W 1965 roku, 18-letnia Hillary Rodham, wzorowa uczennica, członkini żeńskiej organizacji skautów, opuszczała rodzinny dom w Park Ridge, na przedmieściach Chicago.

W samodzielność i dorosłe życie wprowadzić ją miał Wellesley College, pod Bostonem. Rodzice Hillary, mogli przypuszczać, że liberalna uczelnia, poważnie wpłynie na poglądy córki. Z pewnością nie spodziewali się jednak, że ich pilna okularnica wkrótce zmieni się w dojrzałą politycznie kobietę, o której już w czasie mówiono, że kiedyś zostanie prezydentem.

*
Lata 60-te na całym świecie, a w Ameryce szczególnie, były okresem wielkich zmian i wielkich wydarzeń. Narkotyki, hippisi, inwazja w Zatoce Świń, kryzys kubański, wojna w Wietnamie, polityczne zabójstwa – tym wszystkim żyły wówczas Stany Zjednoczone. Po uszy tkwili w tych sprawach studenci, zwłaszcza ci, którzy tak jak Hillary postanowili studiować nauki polityczne.

Kiedy Hugh Ellsworth Rodham, właściciel niewielkiej, lecz dobrze prosperującej firmy w branży tekstylnej, żegnał swoją córkę, rozstawał się z młodą republikanką, tak jak on popierającą kandydaturę na prezydenta Barry’ego Goldwatera. Hillary jeszcze będąc uczennicą pracowała przy kampanii wyborczej tego polityka, zdecydowanie odrzucającego „New Deal” Roosevelta, który w nadziei wielu republikanów doprowadzić miał do rozkwitu myśli konserwatywnej w USA.

Wbrew tym oczekiwaniom Goldwater przegrał z Lyndonem Johnsonem jedną z największych w historii amerykańskich wyborów różnicą głosów. Konsekwencje tej porażki były dotkliwe dla całej Partii Republikańskiej. Mimo to jednak Hillary wyjeżdżając na studia do Massachusetts wciąż, tak jak ojciec popierała GOP, a będąc na pierwszym roku została nawet przewodniczącą organizacji Młodych Republikanów na Wellesley College.

Polityczna zmiana przyszła dopiero później, wraz ze wzrostem popularności ruchów na rzecz praw obywatelskich. Hillary zamiast Richarda Nixona zaczęła coraz częściej słuchać Martina Luthera Kinga, którego darzyła sympatią od momentu osobistego spotkania w 1962 roku.

Do demokratów przyciągnął ją jednak początkowo nie pastor King, ale protesty przeciwko wojnie w Wietnamie. Choć wciąż jeszcze nie czuła się w pełni demokratką, połknęła już bakcyla liberalizmu. W liście, który napisała wówczas do swoich kolegów ze studenckiej organizacji stwierdziła m. in.: „mam rozum konserwatysty, ale serce liberała”.

Definitywne rozstanie z republikanami nastąpiło w czwartek, 4 kwietnia, 1968 roku. Wiemy to dziś tak dokładnie, bo właśnie tego dnia, w Lorraine Motel w Memphis, w stanie Tennessee, James Earl Ray, jednym strzałem z kupionego kilka dni wcześniej karabinu, zmienił amerykańską historię. Na balkonie motelu, położonego naprzeciwko tego, na którym ukrył się Ray, raniony śmiertelną kulą padł Martin Luther King Jr. Hillary była zdruzgotana.

„Nie mogę już tego wytrzymać”– krzyknęła ponoć po obejrzeniu telewizyjnych wiadomości i – jak wspominają jej koledzy ze studiów – z płaczem pobiegła do swojego pokoju, gdzie z furią zaczęła zrzucać z półek książki. Nowo narodzona demokratka szybko jednak przyszła do siebie. Odezwał się niej konserwatywny rozum.

Zaczęła od telefonu do Karen Williamson, przywódczyni organizacji czarnych studentów na Wellesley College. Razem z nią zorganizowała później na campusie trwający dwa dni studencki protest.

Hillary brała już wcześniej udział w manifestacjach antywojennych. Wracała z nich potem dumnie na zajęcia z czarną opaską na ramieniu. Jak mówią znające ją wtedy blisko osoby, nigdy jednak nie była długowłosą hippiską, palącą amerykańskie flagi, paszporty lub karty powołania do wojska. W przeciwieństwie do swojego przyszłego męża, nigdy też nie próbowała marihuany, ani nie zażywała żadnych narkotyków. Od zawsze myślała strategicznie, sprawdzała się lepiej w planowaniu działań, które mogą doprowadzić do zmian, niż w prostych aktach nieposłuszeństwa.

Swoją filozofię wyłuszczyła w pracy kończącej studia, która poświęcana była Saulowi Alinsky’emu, radykalnemu działaczowi społecznemu, który zasłynął z organizowania protestów Afroamerykanów. William F. Buckley, guru konserwatystów, założyciel „National Review”, uznawał go wtedy za organizacyjnego geniusza. Hillary Rodham była jednak krytyczna. W swojej pracy napisała między innymi, że metody Alinsky’ego, są wprawdzie efektowne, ale w większości nieskuteczne.

Hillary pożegnała Wellesley College będąc już osobą politycznie dojrzałą. Na zakończenie, jeszcze jako studentka, wygłosiła mowę do absolwentów, zapisując tym samym pierwszą pozycję na długiej liście rzeczy, które zrobiła jako pierwsza kobieta w historii. Przed nią żadna studentka nie wygłaszała jeszcze tzw. commencement speech.

Mimo wielkiej politycznej pasji Hillary Rodham zdawała sobie sprawę, że kierunek, który skończyła niekoniecznie zapewni jej dobrą karierę, a już zwłaszcza dobre zarobki. Stąd wybór dalszych studiów prawniczych na renomowanym Yale, który tak jak wcześniej Wellesley College, zdecydował o jej nowym, życiowym kursie.

Na Yale, wiosną 1971 roku, spostrzegła długowłosego, wysokiego młodzieńca, który tak jak ona studiował prawo, a w wolnych chwilach pogrywał na saksofonie i popalał „trawkę”, oczywiście się nią nie zaciągając.

Podobno to właśnie Hillary wykonała pierwszy krok, który w rezultacie doprowadził do romansu, a po trwających kilka lat namowach jej wybranka do małżeństwa z Wiliamem Jeffersonem Clintonem. Związku pełnego przeżywanych publicznie kryzysów, ale trwającego do dziś.

Małżeństwo Clintonów, z którego pełną garścią czerpali niewątpliwie scenarzyści serialu „House of Cards”, to temat na osobną książkę. Wiele już zresztą takich wydano. Hillary w każdym razie, już poprzez zachowanie nazwiska Rodham, nigdy nie była w nim osobą mniej ważną, choć przez wiele lat w życiu publicznym to raczej jej mąż był na pierwszym planie.

Zanim jedna z najpotężniejszych dziś politycznych par na świecie wprowadziła się do Białego Domu, Hillary i Bill zdobywali doświadczenie w prowincjonalnym stanie Arkansas, gdzie przyszły prezydent został najpierw prokuratorem generalnym, a później gubernatorem. Mieszkali wówczas w niewielkim domku płożonym w Pulaski Heights, historycznej dzielnicy Little Rock.

Bill piął się po szczeblach politycznej kariery, a Hillary rozwijała się jako prawniczka, pracując w Rose Law Firm, najbardziej prestiżowej firmie prawniczej w Arkansas, gdzie później, jako pierwsza w historii kobieta została partnerem.

Jej mocne wejście w lokalny polityczno-biznesowy establishment spowodowało, że konserwatywny magazyn „American Spectator” nadał jej później przydomek: „Lady Makbet, publikując mocno krytyczny artykuł pod tytułem: „The Lady Macbeth” of Little Rock”. Hillary zasłużyła sobie na to walcząc o zmiany w miejscowym systemie edukacji, a jednocześnie prywatnie robiąc karierę prawniczą i biznesową, którą przez jakiś czas kontynuowała już jako pierwsza dama Arkansas. Stało się to początkiem towarzyszących jej przez niemal całe zawodowe życie oskarżeń o konflikt interesów. Budzące podejrzenia transakcje na giełdzie towarowej, na której Hillary pod koniec lat 70-tych, inwestując zaledwie 1 tys. dolarów w rok zarobiła 100 tys., tak jak późniejsze wspólne inwestycje Clintonów w firmie nieruchomościowej Whitewater, były przedmiotem wielu dochodzeń. Nigdy jednak nie zakończonych zarzutami.

27 lutego 1980 roku w życiu Clintonów rozpoczął się nowy etap. Na świat przyszła ich jedyna córka, Chelsea. Być może to właśnie sprawiło, że Hillary zainteresowała się mocniej sprawami dzieci, jak zwykle jednak w sposób dość nietypowy. Zasiadła w Radzie Dyrektorów Arkansas Children’s Hospital, a później także w fundacji Children’s Defense Fund. Tak rozpoczęła się jej kariera korporacyjna, w której również miała coś do powiedzenia jako pierwsza w kobieta. To właśnie ją jako pierwszą w historii przedstawicielkę płci pięknej przyjęła do swego grona Rada Dyrektorów Wal-Martu.

O wszystkim tym wiemy dzisiaj jednak nie dlatego, że już wówczas Hillary Rodham Clinton była powszechnie znana. Wydarzenia te rozgrywały się w małoznaczącym stanie Arkansas i w Ameryce praktycznie nikt się nimi nie interesował. Hillary została sławna i rozpoznawalna w całych Stanach Zjednoczonych, dopiero w 1992 roku, w okresie prezydenckiej kampanii Billa Clintona. W mniejszym stopniu ze względu na politykę, a w większym na skutek skandalu obyczajowego wokół jej męża.

W mroźny styczniowy dzień 1992 r. Hillary i Bill pojawili się razem w programie telewizji CBS, „60 Minutes”. Ubrana w zielony kostium Hillary trzymając pod rękę męża dodawała Billowi otuchy kiedy ten, już jako pretendent do Białego Domu, tłumaczył się z oskarżeń o pozamałżeński romans z Gennifer Flowers, byłą modelką magazynu „Penthouse”.
Hillary odpowiadając na jedno z pytań prowadzącego program Steve’a Krofta stwierdziła wówczas: „nie siedzę tu jak jakaś Tammy Wynette ze stand by your man. Jestem tu dlatego, że kocham mojego męża, szanuję go, szanuje to co robi, rozumiem co przeszedł i co wspólnie przeszliśmy. I wiesz co? Jeśli to ludziom nie wystarczy, to psiakrew niech na niego nie głosują”.

Na ile te mocne słowa przyczyniły się do tego, że ludzie jednak na Billa zagłosowali, nie wiadomo. Pewne jest natomiast to, że właśnie dzięki nim Hillary Rodham Clinton została zapamiętana. Przez niektórych pozytywnie, przez z innych odwrotnie. Stała się jednak powszechnie rozpoznawalna w Ameryce, choć środowisko muzyki country na długo przestało ją lubić, za ośmieszenie uwielbianej wówczas piosenkarki Tammy Wynette i jej przeboju „Stand by your man”.

Niemal dokładnie rok później, w styczniu 1993 r. kolejny nowy etap rozpoczął się już nie tylko w życiu Clintonów, ale również w życiu całej Ameryki. Na pierwsze strony gazet trafiło zdjęcie nowego przywódcy kraju, nowej pierwszej damy i nastoletniej już wówczas Chelsea. Kiedy Bill ze sporą torbą w ręku po raz pierwszy przemierzał trawnik Białego Domu, wszyscy wiedzieli już doskonale kim jest krocząca obok niego pani w ciemnych okularach. Wkrótce okazać się miało, że na pierwszych stronach zagości ona na bardzo długo. Na dłużej nawet niż jej mąż.

W Białym Domu Hillary Rodham Clinton nie została, tak jak wiele jej poprzedniczek, sympatyczną dekoracją przy prezydencie. Chciała odgrywać ważną politycznie rolę i tak też się stało. Inna sprawa, że nie zawsze wiązało się to z sukcesami. Bill powierzył jej przeprowadzenie reformy zdrowia. Hillary otrzymała biuro, sztab współpracowników i zaczęła przygotowywać zapowiadane zmiany. Reforma szybko zyskała przydomek „Hillarycare”. To czego nadającym go jej republikanom nie udało się powtórzyć przy okazji znienawidzonej przez nich „Obamacare”, wtedy okazało się skuteczne. „Hillarycare” przepadła, a wraz z jej klęską zmniejszyła się popularność pierwszej damy.

Hillary i Bill przeżywali później w Białym Domu jeszcze wiele innych porażek i skandali, z których najsłynniejszym była afera seksualna z udziałem Moniki Lewinski. Bill o mało nie pożegnał się przez to z urzędem. Wciąż jednak mógł być pewien jednego – że nie pożegna się z Hillary, która znów stanęła przy swoim mężu.

W programie „USA Today” Hillary stwierdziła wówczas: „najważniejszą historią, jeśli tylko znalazłby się ktoś chętny do jej opowiedzenia, jest szeroko zakrojona konspiracja przeciwko mojemu mężowi, organizowana przez prawicowców od momentu kiedy tylko zapowiedział kandydowanie na prezydenta”.

Przeświadczenie o spisku prawicy towarzyszy Hillary Clinton od wielu lat, tak samo zresztą jak spiskowe teorie na jej temat, rozgłaszane przez wielu niechętnych jej krytyków. Tak było kiedy zasiadała w Senacie, tak było też później kiedy po porażce z Barackiem Obamą w walce o prezydencką nominację demokratów, zdecydowała się przyjąć jego propozycję i została sekretarzem stanu.

Obecnie polityczni przeciwnicy Hillary przekonani są, że jej prywatne maile zanim zostały skasowane kryły w sobie straszne tajemnice, a bankowe rachunki Hillary i Billa pełne są milionowych dotacji od czarnych charakterów z całego świata. Inni uważają, że jej kandydatura na prezydenta, to tak naprawdę zasłona dymna, która ma wprowadzić do Białego Domu jej męża, od lat potajemnie planującego swoją „trzecią kadencję”.

Dick Morris, były doradca Clintonów, rozgłaszający liczne plotki na ich temat, twierdzi z kolei, że Hillary jest biseksualna. Jego teorię podchwycił już zresztą znany prawicowy dziennikarz, Glenn Beck, który w jednym z programów radiowych oświadczył, że: „byłaby ona gotowa uprawiać seks z kobietą na stole w Białym Domu, gdyby tylko okazało się, że jest to popularne”.

Oskarżenia nie ustają, a Clinton trwa razem z nimi, wciąż utrzymując się wysoko na falach popularności.

Maureen Dowd, słynna felietonistka „New York Timesa”, która nagrodę Pulitzera dostała za teksty o skandalu z Moniką Lewinski, kiedyś pisząc o prezydencie George’u W. Bushu, używała jedynie litery „W”. To wystarczyło by wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. Dziś Dowd określa Hillary przydomkiem grandmother, wyśmiewając w ten sposób podejmowane przez nią próby zmiany swojego twardego wizerunku i zmiękczania go nieco przez nawiązywanie do faktu, że niedawno została babcią. 8 listopada przyszłego roku przekonamy się czy Hillary Rodham Clinton, zmiękczyła tylko wizerunek czy, tak jak już kilka razy w przeszłości, także wyborców.