Wiosna rozkwitła – piękna, ciepła i pogodna, a ja mam temat kompletnie szary i smutny. Ale ważny…

W ciągu kilku miesięcy tego roku, tylko w jednym z publicznych nowojorskich szpitali zmarło dziesięciu Polaków. Kobiety i mężczyźni. Nikt ich nie odwiedzał, nie odezwały się rodziny a ich zwłoki pochowano, ale nie tak – jak sobie wyobrażamy, z szacunkiem i godnością należną każdemu zmarłemu. Pracownica tego szpitala, Polka z pochodzenia, która opowiedziała mi tę historię, czuje się kompletnie bezradna. Czasem są to osoby bezdomne, ale nie zawsze.

– To tylko jeden z publicznych szpitali nowojorskich – tłumaczy – a jest ich dużo więcej i wszędzie sytuacja wygląda podobnie lub tak samo. Nie wiem do kogo z tą sprawą się zwrócić? Ci ludzie trafiają do zbiorowych, albo trafniej – masowych grobów. Szpitale, jeśli sama osoba nie zadba o to, kto się nią zajmie w razie śmierci, nie szukają członków rodziny, zwłaszcza jeśli bliscy zmarłego są z innego, odległego kraju np. z Polski. Taki los spotyka nie tylko Polaków, a wszystkich ludzi samotnych, którzy nie zadbali o swój pochówek.

Smutnych polskich historii życiowych, niekoniecznie ostatecznych, jest więcej. Przed kilkoma laty do naszej redakcji zadzwonił pracownik jednego z nowojorskich hoteli, do którego po pobycie w szpitalu skierowano starszą Polkę na wózku inwalidzkim. Szpital ją tam umieścił, opłacając noclegi na tydzień. Tydzień minął, a perspektywy, gdzie ją ma hotel odstawić – nie było.

Kobieta straciła mieszkanie, nie miała pieniędzy, rodziny, przyjaciół. Pracownik hotelu – Polak, wiedząc, że następnego dnia trzeba schorowaną kobietę wystawić po 12 w południe na ulicę w środku Manhattanu, zaalarmował naszą redakcję, a redakcja konsulat. Tym razem udało się. Konsulat pomógł, w drodze wyjątku, bo przecież konsulat nie zajmuje się układaniem życia polskich obywateli.

Innym razem polski wolontariusz jednego z nowojorskich szpitali opowiadał jak odwiedzał samotnego Polaka, który leżał w szpitalu i nikt do niego nie zaglądał, nikt z nim nie rozmawiał, bo mówił tylko po polsku, a szpital był amerykański. Wpadł w depresję, nie walczył o zdrowie, dopiero tu poczuł swoją samotność. Za sprawą wolontariusza schorowanego człowieka uratowała grupa życzliwych ludzi i polskich instytucji. Odwieziono go do Polski. Najpierw jednak to nasz wolontariusz, który regularnie przychodził do niego, rozmawiał z nim, dał mu nadzieję.

Wielu bezdomnym Polakom stara się pomagać Eryka Volkner. Kobieta – Instytucja, która choćby najbardziej chciała, nie jest w stanie wszystkim się zająć.

Jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, ale wielu ludzi nie zabezpiecza się na ten ostatni moment życia. Osamotnieni odchodzą w nieznane. W takich sprawach nie powinniśmy liczyć na to, że bezinteresownie ktoś przygotuje i opłaci naszą ostatnią drogę. I choć myślenie o sprawach ostatecznych nie należy do tych, którymi z przyjemnością się zajmujemy, to – mimo wszystko – warto o to zadbać.

Poszperałam w internecie i bez trudu znalazłam informacje o tym, co dzieje się z ciałami bezdomnych nowojorczyków, z ciałami ludzi, którzy nie mieli rodziny, albo rodzina zmarłego nie zgłosiła się w odpowiednim czasie. Cmentarze nie chcą przyjmować zmarłych, na pochówku których nie zarobią.

W Nowym Jorku jest pięć miejskich kostnic, największa w Bellevue Hospital na trzecim, piwnicznym poziomie. Ciała zmarłych są tu przechowywane przez pewien czas, raczej krótki, w oczekiwaniu na zgłoszenie rodzin, bliskich czy jakiś organizacji. Jeśli nikt się nie zgłosi, ciała niektórych zmarłych trafiają na jakiś czas na nowojorskie uczelnie medyczne i służą praktykom studenckim.

Jednak większość przewożona jest w specjalne miejsce odosobnienia. Odosobnienia, bo Potter’s Field na Hart Island, wyspa na East River, należąca do Bronxu to miejsce, którego lepiej nie oglądać.

Zawsze lokowano tu instytucje, których sąsiedztwa nikt nie chciał. Był tu szpital psychiatryczny, miejsce dla chorych na gruźlicę, tu umieszczono więzienie i od drugiej połowy XIX wieku, za pieniądze podatników urządzono największy – jak wyczytałam – cmentarz świata. Składa się on z masowych grobów, gdzie drewniane skrzynie zastępujące trumny układa się jedną na drugiej, ciasno, tak by zajmowały jak najmniej miejsca.

Jak się okazuje swoje miejsce spoczynku znalazło tu przynajmniej milion osób, w tym wielu emigrantów, bezdomnych, ale i słynnych za życia obywateli Nowego Jorku, bo bieda i zapomnienie może przytrafić się każdemu. Nie można odwiedzać tego miejsca, ale zdarza się, że niektórzy uzyskują specjalne pozwolenie.

Zmarli chowani są w skrzyniach drewnianych właściwych rozmiarów, dobrze jak na takim opakowaniu napiszą nazwisko zmarłego albo przylepią jakąś kartkę z informacją. Pewnie jest prowadzony rejestr zmarłych, ale to wszystko, co upamiętnia człowieka, który odszedł w biedzie, samotny i zapomniany. Grzebaniem zmarłych zajmują się więźniowie.

Więc, póki żyjemy, warto pomyśleć o sprawach ostatecznych. Warto być blisko rodziny, mieć z nią kontakty, warto otoczyć się kręgiem serdecznych przyjaciół i znajomych, którzy w razie czego zajmą się naszym pochówkiem.

Warto – jeśli nie jesteśmy w stanie odłożyć sporej sumy pieniędzy, potrzebnych w tym mieście na godny pogrzeb, to przynajmniej ubezpieczmy się na tę okoliczność. Instytucji, które świadczą takie usługi, nie brakuje. Jeśli nie znamy języka angielskiego, na pewno znajdą się osoby, które w tym pomogą.

A jeśli nie stać nas na wydanie pewnej, nie tak wielkiej kwoty na ubezpieczenie, to może lepiej wrócić do Polski. Tam, choć kraj jest biedniejszy, to zapomoga państwowa z tytułu zgonu przysługująca każdemu obywatelowi Polski, jest znacznie wyższa niż w Ameryce, choć też ją obniżono. W Ameryce otrzymane od państwa pieniądze mogą wystarczyć tylko na byle skrzynię i masowy grób.