Jak wszystkim wiadomo, pokonywanie powietrznej przestrzeni zawdzięczamy Amerykanom w osobach braci Wright. Ich próbny lot odbył się na początku grudnia 1903 r., a nim minęło pół roku opatentowali oni swój wynalazek.

W miarę postępu technicznego w lotnictwie powstawały coraz potężniejsze maszyny, które były w stanie pokonać wydłużające się trasy. Nim minęło ćwierćwiecze, nieustraszony Charles Lindbergh odważył się na przelot nad Atlantykiem, mając do dyspozycji jednopłatowiec (monoplane) pod imieniem „The Spirit of St. Louis”.

Wystartował on 20 maja o godz. 7.50 rano z Roosevelt Airfield na Long Island. Wylądował 21. maja (1927 roku) o godz. 10.22 wieczorem. Na lotnisku Le Bourget, które zresztą istnieje do dzisiaj, witały go owacyjnie tłumy Paryżan. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych otrzymał on nagrodę w wysokości 25 tys. dolarów, co było wtedy pokaźną kwotą.

Ufundował ją klub tenisowy z St. Louis i stąd właśnie wzięła się owa nazwa. Aeroplan uzyskał także przydomek „Lady Lindy”. Nie powinno to nikogo dziwić, gdyż we wczesnych czasach awiacji samoloty były określane jako she, podobnie jak do dzisiaj statki i okręty.

Nieustraszone pilotki amatorki chciały koniecznie wywalczyć sobie pierwsze miejsce w samotnym przelocie nad oceanem, aby uhonorować swoją płeć. Nie zważały na tragedie i wypadki, towarzyszące męskim usiłowaniom, choć piszemy tu tylko o zwycięzcy. Pierwsze aeroplany były nie tylko zawodne, ale i nie przygotowane do tak długich lotów. A poza tym nieliczni śmiałkowie nie posiadali zbyt wiele doświadczenia w podboju przestworzy. I znowu wypada wymienić Lindbergha, który stanowił wyjątek od tej reguły. Został on latającym listonoszem, gdy amerykańska poczta wprowadziła listy lotnicze jako pierwsza na świecie.

Do rywalizacji przystąpiły wówczas dwie damy, a więc Frances Grayson z Forest Hills na Queensie i Ruth Elders, która przybyła w tym celu z Florydy. Młoda i zarazem urodziwa adeptka lotnictwa zdobyła tu sobie ogromną popularność. Wysuwała bowiem na pierwszy plan swojego towarzysza, którym był kapitan George Haldeman. Ruth przyznawała się szczerze, iż nie udało się jej jeszcze zdobyć licencji, pozując na małą i bezradną kobietkę.

Sprytna dziewczyna podbiła sobie serca wszystkich mężczyzn, głosząc następujące hasło: – No woman can cross Atlantic alone. Jej ambicją było bowiem zdobycie rozgłosu i podbicie Hollywoodu, co się jej w dużej mierze udało.

Frances Grayson była przeciwieństwem Ruth. W gruncie rzeczy niewiele można się było dowiedzieć o życiu tej 35-letniej rozwódki, choć prasa puszczała w obieg różne wieści na temat jej życia. Skryta i milcząca kobieta potrafiła dać innym do zrozumienia, iż to właśnie ona zdobędzie wymarzone laury. Nic więc dziwnego, iż z zawiścią patrzyła na towarzyskie sukcesy swojej rywalki. Denerwowała ją stronniczość dziennikarzy, mimo iż robiła wszystko, aby ich od siebie odsunąć.

Najwidoczniej nie zdawała sobie sprawy, iż zraża ich swoim chłodem i arogancją. A w dodatku w przeciwieństwie do Ruth Elders nie zamierzała wcale dzielić ewentualnego splendoru ze swoim pilotem. Paradoksalnie, o różnicach w postawach i charakterach obu konkurentek świadczyły same nazwy samolotów. Sprytna Ruth wybrała sobie „American Girl”, podczas gdy Frances pozostała przy „Jutrzence” (Dawn).

Maszyny czekały na lotnisku Old Orchard Beach. Bennett Airfield, które zresztą już dawno przekształcono w ładny park, to znacznie późniejsza historia. Zawody, odwoływane ciągle ze względu na fatalną pogodę, miały się odbyć na początku września 1927 r. „Dawn” wzbił się w powietrze dopiero 10 października. Frances Grayson towarzyszył bardzo doświadczony pilot Wilmer Stultz. Piewsza próba zakończyła się jednak fiaskiem. Już po kilkunastu minutach przeładowany aeroplan wrócił jak niepyszny na pole startowe. Kolejny wyczyn miał miejsce w kilka dni później i obserwowało go zaledwie kilku reporterów. Tym razem ledwo uruchomiony motor przestał działać.

Pechowa pilotka z goryczą czytała poranne i nader ironiczne komentarze prasy, a jej frustację pogłębił kolejny cios. „American Girl” już od kilku godzin znajdowała się w powietrzu. Nie życząc – przynajmniej publicznie – najgorszego swojej rywalce, dowiedziała się z wielką ulgą o przymusowym lądowaniu Ruth Elders na morzu, w pobliżu Azorów. Wiadomość o tym została przesłana telegrafem. Obojgu śmiałkom dopisało szczęście, gdyż udało im się wydobyć z samolotu, a po pięciu minutach przebywania w wodzie zostali wyłowieni przez statek handlowy, udający się do Lizbony.

Ruth Elders noszono tutaj na rękach, a jej opowieści o zmaganiu się z żywiołami przykuwały uwagę czytelników w całej Europie, Fascynujące przedruki wypełniały wszystkie amerykańskie gazety, pojawiając się na pierwszych stronach. Nie osiągnąwszy wyznaczonego celu, pupilka publiczności – chcąc, nie chcąc – zdobyła sobie sławę i pieniądze. Mając niezłe pióro, wyżywała się później w dziennikarstwie. Wystąpiła także w kilku epizodycznych rolach w Hollywood.

Mocno przekonana o własnej wyższości, Frances Grayson uzyskała kolejną szansę na zwycięstwo i usunięcie w cień byłej rywalki. Trzecia próba z rzędu dokonała się bowiem 23 października tego samego roku, przy idealnej pogodzie. Najwyraźniej Frances prześladował pech, skoro doszło do przymusowego lądowania w pobliżu Nowej Szkocji. Powodem był nadciągający szkwał, o niezwykłej sile. Jak się później okazało, ową decyzję podjął sam Stultz wbrew woli Grayson, która chciała koniecznie lecieć dalej. Po powrocie do Nowego Jorku, Frances nazwała go publicznie tchórzem, zrywając z nim współpracę. Ucieszyło to ogromnie Wilmera Stultza, który nie wiedział jak się wyzwolić z uciążliwych zobowiązań.

Do trzech razy sztuka jak mawia przysłowie, a lotnicy byli wtedy równie przesądni jak marynarze. Toteż gdy Grayson zaczęła się rozglądać za pilotem, nikt nie chciał się podjąć tej roli. A poza tym uważano ją za nieodpowiedzialną osobę, opętaną przy tym przez manię wielkości. Cofając się czasie, ostatnią kroplą, przepełniająca czarę w tej rywalizacji, okazało się triumfalne powitanie jakie Nowy Jork zgotował Ruth Elders, powracającej z Europy. Okrzyknięto ją tutaj „Miss America of the Air“. Zdeterminowana i Greyson udała się wtedy statkiem do Wielkiej Brytanii na poszukiwania pilota. Złożona przez nią oferta została przyjęta przez Norwega, który właśnie bawił w Londynie. Bardzo doświadczony Oscar Omdahl nie tylko latał w każdą pogodę, ale i kpił sobie ze wszelkich przesądów.

W powrotnej drodze Frances przysięgła nie tylko sobie, ale i innym, iż wyląduje w wigilię Bożego Narodzenia na lotnisku Bourget. Na próżno błagano ją publicznie o odłożenie tego lotu na wiosnę. Zimowe sztormy na Atlantyku, połączone z oślepiającą śnieżycą, były postrachem wszystkich żeglarzy. Norweg, który uznał – i niesłusznie! – ów ocean za spokojną sadzawkę, zlekceważył również udzielane mu przestrogi. 23 grudnia 1927 roku żegnano oboje z najgorszymi przeczuciami na lotnisku Roosevelta. „Tym razem żadna siła nie zmusi mnie do przerwania lotu” – Frances oświadczyła reporterom z całą mocą. Zauważono wtedy, jak wsiadając, wsuwała dyskretnie rewolwer do swojej torebki.

„Dawn” zabrała dodatkowo dwóch pasażerów. Jeden z nich mechanik Fred Connier miał nazjutrz wyskoczyć ze spadochronem w okolicy Grace Harbor w Nowej Funlandii. Samolot nigdy tam nie dotarł. Po blisko dwutygodniowych poszukiwaniach nie znaleziono żadnego śladu. Amerykańska marynarka wojenna dała wtedy za wygraną. Nie ulegało wątpliwości, iż przepastne głębiny pochłonęły ciała ofiar.

A na zakończenie wypada dodać, iż planowany przez kobiety wyczyn udał się dopiero w piątą rocznicę przelotu nad Atlantykiem przez Lindbergha, a dokonała tego Amelia Earhart.