Wtorek
Zmarł w Warszawie Ryszard Szaro. Dla wielu Amerykanów z lat 60 i 70. po prostu Rich Szaro. Genialny w swoim czasie „kopacz” w zawodowej lidze futbolu amerykańskiego. I pierwszy urodzony w Polsce gracz NFL, a konkretnie New Orleans Saints.

Choć przypłynął do Ameryki jako chłopak na statku „Batory” i mieszkał w klitce na Brooklynie, miał niesamowity talent. Jakiego sportu się nie chwycił, był najlepszy jako junior. W efekcie trafił na Harvard, który skończył, aby potem spróbować szczęścia w… zawodowej lidze futbolu. I udało mu się, bo perfekcyjnie kopał piłkę i lewą, i prawą nogą.

Po zakończeniu kariery sportowej w 1980 r. wziął się za handel, między innymi skórami baranów i innymi interesami na linii Nowy Jork – Polska. W latach dziewięćdziesiątych zamieszkał w Warszawie, gdzie próbował – bez specjalnych sukcesów – szczepić grunt pod miłość do futbolu amerykańskiego. Zmarł dzisiaj, w wieku 67 lat. Wśród Polaków, zupełnie nie świadomych człowieka, który w ciągu kilkunastu lat przebył w Ameryce drogę, jak napisano o nim w jednym z magazynów sportowych, „z Brooklynu do Harvardu i na Bourbon Street”.

Środa
A w Polsce po staremu. Czyli Waadzunia wrzuciła granat do szamba w sprawie Smoleńska. Oto po pięciu latach bez czterech dni od katastrofy, radio RMF FM „dotarło” do nowej wersji stenogramów, którymi dysponuje prokuratura. Proszę, jaka koincydencja? To prokuratorzy-żółwie w mundurach już prawie finiszują ze stenogramem z odczytem z czarnych skrzynek (przypominam, po pięciu latach od zdarzenia, a więc jakieś tysiąc osiemset dni i nocy, gdy z katastrofy rozwalonego w drebiezgi w Alpach samolotu Germanwings ustalono kompletne nagrania w… pięć), aż tu nagle te ich krzepko trzymane „tajemnice śledztwa” wypływają w całości do radiowej rozgłośni. Nie jesteśmy idiotami i nie wierzymy w żadne „dziennikarskie śledztwo”, bo i cała praca jaką wykonał RMF polegała na odbiorze dokumentu od zleceniodawców i powieszeniu na stronie internetowej z odpowiedno „szokującym” komentarzem.

Z wrzasku jaki od razu podniosły media gównego (korekto! nie zmieniaj, ma być „gównego” bez „ł”, tak jak mawia satyryk Jan Pietrzak) nurtu tuszę, że tylko czekały na takie igrzyska. Przygotowani byli także rządowi propagandyści, którzy jak jeden mąż i jedna żona, zaczęli okładać maczugą „zgody” i „miłości”, po raz kolejny słownie napadając na wszystkich, którzy ośmielili się mieć wątpliwości do przekazu „to wina pilotów i naciskającego na nich Kaczyńskiego”.

Na czoło bezczelności wysunął się Michał „Misio” Kamiński. Ten obrzydliwy w swym cynizmie rządowy konwertyta i prawdopodobnie twórca wycieku do mediów, biegał od stacji do stacji mówiąc o swoim szoku. I tak to niegdysiejszy „siepacz” PiS-u, „duchowe dziecko Lecha Kaczyńskiego”, pisze najnowszy rozdział politycznej prostytucji w Polsce, opluwając swoich byłych „przyjaciół politycznych” z Prawa i Sprawiedliwości z wdziękiem małomiasteczkowego dresiarza.

Ale ostatecznie nic nie dziwi. Partia rządząca budzi coraz mniejszy respekt, ludzie są naprawdę wkurzeni, drzemiący prezydent Komorowski coraz mniej pewny pewnej reelekcji, więc „szpece od pijaru” zaordynowali przepuszczenie przez polskie społeczeństwo dreszczy. Sprawdzało się straszenie i dzielenie Smoleńskiem tyle razy, dlaczego nie spróbować raz jeszcze? I jeszcze mocniej, z większym rozmachem, z jeszcze większą intensywnością wrzasku i inwektyw.

Ciekawe, czy stojący miesiącami w kolejkach do lekarza, pracujący na śmieciówkach i oglądający korowody zdeprawowanych siedmioletnimi rządami „władców kraju” Polacy to kupią? Może tak być, bo jak napisał Rafał Ziemkiewicz „przez 25 lat państwo Polskie zostało tak rozp….. e, że mniej uważni tubylcy kolejnego rozbioru nie zauważą albo wręcz się zeń ucieszą”. Może, ale miejmy nadzieję że nie. Dowiemy się częściowo w miarę szybko: 10 maja pierwsza runda wyborów prezydenckich.

Czwartek
Kilka dni temu zmarł Robert Leszczyński. Znany w Polsce dziennikarz muzyczny i aktywista. Żył 48 lat. Wiek, faktycznie niezbyt zaawansowany. Nie znałem człowieka, choć kilka razy spotkałem. Co do przyczyn, nie mam pojęcia, choć Leszczyński wcielał w życie hasło „sex, drugs and rock’n’roll”. Ale ja o czym innym.

Był człowiek, nie ma człowieka. Zmarł, rozdział zamknięty, na zawsze. Małe drgnienia ezystencjalne. Dla ludzi bez Wiary, to przypadek, konsekwencja czynów a może losowe zdarzenie. Równie absurdalne, jak śmierć zwierząt, których zwłoki widzimy tak często rozwalone na poboczach autostrad. Było życie, nie ma życia, Bezwględna Natura gna, nie zatrzymując się nawet na sekundę nad tymi, co padli. Ciało podlega rozpadowi, Pamięć zostaje na zapisach ludzkich mózgów, w przedmiotach, może żywych ludziach, ale „Panta rei” i do widzienia. Kolega Leszczyński mówił, że jest ateistą, dokonał lub miał dokonać apostazji, więc…

Wierzący tak trochę – mają lepiej, ale tylko trochę. Bo zakładają, że jest jednak coś Potem. Ale z drugiej strony wierzą tak pół-ciepło, pół-zimno, więc cholerka nie wiadomo. Używać, popuszczać pasa, żeby nie stracić nic z życia? A Potem? Potem jakoś to będzie, bo przecież jak mówił Wolter: „Bóg wybaczy, bo to jego zawód”.

Ale prawdziwa, głęboka wiara, wiara Świętych Kościoła, kościołów, to pogodzenie absurdalności śmierci z Wiarą, Łaską, Miłosierdziem. Pogodzenie tak wielkie, że wielu z nich potrafi porzucić Życie dobrowolnie, bez żalu, bez płaczu, jak choćby tylu męczenników. To wielka łaska, dostępna niewielu. Dla większości z nas, pozostają żmudne próby pogodzenia absurdu śmierci bliskich, ludzi których znamy bądź podziwiamy z koniecznością dalszego, normalnego życia.

Bo przecież to może się zdarzyć każdemu, także nam – za kolejnym rogiem ulicy, przy następnym skurczu czy raczej braku skurczu serca czy kolejnym bezmyślnym albo okrutnym czynem naszych bliźnich. Dlatego lepiej żyć tak, jakby to miał być ostatni dzień naszego życia. Ale jak to zrobić? Jak nie stracić tej uważności w kaszy mannej i glinie codzienności, telewizji i portali społecznościowych na internecie czy w telefonach komórkowych? No jak?