Kolonizacja oznaczała regres cywilizacyjny w każdej dziedzinie życia. Zabierano ze sobą tylko to, co wydawało się konieczne w zagospodarowaniu nowej ziemi. Niezbędna otoczka materialna musiała się dopiero wytworzyć.

Podczas gdy w Zjednoczonych Niderlandach od dawna używano świec, mieszkańcy Nowego Amsterdamu posługiwali się z konieczności łuczywami. Sporządzono ją ze specjalnego gatunku sosny, zwanej candle-wood, którą tu odkryto. Nasycone terpentyną drewno jarzyło się z wolna, dając nie najgorsze, acz krótkotrwałe światło.

Najpierw układano je na płaskich kamieniach, wyznaczających obrzeże kuchennego paleniska. Dobry ciąg powodował, iż paliły się one równym płomieniem, nie wydzielając dymu. Po kilkunastu latach drewniane szczapy umieszczano w specjalnych uchwytach, zrobionych z cyny. Pozwoliło to również na oświetlenie pokoi.

Z czasem wprowadzono kaganki, wzorując się na zapadłych wioskach w starym kraju. Były one napełnione olejem wysmażonym z ryb. Choć wydawaly niezbyt miły zapach, to stanowiły pewien krok naprzód. Dopiero w drugiej połowie XVII w. zaczęto wytapiać świece z łoju. Miały one knoty z konopii, a znacznie później z bawełny nasyconej saletrą. Wyrabiano je domowym sposobem, a trudniły się tym niewiasty, korzystając z pomocy córek i nieletnich chłopców. Mężczyźni mieli ręce zajęte inną robotą.

Dopiero w następnym stuleciu weszły w życie tzw. spermacetti, uzyskiwane z wielorybiego tłuszczu. Produkowano je już wyłącznie w manufakturach, usuwając zapach i poddając wybielaniu. Konkurowały one skutecznie z drogimi świecami, które wyrabiano z „wywoskowanych” owoców krzewu, o nazwie tallow bush. Miały one piękny zielony kolor i wspaniały aromat, toteż zapalano je tylko podczas wielkich świąt.

Ostatnim krzykiem mody stały się świece z pszczelego wosku. Uważane najpierw za przedmiot zbytku, oświetlały wyłącznie rezydencje ludzi zamożnych, stając się w miarę upływu czasu artykułem codziennego użytku. Tym niemniej stanowiły one pokaźny wydatek w domowym budżecie, toteż nowojorczycy stosowali się nadal do wyuczonego w dzieciństwie przysłowia: – Early to bed, early to rise, you will grow healty, wealthy and wise.

Zmiany na lepsze dokonały się dzięki stojącym lub wiszącym lampom ze szklanym kloszem, w których początkowo wykorzystywano olej, przechodząc później na naftę. Dając dobre oświetlenie, ułatwiły czytanie, pisanie, szycie i inne czynności, zmieniając przy okazji tryb życia domowników.

Pierwsze latarnie gazowe rozproszyły egipskie ciemności panujące w Nowym Jorku. W 1880 r. nasze miasto tonęło w ciepłym, acz przymglonym świetle, które dodatkowo nadawało ulicom romantyczny charakter. Kolejna nowinka już wisiała w powietrzu, obrazując wiek postępu.

Przybywszy tutaj bez grosza przy duszy w 1869 r., Tomasz Edison spędził pierwszą noc spacerując aż do rana, gdyż przyjaciel rodziny, u którego miał się zatrzymać, był nieobecny w domu. Nie licząc na żadną pomoc, przedsiębiorczy młodzieniec zatrudnił się nazajutrz jako telegrafista. Po siedmiu latach miał już na swoim koncie 122 patenty, co pozwoliło mu na zakup posiadłości Menlo Park, położonej w New Jersey. Edison postawił tu dom, urządzając laboratorium w oddzielnym budynku.

Tytan pracy umiał zaprezentować swoje wynalazki. Historyczny pokaz przełomowej innowacji odbył się 31 grudnia 1879 r. podczas sylwestrowgo balu w Menlo Park. Wzięli w nim udział najzamożniejsi obywatele, a także burmistrz i rajcy. Pierwsze żarowki działały przez 20 godzin. Zaproszeni goście, łącznie z władzami głośno wyrazili swoj podziw, nie kwapiąc się jednak z zakupem drogich urządzeń. Po cichu narzekano na ostry i zapewne szkodliwy dla oczu blask. Towarzyszące notablom, małżonki w balzakowskim wieku, uznały – nie bez racji, iż rzęsiste światło dodawało im lat.

Prywatni inwestorzy, uczestniczący w pokazie zlekceważyli sobie te obiekcje. Nie mieli wątpliwości, iż elektryczność zapoczątkuje nową rewolucję przemysłową, stając się przy tym źródłem ogromnym zysków. Wkrótce zawiązała się spółka pod nazwą Edison Electric Illuminating Company, posiadająca kapitał zakładowy w wysokości miliona dolarów. Cena pojedynczej akcji była bardzo wysoka, dochodząc do 300 dolarów.

John Pierpont Morgan jako pierwszy wśród nowojorskich milionerów zainstalował światło elektryczne w swojej rezydencji na rogu Alei Madisona i 36 Ulicy. Wygórowane koszty powiększało własne, a przy tym hałaśliwe dynamo zainstalowane w piwnicy.

Nadzorował je inżynier, wynajęty na godziny. Grube nowojorskie ryby, poczynając od Astorów, a skończywszy na Vanderbiltach, poszli za jego przykładem po krótkiej zwłoce.

Wiosną 1882 r. przedsiębiorczy wynalazca przystąpił do budowy pierwszej na świecie elektrowni w pobliżu Pearl Street, na działce zakupionej za 75 tys. dolarów. Liczba subskrybentów, którzy zobowiązali się do korzystania z energii, przekraczała wtedy setkę. Były wśród nich głównie urzędy, instytucje i teatry. Tempo robót było oszałamiające i już 4 września zapłonęły światła zarówno w biurze kompanii, jak i budynkach podłączonych do sieci. Ceniąc sobie darmową reklamę, Edison zaprosił reporterów. Czując się najlepiej w znoszonej odzieży, wystąpił tym razem w smokingu, skrojonym według najnowszej mody.

Już w następnym roku oświetlenie uzyskało ponad 600 domów, zaś cena akcji doszła do ośmiu tysięcy. Liczba klientów rosła powoli, gdyż popyt ograniczała cena krótkotrwałej zarówki. Kosztowała ona jednego dolara, a więc rówoznaczność dniowki niewykwalifikowanego robotnika. Rozszerzenie klienteli zależało od dalszych usprawnień w tej dziedzinie, toteż upłynęło wiele wody w Hudsonie, zanim światło elektryczne dotarło do każdego domu.