Kupiłam bukiet hiacyntów. Żeby korespondowały z abstrakcyjną łąką nad stołem. Ale zanim rozłożyłam świąteczny obrus, zwiesiły ciężkie od zapachu głowy. Teraz zdychają w rogu pokoju. Nadal wydzielając przeraźliwie mocną i gęstą woń. Wielkanoc. Spotkania przy stole. Rytualne odczynianie uroków. Łamanie się jajkiem. I załamywanie. Się.

*

Rozmawiać z niektórymi, to jak dyskutować z posłanką Wróbel o in vitro. Nie trafiają żadne argumenty. Próżno tłumaczyć, odwoływać się do rozsądku, apelować o – chociażby próbę – zobaczenia problemu w szerszym kontekście i uwzględnienia racji drugiej strony. Mur. Beton. I się nie przebijesz. Jak u Koterskiego – moja jest tylko racja, i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Nie umiemy rozmawiać. Nie próbujemy zrozumieć. Wolimy się obrażać. Bo brakuje nam dystansu. Bierzemy wszystko zbyt dosłownie. Żadnych cudzysłowów. Czytania między wierszami. Namysłu. Jesteśmy tacy małostkowi. Tacy banalni. Z tymi wiecznie spiętymi pośladkami. Na własny temat. Nie umiejący zdobyć się na odrobinę autorefleksji. Bezkrytyczni i nieprzejednani. Układamy zdania, w których roi się od wyrazów pisanych z wielkiej litery. I wykrzykników.

Zastanawiam się, czy to nasza cecha narodowa czy osobnicza. To nieustające poczucie bycia dotkniętym, znieważonym? Co rusz ktoś „obraża uczucia narodowe i religijne” Polaków. Filmem, wystawą, artykułem. Przywołujemy więc artystów do porządku. Stawiamy do kąta. Grozimy palcem. Dopominając się wyjaśnień i przeprosin. Zamiast czasem zerknąć w lusterko, które usiłują nam podsunąć pod nos.

*

Myślę o tym wracając taksówką do domu. Jest ciemna, zimna noc. I myślę na głos. Mężczyzna za kółkiem ma na imię Jan i jest Czechem. Więc ma dystans. I hrabalowskie poczucie humoru. W jego kraju artyści nie obawiają się ukamieniowania. By uczcić wejście Czech do Unii Europejskiej, David Černy stworzył „Sikających”. Rzeźba przedstawia dwóch mężczyzn, stojących naprzeciw siebie i oddających mocz do basenu w kształcie konturu kraju. Penisy mężczyzn są ruchome, i za pomocą SMS-ów oglądający mogą dowolnie kierować strumieniem wody. Podobno – u większości Czechów- rzeźba budzi jedynie rozbawienie. Uważają, że to świetna metafora współczesnego stosunku polityków do własnego kraju. Który – nomen omen – olewają z góry. Inni twierdzą, że to generalnie postawa większości czeskiego narodu. Który ani się specjalnie nie identyfikuje, ani nie odcina. Któremu patriotyczne uniesienia są raczej obce. Co wiemy z historii. I literatury.

Jan, który całe życie przepracował jako inżynier, a teraz dorabia za kółkiem w polskiej agencji taksówkarskiej, tłumaczy piękną angielszczyzną, różnice między Polakami i Czechami na przykładzie filmów. Ostatnio ogląda ze znajomymi dużo polskiej klasyki: Wajdę, Zanussiego, Falka. I twierdzi, że to piękne kino, ale poważne bardzo i przygnębiające. I że w jego ojczyźnie takie nagromadzenie patosu i smutku raczej by nie przeszło. Że Czesi pomyśleliby, że to jakieś jaja. Że to nie może być na serio.

A my lubimy na poważnie. Smutno. I z porywem serc. Choć bywa, że tęsknimy do czeskiego poczucia humoru. Ich lekkości, sowizdrzalstwa. Mariusz Szczygieł – dyżurny czechofil kraju, od lat pisze książki o naszych południowych sąsiadach, które cieszą się w Polsce niesłabnącym powodzeniem. Podobnie, jak czeska literatura. Hašek, Hrabal a nade wszystko Ota Pavel i „Śmierć pięknych saren”. Książka, którą powinno się zapisywać na receptę. Zamiast antydepresantów. Polecam ją Janowi z Brna, który podczas krótkiej, nocnej przejażdżki zdążył już opowiedzieć o roku 68, początkach imigracji, dwóch żonach, córce i domku nad jeziorem. Rozstajemy się niczym para przyjaciół. Połączeni chwilą serdecznej uwagi, przebłyskiem bliskości, która może narodzić się jedynie między dwojgiem przypadkowych przechodniów; podróżnych w pociągu, pacjentów w poczekalni.

Delikatnie zamykam drzwi taksówki, żeby nie spłoszyć chwili. Noc jest jasna i zimna. Trudno uwierzyć w kwitnące przed domem drzewo.