DSC_0042

fot. Weronika Kwiatkowska

 

Kiedy już się usadowię, umoszczę wygodnie, zapadnę – wtedy okazuje się, że czegoś zapomniałam. I muszę wstać. Burząc misterną konstrukcję. Z koca, filiżanki, książki. To dzieje się zawsze. Choć próbuję przeciwdziałać. Zapobiegawczo i przewidująco sprawdzam, czy rekwizyty są na swoim miejscu. Czy dosięgnę. Materii. I ducha. Lecz na próżno. Zapominam. Przegapiam. Ledwie zapadnę – muszę się na powrót wygramolić. Przynieść. Przestawić. Podłożyć. Tylko czasem udaje się okiełznąć przestrzeń za pierwszym podejściem. Ale wtedy właśnie dzwoni telefon.

Albo do drzwi. Pani z ulotkami o raju na ziemi. Pan od licznika prądu. Dziewczyna, co zapomniała kluczy. Listonosz z listem nie do mnie. Doręczyciel ciężkich paczek. Donosiciel złych wieści – meteopata z drugiego. Co kiedyś był krawcem. A teraz wystaje na rogu ulicy. Gra w szachy z akordeonistą. Co źle traktuje żonę. A może nawet bije. Bo przemoc wyniósł z domu. Przywiózł, jak souvenir z wycieczki. Po starym kraju. Gdzie kobiety ubierają się na czarno. I słuchają mężczyzn. Nie mają własnego zdania. Tylko te bure chusty i ręce pełne roboty. Bałkańscy mężczyźni nie szanują kobiet. Nie kłaniają się w przejściu sąsiadkom. Nie wyręczają żon, co taszczą do pralni ciężkie worki brudnej bielizny. Zbierają się w kilkuosobowe grupki i zaciekle dyskutują. Są czerniawi i posępni. Noszą skórzane kurtki, o niemodnych krojach. A zimą futrzane czapy. Patrzą nieufnie. Plują na chodnik. Oglądają za siebie.

To wszystko trochę łagodzi pluszowy zając. Wisi nad wejściem, zwiastując nadchodzące. Święta, które łatwo przeoczyć. Bo trwają krócej niż po-sobotni kac. I żeby chociaż było cieplej. Żeby przez szczeliny betonowego pancerza wyhynęło coś zielonego. Żeby można usprawiedliwić. Te jajka i bazie. Móc uczestniczyć w corocznej rezurekcji Natury. Co wstaje z zimowego grobu. I przemienia. A tu ciągle zimowe popłuczyny. Niebo, jak niewyżęta szmata. Rozebrane drzewa. Rotawirusy w powietrzu. Doszczętna dezintegracja.

*

Rzeżucha na parapecie nie wzeszła. Nasionka uschły, zanim zdążyły zakiełkować. Niezapominajki w doniczce wypuściły maleńkie listki. Tak małe, że trzeba by lupy. K. uważa, że to chwasty. Samosiejki. I że ziarenka nie przeistoczą się w niebieskie kwiatki z bajki. Bo mają za mało miejsca. Zresztą sieje się do gruntu. A nie chałupniczo. W ozdobnych doniczkach. Pod kaloryferem. Ale ja się uparłam. I doglądam wątłe przejawy wiosny. Karmię, jak porzucone wcześniaki egzotycznego ssaka. Odmierzam pipetą malutkie krople. Odczyniam uroki. Wystawiam do światła. Śpiewam o potoku i modrym oku. O harcerzu nie, bo to inna melodia.

*

Przedwiośnie. Zasklepieni w oczekiwaniu. Przyczajeni. A przecież to ciągle to samo: zarządzanie ministerstwem strat wewnętrznych.* Nic, tylko włosy z głowy. Kartki z kalendarza. Niekończąca się utrata. W której ani logiki, ani pocieszenia. I jeszcze ta Bargielska. I jej wiersze o umieraniu. Nieżywe płody w słoikach. Groby w ciele. Dojmujący smutek. Co wcale nie pasuje do żółtych kaczuszek, pisanek i baranków z masła. Na okładce rycina, jak z podręcznika do anatomii. W środku bebechy. Wiersze, których nie sposób pojąć. A które rozrastają się w środku anektując zdrowe komórki. Mam przerzuty do mózgu. Od tej poezji. Za długiej zimy. Za krótkiej Wielkanocy. Czerwone paznokcie pulsują jak światła stopu. Przykładam palce do oczu. Ust. Na zdjęciu młody Mick Jagger ziewa. Ma ręce w kieszeniach i dystans. Jeszcze nie wie o wszystkim, co stanie się potem. Całe życie przed nim. Jak u Koterskiego: – Gdybym ja miała życie przed sobą… Ale mama już miała życie przed sobą. Też nie będę miał dwóch żyć.

I nie ma zadośćuczynienia. Za poniesione straty. Nikt nie wyrówna rachunków krzywd.

*

Obudziłam się bez pocieszenia. Gdy spałam,
ziemia dostała mi się do rany. I dokąd ja tak
wstaję i idę w tym swoim ciele? **

 

 

 

* Julia Szychowiak
** Justyna Bargielska, „Wiązka”, ze zbioru „Szybko przez wszystko”.