Czesław Karkowski. <i>- Literatura zmierza w kierunku pisania do bardzo wąskiej grupy czytelników</i>. Foto: Weronika Kwiatkowska

Czesław Karkowski, fot. Weronika Kwiatkowska

 

O „Iliadzie na nowo opowiedzianej”, filozofii emigracji i poszukiwaniu sensu – z dr Czesławem Karkowskim rozmawia Weronika Kwiatkowska.

– Spędziłeś z „Iliadą” Homera piętnaście lat. Dlaczego?

No cóż, ludzie miewają różne obsesje. Moje, to namiętne zgłębianie wybranego tematu. Na przykład, kiedyś interesował mnie dramat, nie sceniczny, tylko tekst. Wcześniej pasjonowała mnie poezja heroiczna, eposy bohaterskie, tego typu rzeczy. Czytałem wszystko na ten temat. „Iliada” również pojawiła się przypadkiem i zawładnęła mną – jak się okazało – na wiele lat. Zabrałem egzemplarz książki na wakacje. Akurat było to XVIII-wieczne tłumaczenie Franciszka Ksawerego Dmochowskiego. Pamiętam, że uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: piękno języka, a po drugie, że – jeżeli chodzi o historię – opowieść nie trzyma się kupy.

– Jak to?

Przykładów jest wiele. Chociażby słynny katalog okrętów. „Iliada” mówi, że u wrót Troi stawiło się ich ponad tysiąc. Pomyślałem – przecież to niemożliwe, nie zmieściłyby się w tak małej zatoce. A jeśli nawet – co z wojownikami, których musiałoby być dobrze ponad pięćdziesiąt tysięcy? Dystans między Troją, a morzem to niecałe dwa kilometry. A nie mogli przecież podejść pod bramy. Im głębiej zanurzałem się w tekst, tym więcej znajdowałem podobnych nieścisłości. Zacząłem rozumieć komentatorów, którzy już w starożytności zastanawiali się nad dziełem Homera. Fascynujące jest to, że „Iliada”, która przecież jest w gruncie rzeczy małym poematem, obrosła w tak ogromną ilość komentarzy, że z powodzeniem mogłaby powstać osobna biblioteka dotycząca tylko opracowań na jej temat.

– Postanowiłeś dołożyć swoją cegiełkę, nawet jeśli już prawie wszystko na ten temat zostało powiedziane?

Oczywiście, musiałbym przeczytać wszystkie te prace i w ten sposób sprawdzić, czy moja interpretacja, mój sposób myślenia o dziele Homera, jest oryginalny, czy może wielu przede mną zwróciło uwagę na podobne nieścisłości. Nie jest to jednak – ze względu na ogrom materiału – możliwe. Jednak czytając przez lata komentarze, które należą do – można powiedzieć – głównego nurtu, natrafiłem na cztery zagadnienia, które – według mnie – nie zostały należycie wyjaśnione. Przykładem może być postać Heleny. Czy jest coś bardziej rozpalającego wyobraźnię, niż piękna kobieta, o którą biją się całe narody? Kilkanaście lat temu uznałbym pewnie, że pragnienie, by posiąść niewiastę niezwykłej urody może być wystarczającym powodem do prowadzenia wojny. Ale ponieważ nie jestem już tym rozgorączkowanym młodzieńcem co kiedyś, wydało mi się to z lekka przesadzone. Pomyślałem: musiał być jakiś inny powód. I faktycznie, kiedy wejrzy się głębiej w tekst, można dostrzec, że status Heleny jest podwójny. W obozie greckim traktują ją, jako porwaną, natomiast Homer w III Księdze opowiada o Helenie, która idzie na mury Troi. Jest w mieście dobrowolnie, nie pod przymusem. Po prostu uciekła od męża, którego miała serdecznie dosyć. Ale, w takim razie, pojawia się jeszcze jedno, kluczowe pytanie: dlaczego nie tylko opuszczonemu mężowi, ale i jego bratu i wszystkim dookoła tak szalenie zależało, by ją odzyskać?

– Chcieli zmyć plamę na honorze?

– To przy okazji. Ale główna motywacja była inna. Otóż: Helena była księżniczką spartańską, a w tamtych czasach dziedziczono głównie po kądzieli. Zatem – kto był mężem Heleny – był królem Sparty. To ciekawe, że oprócz jednej komentatorki, której – nawiasem mówiąc – interpretacji nie potraktowano poważnie – nikt nie zwrócił uwagi na ten szczegół. Być może w tych setkach tysięcy opracowań pojawił się ten wątek, jednak w głównej literaturze poświęconej postaci Heleny tego nie znalazłem.

– Czyli sprawdziło się stare porzekadło, jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze…

– Właśnie. Chęć królowania Sparcie, to był powód, dla którego Agamemnon zmontował ogromną koalicję wojskową. Zresztą, pod Troją stawili się wszyscy wcześniejsi konkurenci, którzy zabiegali o rękę pięknej Heleny. Zatem wniosek nasuwa się sam: córka Tyndareosa ponownie jest do wzięcia, komu się uda – będzie mógł stworzyć mocarstwo. Generalnie są cztery główne wątki, na których się opieram. Uważam, że po ich uwzględnieniu opowieść w utworze jawi się jako w dużym stopniu inna. Stąd tytuł: „Iliada na nowo opowiedziana”.

– No dobrze, rzucasz nowe światło na poemat Homera, zwracasz uwagę na przeoczone wątki, wyjaśniasz nieścisłości. Ale dalej nie rozumiem – dla kogo piszesz? Dla wąskiej grupki entuzjastów „Iliady”, akademików badających dzieło…

– Piszę dla siebie. Ponieważ mnie to interesuje. I daje ogromną frajdę.

– I nie czujesz się samotny w tej pasji? Osobny? Janusz Kapusta opowiadał, że po odkryciu K-dronu miał poczucie, że musi opowiedzieć o nim każdemu, kto zechce słuchać. Wydaje się, że prawdziwy pasjonat musi mieć trochę z szaleńca…

– Jeśli pytasz, czy zamęczałem rodzinę i znajomych opowieściami o Hektorze, Odyseuszu i Ajasie – to zapewniam, że nie. Wręcz odwrotnie. To jest praca bardzo do wewnątrz.

– Co jest w niej najważniejsze? W jaki sposób Cię – że użyję tego, modnego ostatnio, słowa – ubogaca?

– To bardzo trudne pytanie. Nie do końca wiem, jak odpowiedzieć. To chyba kwestia wewnętrznej potrzeby.

– By zostawić ślad, a tym samym jakoś usensownić swój „marny żywot”?

– Komentarzy do „Iliady” jest cała biblioteka. Moja praca, to jak ziarnko piasku na ogromnej pustyni. Może to rodzaj masochizmu, ale mnie się podoba. Że robię coś dla siebie, coś co mi sprawia przyjemność. Nie mam żadnych ciągot, czy marzeń, by za pomocą tych kilku książek zostawić ślad w literaturze. Lub – co gorsza – odnieść sukces wydawniczy. Jeśli kogoś zainteresuje moja praca – świetnie. Jeśli nie – trudno. Jestem zresztą przekonany, że właśnie w tym kierunku zmierza literatura: pisania dla bardzo wąskiej grupy czytelników. Liczba powstający nowych dzieł literackich i paraliterackich jest przytłaczająca. A nas ubywa – to raz. A dwa, ci którzy są, coraz rzadziej sięgają po książkę. W przyszłości, jeśli ktoś będzie miał pięćdziesięciu czytelników, to będzie poczytnym autorem. Polska jest pod tym względem jeszcze trochę w tyle, ale w Stanach Zjednoczonych ten trend jest wyraźnie widoczny. Self-publishing, niszowe wydawnictwa, pisanie dla zainteresowanych. Statystyki mówią, że mniej niż 5 % publikowanych książek pojawia się w księgarniach (a te zresztą wkrótce zapewne znikną zupełnie), pozostałe istnieją wirtualnie. Więc, choć może trudno w to uwierzyć, wystarczy mi satysfakcja, że dokonałem czegoś, o czym wiem, że w literaturze polskiej jest wyjątkowe. Nie mam potrzeby „sukcesu”, bycia docenianym, oklaskiwanym. Naprawdę. To trochę tak, jak ludzie, którzy siedzą i budują okręty w butelce. Po co? Przecież to niczemu nie służy. Ale jest. I może – dla niektórych – jest piękne, ważne. Jednak myślę, że przede wszystkim ma znaczenie dla kogoś, kto z przyjemnością, przez lata, składa te malutkie elementy w całość.

Nie uwierzę, że nie chciałeś podzielić się swoimi obserwacjami z innymi badaczami Homera…

– Przez chwilę miałem taki pomysł, by zwrócić się do profesora Gregory Nagy – najwybitniejszego dziś w USA specjalisty od Homera, ale potem pomyślałem, że nie ma to większego sensu. Książka jest po polsku, więc i tak nie będzie mógł jej przeczytać. A tłumaczenie – na które czasem mnie namawiają – byłoby zbyt wielkim wysiłkiem i stratą czasu. Tym bardziej, ze czekają na mnie dwa kolejne projekty.

– Uchylisz rąbka tajemnicy?

– W następnej książce chciałbym się zająć „filozofią” emigracji. Zacząłem biograficznie, ale stwierdziłem, że to trochę za mało, dlatego postanowiłem konfrontować swoje przeżycia z innymi. Dante, Goya, Baudelaire, Lorca i mnóstwo innych – wszyscy oni doświadczyli emigracji i zostawili ważny ślad. Zestawiam własne przeżycia, z losami największych. Kiedy w 1982 roku znalazłem się w Berlinie Zachodnim, byłem przerażony, ponieważ nie znałem języka. Tymczasem Goya, który wyemigrował z Hiszpanii do Francji w wieku 76 lat miał podobny problem. I jak go rozwiązał? Był głuchy, więc i tak nikt się po nim nie spodziewał, że cokolwiek zrozumie. Wielu Polaków mieszkających w Nowym Jorku nie cierpi tego kraju. Podobnie, jak Charles Baudelaire, który wyemigrował do Belgii i tak nienawidził swojej nowej ojczyzny, że wypisywał wręcz komiczne rzeczy na jej temat. Będzie również Sándor Márai, którym zainspirowałem się, czytając Twoje felietony. Pomyślałem, że jego „Dziennik” będzie świetnie pasował do tego, o czym chcę powiedzieć w swojej książce. Czyli przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie: czy jest możliwe sformułowanie zdań ogólnych na temat imigracji. Badając swój przypadek i konfrontując się z tymi największymi.

– Czym dla Ciebie jest/ było doświadczenie imigracji?

– Nie twierdzę, że imigracja jest lekkim przeżyciem, ale uważam, że w ostatecznym rozrachunku, więcej się zyskuje, niż traci. Chyba, że jest się negatywnie nastawionym, jak wielu Polaków, z którymi się spotykam: język – nie, literatura – nie, Amerykanie – prymitywni; zamykanie się na kulturę, życie w izolacji.

Dla mnie imigracja to niesamowicie wzbogacające doświadczenie. Nagle nam się to wszystko otwiera, jacy my jesteśmy, pojmujemy więcej – może niekoniecznie o Ameryce, ale o Polsce. Zaczynamy dostrzegać, że to nie jest taki wymarzony kraj, jak byśmy chcieli. Łapiemy perspektywę. Moi przyjaciele z Polski nigdy tego nie zaakceptują, ale naprawdę uważam, że wiemy o Polsce więcej, niż oni, którzy w niej na co dzień mieszkają.

– Z daleka widać lepiej?

– Tak, dlatego, że konfrontujesz się z innymi wartościami, inną kulturą, systemem, społeczeństwem. Patrzysz na niektóre rzeczy z dystansem. Chociażby na to, co działo się ostatnio wokół „Idy” i Oscarów. Kompletna histeria! Żeby prezydent czy premier wypowiadał się o kibicowaniu filmowi? Tak się zachowuje zaściankowy kraj! Przecież to nie jest sprawa narodowa. A Polacy wszystko traktują osobiście. Albo za (narodem) albo przeciw! Nic pomiędzy.

– Polacy o Polsce mają mówić tylko dobrze…

Tak. Każda próba autorefleksji odbierana jest, jak zdrada. A przecież to świadczy o nas tylko dobrze. Istotą filozofii jest umiejętność myślenia o własnym myśleniu. Autorefleksja właśnie. Umiejętność spojrzenia na siebie z dystansem. Ale nie każdy potrafi się na to zdobyć.

– Podobnie jest w naszym polonijnym środowisku. Klepiemy się po plecach i mówimy, jacy to jesteśmy świetni. Rola recenzenta – w tak hermetycznym światku – nie jest łatwa. Jak zachować niezależność sądów, jednocześnie nie narażając się na towarzyski ostracyzm?

– Nie do końca mogę się zgodzić z tezą, że w przypadku artystów polonijnych stosujemy taryfę ulgową. Choć z drugiej strony, na pewno patrzymy na ich dokonania łaskawszym okiem. Wspieramy, pielęgnujemy, staramy się nie podcinać skrzydeł. Bywa, że ktoś jest przeciętnym artystą, ale za to wybitnym człowiekiem, który świetnie sprawdza się na innych polach. Wtedy świadomie ograniczam się do opisu wydarzenia (np. wystawy), uciekam od ocen. Uważam jednak, że jeśli chodzi o sztuki wizualne, mamy się czym pochwalić. Joanna Wężyk, Jerzy Kubina, Janusz Kapusta, Ryszard Semko, Tomek Bogacki – żeby wymienić tylko kilka nazwisk, to pierwszorzędni artyści, z których możemy być dumni.

– Masz za sobą bardzo trudny czas. Choroby, śmierć bliskich. Jak sobie z tym radzisz? Gdzie szukasz sensu? Czy jako filozof jesteś bliżej odpowiedzi…

– Każdy z nas powinien zacząć od Księgi Hioba. Kiedy jesteśmy wystawieni na próbę- musimy zadać pytanie o sens. I choć nie znajdziemy na nie odpowiedzi, to nieważne. Najistotniejsze są pytania. Namysł. Zastanowienie się nad tym, jak wygląda rzeczywistość wskutek tego, co się stało. Czy jest bałaganem przypadkowych wydarzeń, czy ma jakiś sens? Ja, również w trudnych chwilach, koncentruję się na pracy. Tam szukam sensu. Jedną z ważniejszych książek napisałem, kiedy moja żona zachorowała na raka. Wtedy pisanie okazało się najlepszą terapią. Każdy z nas musi coś zrobić z tym wewnętrznym niepokojem, jakoś go zagospodarować. Znaleźć ujście, nadać sens. Żeby żyło się odrobinę łatwiej. Czasem odpowiedzią może być „Iliada” Homera. Nigdy nie wiadomo.