Środa
Artykuł w najnowszym „The Economist” uświadomił mi, jak my, ludzie jako całość, tak naprawdę mało wiemy. Dzięki internetowi mamy niemal nieograniczone możliwości dzielenia się swoimi poglądami, osądami, twierdzeniami, tymczasem coraz więcej trudności we właściwym połączeniu faktów, konsekwencji zdarzeń z przyczynami. Nacisk stacji telewizyjnych działających 24/7, internetowych stron, mediów społecznościowych, słowem informacyjne rozwolnienie dnia powszedniego pcha nas do uproszczeń, pochopnych sądów, łatwych rozwiązań…

Rzecz idzie o konsekwencje wybuchu wulkanu Tambora w 1815 r. Dzięki programom komputerowym, które są w stanie tworzyć wstecznie modele pod znane dane, rodzą się całkiem nowe możliwości interpretowania zdarzeń. Ba, nawet rozwoju gospodarczego, politycznego i społecznego świata. Nie wierzycie? Wulkan Tambora na indonezyjskiej wyspie Sumbawa eksplodował w kwietniu 1815 r. Chmury złożone z dymu i pyłu sięgały 40 kilometrów w górę, odgłosy eksplozji słyszano dwa tysiące kilometrów dalej a mordercze tsunami (oraz głód) pochłonęło 100 tysięcy ludzkich istnień na terenach dzisiejszej Indonezji. Ale konsekwencje poniósł cały świat: wśród trzydziestu kilometrów sześciennych pyłu, skały i dymu, znalazło się 50 milionów ton dwutlenku siarki, który dostał się do wyższych poziomów atmosfery. Po przemianach chemicznych powstała warstwa ograniczająca przepływ promieni słonecznych. Efekt był odczuwalny w 1816 r. – średnia temperatura spadła o 1-2 stopnie Celsjusza, opady deszczu o 4 procent, wystąpiły anomalia pogodowe.

Efekty? Lato 1816 r. było szczególnie zimne i mokre w Europie, zbiory złe. Jak pisze „The Economist” w St. Gallen w Szwajcarii, pół świata od Tambory, cena zboża w latach 1815-17 wzrosła czterokrotnie. Na kontynencie – ledwo uspokojonym po napoleońskiej epoce – zapanował głód, choroby, zwiększyła się emigracja. Chaos i anarchia utrwaliły autorytarne rządy w Europie. Ale europejski głód i zapotrzebowanie na zboże przyczyniły się do boomu w Ameryce: farmerzy przekroczyli Appallachy i zaczęli uprawiać zboże w dolinie Ohio, które spławiane Mississippi przyczyniło się do powstania niejednej fortuny. Z kolei odbudowanie cen zboża w Europie, spowodowało pierwszą, poważną recesję w Ameryce. Wybuch Tambory bardzo zmienił też ówczesne Chiny. W samej prowincji Yunnan po trzech latach bardzo kiepskich zbiorów zmarły dziesiątki a może i setki tysięcy mieszkańców. W efekcie głodu i nieurodzaju, rolnicy z tej chińskiej prowincji zaczęli na masową skalę uprawiać mak, z którego zaczęto wyrabiać opium, co z kolei zmieniło historię tamtej części świata… I tak dalej. A wszystko z powodu wybuchu, na który człowiek nie miał najmniejszego wpływu. I bądź tu mądry, człowieku.

Czwartek
Wrzucam tu często długie cytaty z ciekawych artykułów. Po pierwsze – są głównie z sieci, trzeba poszperać, żeby do nich dotrzeć, więc warto propagować ciekawe treści. Po drugie – patrz wpis wyżej – coraz częściej mam przekonanie, że sam z siebie, wiem coraz mniej, więc warto oddać pola tym, co się orientują. Jednym z nich jest Witold Jurasz, dyplomata, od kilku lat poza dyplomacją, bo… na pewno domyślicie się dlaczego nie pracuje dla III RP.

Wpis na Salon24. pl nosi tytuł „O tym, że rosyjskie trolle nie mają znaczenia. Polska ma znaczenie.” Lecimy, skróty moje: „Jestem członkiem kilku klubów i stowarzyszeń. Praktycznie wszystkie opracowują raporty nt. rosyjskiej wojny informacyjnej w internecie i trollingu jako elementów wojny hybrydowej. Sądzę, że jakkolwiek jest to zbożne dzieło to mam wątpliwości czy rosyjski trollling to istota naszego problemu. Rosjanie pokonują nas bowiem w realu, a nie w sieci. Bardziej od trolli internetowych boję się trolli telewizyjnych, trolli urzędniczych i trolli politycznych”. W tym miejscu przytniemy tekst, bo długi.

Dalej Jurasz: „Boję się trolli, przez które Polska straciła realny wpływ na to, co się dzieje na Ukrainie (przypomnę – nas jedynie poinformowano o Mińsk-2).

Boję się tych, dzięki którym mamy tak marne relacje z Litwą, że o polityce regionalnej możemy już tylko mówić w sensie teoretycznym.

Boję się trolli gazowych, dzięki którym mamy najdroższy gaz w Europie i nadal nie mamy gazoportu.

Boję się trolli hipokrytów, którzy trzy lata temu mówili mi, że Rosja jest fajna i że można się z nią dogadać, a każdego kto uważał inaczej usuwali ze służby państwowej, a dziś porównują, jak wysoki rangą urzędnik państwowy, W. Putina do A. Hitlera, co niczego nam nie daje, ale skutecznie przekonuje Zachód, że Polacy to banda rusofobów (skądinąd ciekawe, że jako prezes prywatnego think-tanku bardziej uważam na słowa niż wysoki rangą urzędnik państwowy).

Boję się trolli PR’owych, dzięki którym pomysłem na politykę jest PR, a z drugiej PR o przeciwnym wektorze.

Boję się PR zamiast polityki. Mówienie, że jesteśmy „silni, zwarci i gotowi” nie jest odpowiedzią godną wyzwań naszych czasów. Mówienie – to z drugiej strony – „a myśmy mieli rację” nie zastępuje analizy anno domini 2015.

Chciałbym, aby zamiast z trollingiem, walczyć z głupotą (wersja dla zwolenników PO) / agenturą wpływu (wersja dla zwolenników PiS).

Chciałbym, aby dyskusja była inteligencka w duchu, tzn. aby nie służyła „masakrowaniu” przeciwnika (bo jeśli się chce przeciwnika „zmasakrować”, to nie zbuduje się consensusu) a ja z racji zagrożeń po prostu żądam consensusu pomiędzy PO, PiS, SLD etc.

(…) Chciałbym, abyśmy nie robili tego, co chce Moskwa i nie zajmowali się drugorzędnymi sprawami, takimi jak trolle w internecie. A w każdym razie, abyśmy nie udawali, że to pierwszoplanowe zadanie.

Chciałbym, aby Rosjanie na Łubiance i w Jasieniewie musieli się choć trochę wysilić intelektualnie wymyślając jak tu nas Polaków rozegrać przeciw sobie, bo patrząc na nasz kraj dzisiaj obawiam się, że nie stanowimy dla nich wyzwania. Wystarczy podrzucić coś nt. wraku i to wystarczy. Tak jak strażnikowi w zoo wystarczy uderzać pałką w klatkę z małpami. Zaczną się tłuc – to pewne”. I na koniec pointa, zrozumiała dla wielu z nas, tutaj na ziemi Waszyngtona, Lincolna ale i Kościuszki. „Chciałbym, aby w Polsce istniało społeczeństwo obywatelskie, bo tylko wówczas Polska będzie silna. Chciałbym, bo mam 40 lat i do Londynu już nie pojadę. Bo kocham swój kraj. Bo mam dzieci i jak już będę stary to chciałbym, aby mnie i moją żonę odwiedzały. Nie z Londynu.”

Zgodziłbyś się, Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko?