04

 

Mrużę oczy i na chwilę tracę ostrość. Ptak śpiewa. Słyszę go przez niedomkniętą szybę. Dzieci krzyczą. Głośniej od samochodów. I wiertarki. Właściciel domu postanowił odmalować korytarz. Zeskrobał ze ścian strupy i liszaje, którymi porosły przez lata. Nie zdążyliśmy zrobić zdjęć. Ocalić od zapomnienia pożółkłych kartonów z wypisanymi odezwami do lokatorów, które mijaliśmy codziennie. Koślawe zdania roiły się od błędów. Litery pokładały na siebie. Obok wisiał poczerniały pejzaż ułożony z kawałków puzzli, zbutwiała książka skarg i zażaleń, jakieś oficjalne rozporządzenia dotyczące segregacji śmieci. Wszystko zniknęło. Teraz ściany wyglądają, jak wszędzie. Nigdzie. Usunięto ślady. Odciski brudnych palców. Czasu.

_

Patrzę na Marę i Jerrego, którzy krzątają się przed domem. Są starzy i zmęczeni. Ale ciągle w kieracie obowiązku. Doglądają. Pilnują. Jeremia rozstawił krzesełko i śledzi każdy ruch mężczyzny, który mógłby być jego synem. Obserwuje, jak Meksykanin macha pędzlem, podśpiewując pod nosem. Pewnie żałuje, że sam nie może stać na tej drabinie. Jak to pewnie bywało przed laty. Kiedy pracował na dwa etaty w rzeźni, nosił ciężkie półtusze, a w wolnych chwilach zajmował remontowaniem domu, który miał mu zapewnić spokojną starość. Teraz jest stary. Ale czy spokojny? Szczęśliwy? Ma córkę i wnuczki. Tę samą żonę. I problemy z kręgosłupem. Wiosną zakłada słomkowy kapelusz i uprawia ogródek. Sadzi pomidory i ogórki. Czasem zostawia w naszej skrzynce na kwiaty siatkę nowalijek. Albo wręcza bukiet irysów. Każdego pierwszego dnia miesiąca przychodzi po czynsz. Nigdy się nie spóźnia. W największe śnieżyce i upały. Puka, rankiem, do drzwi. Wydaje się, że zawsze tak będzie. Słomkowy kapelusz latem, skórzany kaszkiet jesienią, a w największe mrozy karakułowa czapa, której nie powstydziłby się Ceausescu. Ciepłe spojrzenie, spracowane dłonie, pochylone plecy, ciężki chód. Bo Jeremia jest częścią krajobrazu. Jak stare drzewo, którego nie wolno wycinać. Był tu zanim przyszliśmy. Czyli od początku. Naszego zawsze.

_

Ale jego świat znika. Ustępuje pod naporem zmian. Dzielnica się przepoczwarza. Przybywa mieszkańców, którzy chcą więcej. Inaczej. Siwe, smutne kobiety z bałkańskich wiosek, robią miejsce młodym dziewczętom z tatuażami. Teraz one siedzą na kamiennych schodach, popijając mrożoną kawę z sojowym mlekiem. Albo krzyczą po polsku na dzieci biegające po chodniku. Nadchodzi nowe. Anektuje. Pochłania. I jest w tym procesie ożywcza energia początku. Ale równocześnie melancholia przemijania. Bo nieodwracalność budzi sprzeciw, wewnętrzną niezgodę na zacieranie śladów. Wywabianie plam. Zapominanie. Pokolenie pierwszych emigrantów wydaje się być bardziej heroiczne, szlachetne. Tragiczne okoliczności opuszczenia ojczyzny, trudne początki w bezlitosnym kapitalizmie, praca ponad siły, skromność egzystencji. By w końcu spełnić amerykański sens. Zostawić potomnym „dzieło życia”. Ci, którzy przychodzą po nich, rzadko doceniają trud, rozumieją ogrom wyrzeczeń. Pytają: po co? Dlaczego? Albo wzruszają ramionami, nie chcąc przyjąć prezentu, jaki z własnego życia uczynili rodzice, dziadkowie. Buntują się. Uciekają. Bo nie tylko dom otrzymują w spadku, ale cały pakiet: styl życia, zestaw wartości, odpowiedzialność, zobowiązania. A oni chcą po swojemu. Na własnych warunkach. Na własnych błędach. Dbanie o rodzinną spuściznę traktując często, jak zamach na swoją wolność. Nawet jeśli to tylko – albo aż – dom z lokatorami.

_

Kiedy w zeszłym roku Mara i Jeremia polecieli na wakacje w rodzinne strony, zięć z wnuczkiem pojawili się w ogródku tylko raz. Przez kilka tygodni nikt nie podlewał grządek. Przejrzałe owoce leżały wśród zeschniętych liści. Nazajutrz po powrocie stare małżeństwo stawiło się na posterunku. Jeremia grabił liście, Mara zbierała do siatki zgniłe pomidory. Ich przygarbione sylwetki odcinały się na tle zachodzącego słońca. W powietrzu było czuć jesień.

 
ilustracja: Rafał Ekwiński

 

Kontakt z autorką:
podwojnezycieweronikik@gmail.com

www.facebook.com/ridgewoodteka