Tatry całe w śniegu. Patrzę z Liliowego na wszystkie strony świata i jest mi dobrze. Niebo błękitne nade mną a dookoła bezkresna biel. Połyskuje w słońcu tak bardzo, że aż oślepia. Nie dziwię się tym, którzy zakładają ciemne okulary. Na północy majaczą na horyzoncie Gorce, na południu Fatra. Na prawo Tatry Zachodnie, na lewo Tatry Wysokie. Poszedłbym w nie, a jakże, tak jak chodziłem w młodości. Musiałbym przedtem jednak trochę potrenować na mniejszych szczytach, począwszy tradycyjnie od Starorobociańskiego. Teraz nie mam odwagi. A i buty mam nieodpowiednie, choć wysokie i na właściwych podeszwach. Na Kasprowym raz i drugi wywracam się na wyślizganych ścieżkach. W pewnym momencie o mało nie zjechałem ostro w dół, na szczęście uchwyciłem się słupka granicznego. Przysiadłem potem na jakiejś skałce i patrzyłem w dal i na inne szczyty. Rozpoznałem je dobrze, jak potem sprawdziłem z mapą. Czułem się trochę jak bohater obrazu „Wędrowiec nad morzem mgły” Caspara Davida Friedricha. Tylko zamiast wysokogórskiej mgły owiany byłem krystalicznym powietrzem. Odchylało mi się znakomicie i wchłaniałem w siebie tatrzańskie widoki. Żałowałem, że nie mam skrzydeł i nie mogę fruwać nad wierchami i dolinami, trochę jak w wierszu Kazimierza Przerwy-Tetmajera, który zapamiętałem z lat studenckich –
„O wichrze, wichrze! Wyrwij moją duszę
z ciała i nieś ją w powietrzne głębiny!
Jak ptak tatrzański zwleczony w niziny
ja na nizinach szarpię się i duszę.
Kędy chcesz, nieś ją szalonym podmuchem,
rzuć gdzieś w pustkowiu dalekiem, dalekiem,
nie chcę pamiętać, że jestem człowiekiem,
a nie swobodnym, wolnym, skrzydlnym duchem!”.
Onegdaj przepowiadałem sobie ten utwór na Mont Blanc. Bałem się wówczas, że ów wicher mnie porwie i rzuci, w którąś z dookolnych przepaści.
Lubię być na szczytach i widzieć wszystko z góry.
Podziwiam narciarzy i snowboardzistów zjeżdżających ze stoków Kasprowego, Przełęczy Goryczkowej i Kalatówek. Szczupli, zgrabni, zwinni, szusują migiem ze szczytów w dół. Nie sposób nadążyć za nimi wzrokiem. Dopiero co stali przy mnie a już są na dole. Niektórzy lecą prosto na łeb na szyję, niektórzy zakosami. Bywa, że wykonują po drodze taneczne wygibasy. Nie mogę oderwać oczu od ich sylwetek śmigających na śnieżnym tle. W ich pędzie jest coś niezwykłego.
W Dolinie Bystrego orkan połamał wiele świerków. Niektóre porywał wraz z korzeniami. Leżą teraz nieszczęsne czekając na piłę, która potnie je na kawałki a potem na deski. Po drodze mija się leśne przecinki, z których wystają li tylko połamane pnie lub karpy wołające bezskutecznie o pomoc. Smutny to widok.
Witkiewiczówka i Willa pod Jedlami po dawnemu mnie zachwycają. Są pięknymi i najczystszymi przykładami stylu zakopiańskiego, który pokochałem od pierwszego wejrzenia. Szkoda, że nie ma w nich muzeów. Muzeum Witkacego w Zakopanem bardzo by się przydało.
W chacie Jana Kasprowicza na Harendzie w Poroninie mógłbym zostać na wieki. Marzyłem by mieć taki dom właśnie, z bali, z werandą wychodzącą ku Tatrom i z rzeką w dole. Ku niej opuszcza się tarasowo ogród, w którym rozkwitły krokusy. I jak tu się nie rozmarzyć? I jak tu nie poczuć wiośnianej nadziei? Przypomniał mi się wiersz powitalny pana domu, cytowany przez naszego licealnego polonistę i filozofa Zbigniewa Minakowskiego, z którym przywędrowałem tu podczas obozu letniego w 1966 roku –
„Witajcie, kochane me góry,
O! Witaj kochana ma rzeko!
I oto dziś znów jestem z wami,
A byłem tak daleko”.
Nie ukrywam, że prostota poezji Kasprowicza, tak jak przemawiała do mnie w młodości, tak przemawia i teraz. Ceniłem też jego przekłady dzieł Szekspira. Dziś okno mojego nowego mieszkania w Warszawie wychodzi właśnie w stronę ulicy Kasprowicza. Idę nią codziennie do metra. Teraz siedzę na jego werandzie przy stole, przy którym siedzieli najwięksi twórcy Młodej Polski i Międzywojnia. W „Tygodniku Ilustrowanym”, na który natknąłem się w tejże chacie, znalazłem czterowiersz idealnie pasujący do tego miejsca –
„Albo, jeżeli już łaska
wybierzcie mi przystań nad rzeką,
tu nad tą burtą kamienną
pod szumów wieczystych opieką”.
Weranda, werandowanie. W Zakopanem i okolicy jest wiele werand. W Otwocku i okolicach także. Również w Oliwie i Sopocie. A także w Doylestown w Pensylwanii. Mieliśmy werandę w Świdrze, ale werandowania było niewiele, bo stale obowiązki. Ot poleżało się czasem na leżaku lub posiedziało w foteliku dziecięcym. W dzieciństwie bawiłem się na tejże werandzie z siostrami. A potem tata ją oszklił przymglonym szybkami i stała się letnim salonikiem. Później zapełniły ją szafy z pięknym sukniami mojej mamy i szafa z książkami. Albumy z erotycznymi rysunkami Mai Berezowskiej ojciec schował na najwyższej półce. Musiałem wejść na taboret, by je oglądać… Kryształowe lustro, w którym widziałem swoje dorastanie, mróz rozczepił na srebrne cząstki. Odbijałem się w nich w sposób pokawałkowany. Byłem niespójny i taki zostałem.
W Muzeum Tatrzańskim, w willi Oksza, odkrywam dzieła Kazimierza Sichulskiego i Władysława Jarockiego. Owszem, widziałem przedtem kilka ich obrazów, ale jakoś nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Teraz mogę przyjrzeć się im uważniej. Portrety Witkacego nadal lubię, nie przepadam natomiast za jego pejzażami. Nie ma w nich odrobiny powietrza. W portretach zresztą także go nie ma, ale mniej to razi. Pejzaże Witkasia są trochę zależne od Gauguina. Można by wręcz napisać całe studium porównawcze na ten temat. W tymże Muzeum bierze mnie po dawnemu Zofia Stryjeńska. Od dawna ciekawi mnie ta szalenica. W Świdrze mieliśmy kolorowe reprodukcje jej pasteli przedstawiających m.in. polskie tańce ludowe i narodowe. Ciekawe, że jej pamiętnik „ Chleb prawie, że codzienny” przeszedł niemalże bez echa. Kapitalna lektura. Mało kto wie, że to właśnie ona zaprojektowała dekoracje i kostiumy do baletu Karola Szymanowskiego „Harnasie” wystawionego w Warszawie, Paryżu, Brukseli i Nowym Jorku.
$
Wszyscy przemijamy. Niektórzy niesprawiedliwie.
$
W dwóch zakopiańskich sklepach z regionalnymi napitkami można dostać bez trudu łącką śliwowicę i pejsachówkę. Drogie jak cholera. Jest też sporo wódek pędzonych przez górali z pyszną litworówką na czele. Jest także pięć rodzajów kurwicy i różne odmiany samogonów, począwszy od chłopskiej pędzonej. Martwię się wielce, że tych wszystkich procentów nie zdołam przepędzić przez siebie. Na szczęście do zakopiańskiego domu wspaniałego kolegi z ławy licealnej – Marka Latoszka przyjechała silna grupa z naszej klasy. Zatem wespół w zespół… Oj będzie się działo!