Niedziela na Mulberry Street. W samym sercu włoskiej dzielnicy. Pod neonowym napisem. W niebezpiecznej bliskości ristoranti, w których serwują tuczące makarony, suto okraszone Parmigiano Reggiano i „najlepszą na świecie pizzę”- o czym informują szyldy w oknach co drugiej knajpy. Nie brakuje kulinarnych monarchów: „król sycylijskich cannoli”, „król legendarnych włoskich lodów”. Wszystko „oryginalne” i „domowe”, choć znajoma Włoszka uważa, że z prawdziwą kuchnią słonecznej Italii ma to już dziś niewiele wspólnego. Biznes przejęli Albańczycy i udają prawdziwych makaroniarzy. Tak jak Chińczycy i Koreańczycy w barach sushi, podszywający się pod sąsiadów z „Kraju Kwitnącej Wiśni”. Biały człowiek nie rozpozna. Zje, zapłaci i będzie zadowolony. Że przeżył coś „autentycznego”. Nawet jeśli każdy jeden składnik potrawy będzie zaledwie zbliżonym w smaku odpowiednikiem, marnym zamiennikiem, ersatzem. Nie jesteśmy kulinarnie wysublimowani. Brakuje nam ogłady. Pochodzimy z kraju, gdzie pizzę polewa się ketchupem. A do niedawna nikt nie słyszał o makaronie al dente. Łatwo dajemy się nabrać. Na stoliki z kraciastymi obrusami i akordeonistę, który wygrywa Allez venez, Milord. I tylko brakuje małej pieśniarki, której do kapelusza można by wrzucić srebrny grosz. Za to jest facet z kotem. Na głowie. Który z przechadzania się wśród turystów ze zwierzęciem na łbie uczynił profesję. Czarny, puszysty kot jest źródłem jego utrzymania. Trzy dolary za zdjęcie. Chętnych nie brakuje. Można fotografować sowizdrzalską parę, albo upozować zwierzę na własnej łepetynie. To droższa opcja. Ale dostarczająca dodatkowych wrażeń. Mężczyzna ma twarz ogorzałą od gorzały. I mętne spojrzenie. Kot emanuje spokojem mistrza zen. Nie płoszą go klaksony taksówek, ani pisk rozentuzjazmowanego tłumu. Rutyniarz.

Przed wejściem do „La bella vita” restauracyjny naganiacz. Zaczepia przechodzących. Nie odpuszczając nikomu. Ma białą koszulę i włosy zaczesane do tyłu. Jak większość kelnerów i pomocy kuchennych. A także właścicieli. Starych Sycylijczyków i Neapolitańczyków, którzy lekko pochyleni, biegają nerwowo albo palą papierosy na ulicy i dyskutują zawzięcie. O Neapolu pisał Márai: „Miasto wyszorowane jak buty kawalerów. Kłębi i się i błyszczy. Nigdzie nie czuje się tak bezpośrednio cielesności jak w Neapolu. Ta animalność jest szczególnie wytworna, jak przeciąganie się szlachetnego zwierzęcia. W Neapolu jeszcze ciągle zdarzają się dandysi, mizdrzący się, salonowi, komiczni, lecz szczerzy w swej manierze uliczni arystokraci.” To był 1963 rok. Inny kontynent, inne czasy. Ale obserwując kręcących się w kółko, rozgorączkowanych mężczyzn, wodzących tęsknym wzrokiem za każdą młodą kobietą, myślę, że muszą mieć przynajmniej domieszkę południowej krwi. Nico, Vinnie i Tony. Rzucają komplementami od niechcenia. Pod nogi przechodzących dziewcząt. Które mimo spóźniającej się wiosny odważnie eksponują nagie ramiona i blade kolana. Nowojorska ulica w kwietniu: ludzie w futrach i ludzie w krótkich spodenkach. Trzęsący się z zimna starcy i nonszalanckie, obnażone młode kobiety. Jak by robiły to specjalnie. Demonstrowały swoją niezniszczalność. Obnosiły z dopiero co wyklutym, sprężystym ciałem. Te przykrótkie sukienki. Gołe pępki. Czerwone usta. Jak flaga. Gotowość do walki. O wszystko. O nic.

Na wystawie czekoladowe ravioli i tortellini z buraczanym nadzieniem. To dla tych, którzy lubią zdrowiej. Dalej stragany pełne nikomu niepotrzebnych bubli. Koszulki z wyznaniem miłości do Nowego Jorku. Pocztówki, breloczki, szklane kule. Turyści chodzą stadami – jak powiedziałby Czesiu z Grajewa. Wolno, albo w grupach. Przewodnicy trzymają w górze parasole. Muszą im cierpnąć ręce. Myślę o koloniach, wyjazdach klasowych. Wycieczkach zorganizowanych. Do których niechęć mam wielką. I których unikam. Bo nic tak nie zabija wakacji jak systematyczność i przymus. Ponaglanie, popędzanie. Świat oglądany z okien autokaru pozostaje tylko pocztówką, slajdem. Jest jednowymiarowy. Płaski. I zwykle przypomina scenografię z dykty. Obwoźny kram. Pejzaż zawinięty w rolkę, który rozstawiają w studiach fotograficznych. Niewiele ma to wspólnego z prawdziwym poczuciem miejsca. Jego energii, zapachu. Podróżowanie skrojone na miarę wydaje mi się męczące. Jak noszenie za ciasnego ubrania. Zaliczanie atrakcji turystycznych, wbijanie flag na mapie, mało pociągające. Jestem turystką totalną. Zwiedzam od lat to samo miasto. Wydeptuję ścieżki. Obsikuję kąty. Zostawiam ślady.