zxx The-Gunman-Poster-slice

Film „The Gunman” zaczyna się jak poczciwa opowieść humanitarna o kopaniu studzien przez dobrych ludzi z Zachodu, żeby pomóc biednym Murzynom. Kongo osiem lat temu jest gniazdem korupcji. Walczą ze sobą wielkie korporacje międzynarodowe o prawo do wydobycia surowców naturalnych. Od czasu do czasu pada celny strzał w pierś polityka, czy przedsiębiorcy aby osłabić konkurencję.

Gdy sercem stajemy po stronie humanitarystów okazuje się, że działają wśród nich zabójcy na zlecenie. A z nimi Sean Penn, a ściślej „Jim” o imponującej sylwetce zawodowego kulturysty. To dopiero sensacja! Aktor ma 54 lata. Włożył mnóstwo wysiłku na treningach w budowę ciała jak posąg, musiał więc pochwalić się wynikiem ciężkiej pracy przed światem. Dlatego przyjął rolę w rozrywkowym filmie o twardych zabijakach, choć wcześniej zapowiadał, że nigdy tego nie zrobi. To chyba przypadek opóźnionego kryzysu wieku średniego. Jedni kupują Porsche, inni pakują w mięśnie.

Sean Penn jest najmocniejszą stroną tego przedsięwzięcia. Wnosi niepokój egzystencjalny do fabuły dzięki temu, że ma pooraną twarz człowieka ciężko skrzywdzonego przez życie. Patrzymy na te zmarszczki i podświadomie wyobrażamy sobie dramatyczne koleje losu, jakich musiał taki człowiek doświadczyć. Na pociechę ma u boku młodszą o 20 lat Annie (Jasmine Trinica), która jest w nim zakochana po uszy. Niestety, musi ją zostawić pod opieką Felixa, cwanego kolegi z pracy (Javier Bardem) z kolei w niej zakochanego.

Łatwo przewidzieć, co stanie się dalej, jednak to nie koniec. Obecnie, po ośmiu latach Jim wraca do Afryki, ale ktoś na niego poluje. Musi więc pójść śladami przeszłości, by rozwiązać tę śmiertelną zagadkę i próbować odzyskać miłość. Akcja prowadzi z Konga do Londynu i Barcelony w świat służb specjalnych prywatnych i państwowych. Jim dostaje łomoty od młodziaków, lecz wszystko wytrzymuje, w niczym nie ustępuje a nawet jest lepszy.

Niestety, fabuła jest napompowana jak ciało kulturysty pustym efekciarstwem. Przykład: gdy Jim podczas ucieczki musi zmienić samochód, żeby stracili go z oczu ścigający – zamienia BMW na… klasyczne Alfa Romeo w dyskretnym kolorze czerwonym. Albo żądając spotkania ze swym prześladowcą wybiera miejsce publiczne. Jest to ni mniej ni więcej wielki stadion w Barcelonie podczas walki byków. Oczywiście zwierzęta włączają się do akcji.

Jeśli film daje się oglądać, to tylko dzięki Pennowi. Jest znakomitym aktorem. Wprawdzie nie ma tu wielkiego pola do popisu, poza sprawnością ciała, ale wnosi ciekawą osobowość. Dostał dwa Oscary za role, a także nominację za występ w filmie „Dead Man Walking”, gdzie wcielił się w bandytę skazanego na karę śmierci. Oglądamy ostatnie minuty jego życia, gdy nawrócony przez zakonnicę wymienia z nią ostatnie spojrzenie z izby straceń.

Dobrym fachowcem jest także reżyser filmu Pierre Morel, twórca „13 Dzielnicy”, gdzie wprowadził na ekrany „parcour”, sztukę przemieszczania się po budowlach w mieście ze zręcznością małpy. A potem „parcour” trafił nawet do jednego z filmów Bonda.
Porażka „The Gunmana” polega również na tym, że zaczyna się jak interwencyjna opowieść z III Świata, co widza nastraja zbyt poważnie. Gdyby jak filmy o agencie 007 zaczynał się z miejsca jako bajka, łatwiej byłoby znieść pustkę fabuły. Ale na mięśnie Penna popatrzeć można. Życzmy mu stu lat w takim stanie.