych naprędce domowych ołtarzykach. Udając, że wcale nie próbują znaleźć ukojenia dla udręczonej duszy. Że są spokojni, wyciszeni, pogodzeni. Że doznali oświecenia. Jak by to było takie proste. I zależało od kilku rekwizytów ze sklepu z kadzidełkami.
Nie rozumiem, ale nie oceniam. Nie zwalczam. Raczej przyglądam się. Przysłuchuję. Z ciekawością. Bo lubię ulegać złudzeniom. I jakaś część mnie świetnie się bawi, słuchając starożytnej wyroczni, która mówi poezją, zostawiając miejsce na dowolną interpretację. Przekroczenie wielkiej wody – w sensie ścisłym, każe myśleć o powrocie do Europy. Do domu. Skończy się emigrancka poniewierka, ojczyzna przytuli, jak dobra matka, do zielonego łona, co mlekiem i miodem, makiem i chabrem, złotym zbożem i jaskółką na błękitnym niebem, płynie i prysną wszelakie troski, dusza zostanie uleczona, ciało takoż. Ale jeśli to metafora? Jeśli „wielka woda” z Wielkiej Księgi Przemian, to kałuża codziennych, prozaicznych problemów? Które j- jeszcze – nie mogę przekroczyć, ale wystarczy, że będę wytrwała i cierpliwa, los się odwróci? Co w takim razie z zapisaną „umową”? Czy cokolwiek jeszcze zależy ode mnie? Teorie nawzajem się wykluczają. Raz jestem pionkiem na kolorowej planszy. Ktoś/coś rzuca kostką. Przeskakuję pola. Cofam się. Zbijam. Albo jestem zbijana. Na szczęście mam więcej, niż jedno życie. Ale nie mam na nie wpływu. Ktoś/coś gra mną w chińczyka. Co w takim razie ze świadomością? Siłą myśli/ intencji? Samo-uzdrawianiem? Doświadczaniem, które jest kluczem do rozwoju? Jestem pionkiem – czy ręką, która go porusza? A jeśli ręką – to gdzie reszta? I kto narysował planszę?

Umysł przeszkadza. Sprowadza na manowce. Do punktu, w którym kończą się odpowiedzi. Zostają domysły. Przeświadczenia. Wiara. Wydaje się, że miał rację filozof ze „Świata Zofii”, który tłumaczył dziecku, że wszechświat to królik, a my żyjemy głęboko w jego futrze, próbując wspiąć się po jednym, z cienkich włosków, żeby zajrzeć w oczy temu, który wyciąga zwierzątko z cylindra. Wielkiemu Sztukmistrzowi. A wiara w coś nie jest właściwie niczym innym, jak laską podpierającą kulawe myśli.**

* Andrzej Poniedzielski

**Andrzej Bobkowski „Szkice piórkiem