Na Mazurach Zachodnich raz słońce, raz ulewa. Bywa, że słońce świeci a deszcz pada. Wiatrzysko jest tak porywiste i lodowate, że nie ma mowy o wielokilometrowych wyprawach, jakie planowałem. Wiochna dopiero kiełkuje. Jeziora odbijają kolejne kolory nieba. Raz kuszą błękitem, raz dosmucają szarością. Kiedy to niebo jest ołowiane, robi się tu smętnie. Mam wrażenie, że duch legendarnego Smętka wciąż unosi nad tą piękną krainą. Onegdaj też go odczuwałem. Może pod wpływem znakomitego reportażu Melchiora Wańkowicza „Na tropach Smętka”. Wzorując się na tym pisarzu, sam później rozmawiałem z niedobitkami przedwojennych Mazurów, poznając ich dramatyczne losy. Ci, którzy zdecydowali się tu pozostać po 1945 roku, musieli wykazać się olbrzymią odpornością psychiczną i fizyczną. Nękani byli przez wszystkich, nie wyłączając napływowych Polaków. Godna podziwu i szacunku była ich wola pozostania na ziemi przodków i miłość do niej. Tak, właśnie miłość! Taka sama jak miłość Kresowiaków do ich ziemi.

Mazury zapamiętałem, nie tylko jako krainę jezior i lasów, ale także i wzgórz. Fotografowałem pasące się na nich konie. Dziś już bezpowrotnie zniknęły one z pejzażu. Furmanki rzecz jasna też. Po szosach mknie jeden samochód za drugim wymijając traktory z przyczepami, pługami i bronami. Stan tych szos jest w większości dobry. Nawet wtedy, kiedy prowadzą do maleńkich i oddalonych miejscowości. Niestety bywa, że wycinane są wspaniałe drzewa przy nich rosnące. Ponoć wszystkie mają być wycięte, żeby nie przeszkadzały kierowcom. Jakże często pijanym. Zgroza! Przecież są one wspaniałą ozdobą mazurskiego krajobrazu. Przecież specjalnie je sadzono blisko siebie, jako naturalną zaporę przed śnieżycami, wiatrami i ulewami. Mazurzy byli z nich dumni. Pielęgnowali je. A dzisiaj? Ach szkoda gadać.

*

W Dąbrównie, na tychże Mazurach Zachodnich, w domu przyjaciół – Ewy i Wojtka Brojerów, odnajduję stół z mego rodzinnego domu. Znalazł się tam w wyniku kolejnych peregrynacji. Pochodzi jeszcze sprzed I-ej Wojny Światowej i był panieńskim stołem mojej mamy. Drewniany, na solidnych toczonych nogach, z dwiema szufladami z dziurkami na klucze obramowanymi ramkami z kości słoniowej. W pierwszej ojciec miał swoje męskie szpargały, w drugiej mama trzymała „materiały piśmienne” wraz z pięknymi wiecznymi piórami ze złotymi stalówkami i długopisem z łańcuszkiem, zwanym wtedy piórem kulkowym. Ileż potraw stanęło przez lata na tym stole, ileż makaronów i ciast było na nim wyrobionych, ileż książek, zeszytów i map na nim leżało! Zapamiętałem, że był on duży, bo przecież jadło przy nim pięć osób, zaś teraz zdał mi się wręcz niewielki. Zawsze był idealnie czysty i traktowany niemal jak ołtarz. Nie mogły na nim leżeć nawet przez moment żadne niestosowne przedmioty. Wieczorami odrabiałem na tymże stole lekcje i uzupełniałem zeszyty lektur. Siłą rzeczy siedząc teraz przy nim przeniosłem się w pamięci do tegoż rodzinnego domu, pełnego ładu, pachnącego i jakby nieco uroczystego. Stół ów stał przy oknie, z którego roztaczał się widok na rozległą polanę okoloną wysokimi sosnami.

Teraz za dąbrowieńskim oknem widzę drzewa liściaste. Na pierwszym planie jest ogródek warzywny i łąka z kucykiem przywiązanym do słupa, który chodzi w kółko i w kółko. Na planie drugim, za nasypem po dawnej kolejce relacji Działdowo-Iława, rozciąga się panoramicznie jezioro Dąbrowa Duża. Na drugim brzegu majaczą dachówki na zabudowaniach należących do eksprezydentostwa Kwaśniewskich. Dalej, w kierunku północno-wschodnim jest droga prowadząca na pola Grunwaldu.

*

Dąbrówno (dawny Gildenburg) położone jest na naturalnej grobli między jeziorami Dąbrową Małą a Dużą. Liczy około 1200 mieszkańców. Dzieje tej uroczej miejscowości opisał znakomicie Waldemar Mierzwa w książkach „Miasteczko” i „Dawne Dabrówno w stu ilustrowanych opowieściach”. On też zbudował tu po wojnie kapliczkę upamiętniającą Powstanie Warszawskie, które nazwał Powstaniem Sierpniowym. Za sprawą m.in. Ewy i Wojtka 1 sierpnia składane są pod nią kwiaty i zapalane znicze. Punktualnie o godz. 17-ej zatrzymywany jest ruch i wyją syreny przypominając hekatombę Warszawy w sierpniu i wrześniu 1944 roku.

Władze dbają o swoje miasteczko. Zaopatrzenie jest iście fenomenalne. Nad Dąbrową Małą powstał bulwar z przesadnie dużą ilością ławek dla spacerowiczów i dla zakochanych. Niektóre umieszczone są w ażurowych altanach bez dachu, nie chroniących niestety przed wiatrem i deszczem. Schludnie jest na terenie szkoły podstawowej im. Jarosława Iwaszkiewicza i gimnazjum im. Janusza Korczaka. Ci dwaj patroni jak najlepiej świadczą o ambicji tutejszych władz i kadry nauczycielskiej. Podobnie jak molo pływackie, dwa boiska sportowe z krzesłami oraz park po obu stronach rzeczki Wel, łączącej oba jeziora. Dojmującym zmartwieniem miasteczka jest sypiąca się synagoga z cennymi freskami. Mimo usilnych starań kolejnych władz, zarząd gminy żydowskiej nie wyraził zgody na żadne renowacje. Świątynka od lat jest zabita deskami i kruszeje z każdym rokiem coraz bardziej. Istnieje poważna obawa, że w końcu się zawali, ale jakoś nie przeraża to owej gminy żydowskiej. Potem oczywiście zwali ona winę na mieszkańców a „Gazeta Wybiórcza” odpowiednio ją nagłośni.

Ewa i Wojtek latem każdego roku organizują w swym tutejszym domu plenery malarskie w celu upamiętnienia urody Dąbrówna. I owszem, z dobrym na ogół skutkiem jest ona w różnych formach przenoszona na płótna. Równie dobre rezultaty przyniosło pisanie ikon. Na zakończenie pleneru nowo powstałe dzieła prezentowane są w Galerii „Fundamenty” zorganizowanej w przyziemnej części domu. Jej historię można znaleźć na stronie internetowej.

Osobliwością miasteczka jest również dwustronna kapliczka z podwójną płaskorzeźbą przedstawiającą świętego Wojciecha, ufundowana przez Ewę i Wojtka. Można ją oglądać od ulicy i od ogródka. W Boże Ciało zatrzymuje się tutaj procesja. Jest ona symbolem przywiązania Wojtka do swego patrona i zarazem do patrona Polski. Jest także znakiem nigdy nie zachwianej i niezwykle głębokiej wiary jego i Ewy. Pod tym względem, jak zresztą pod każdym, dobrali się idealnie jeszcze w licealnej młodości. I tak już idą razem przez życie prawie pół wieku, czyniąc wszelkie dobro. Czynią je, nie tylko w świecie ludzi i idei, ale także w przyrodzie. Ostatnio przekształcają poddąbrowieńskie bagno w spore jezioro. Brałem udział w jego zarybianiu i wcale nie było ono bagiennym wydarzeniem. O nowo powstającym akwenie przyjdzie mi zapewne jeszcze niejedno napisać. Tak jak i o wpuszczonych weń jesiotrach, wywodzących się ponoć genetycznie z epoki kredy. Ha!