Kto wie czy o naszym losie nie decyduje opatrzność. Najlepszy przykład stanowią tu dwie siostry, o dość podobnym wyglądzie, acz odmiennych charakterach.

Pierwsza z nich, o imieniu Ann wybrała konwencjonalną drogę, wychodząc wcześnie za mąż za znanego adwokata, George’a Curtissa. Stała się ona nie tylko oddaną żoną i matką, ale także idealną panią domu. Z kolei druga i znacznie od niej młodsza siostra zajęła się filantropią i działalnością społeczną uprawianą na wielką skalę w Nowym Jorku.

Nakreślimy tu sylwetkę Josephine Shaw Lowell (1843-1905), poświęcając zaledwie kilka słów jej starszej siostrze. Jo – jak ją nazywano w domu – przyszła na świat w miejscowości West Roxbury, położonej w Massachusetts. Francis i Sara Shaw dochowali się pięciorga dzieci. Oświeconym i bardzo bogatym rodzicom zależało na tym, aby ich potomstwo przesiąknęło kulturą i tolerancją przodków ze Starego Kontynentu.

Sprzedając rodowy pałac w 1852 r., zabrali ze sobą całą piątkę na wyprawę po Europie, zaczynając od długiego pobytu w rodzimej Anglii. Na wojaż przeznaczono dobrych kilka lat, toteż rodzinie towarzyszyły dwie guwernantki i tutor, którzy udzielali lekcji swoim podopiecznym w zakresie szkoły podstawowej i gimnazjum. Po powrocie do Ameryki, Francis Shaw zakupił rozległą posiadłość na Staten Island wraz z magnacką rezydencją. Tu właśnie Ann poznała swego męża. Posażna panna i zarazem bardzo oddana córka nabyła piękne domostwo w pobliżu rodziców i ufundowanego przez nich kościoła.

Cofając się w czasie, przemożny wpływ na wychowanie dzieci wywarła religia, gdyż zarówno Francis jak i Sara należeli do Unitarian Church. Podobieństwo w nazwie jest tu złudne, gdyż w odróżnieniu od polskich unitów, ten ostatni zalicza się nie tylko do ściśle protestanckich kościołów, posiadając przy tym dość specyficzne wyznanie wiary. Jako monoteistyczny odłam odrzuca on dogmat o Trójcy Świętej, uważając Jezusa Chrystusa za proroka i jednocześnie nadziemską Istotę wysłaną na Ziemię przez Jedynego Boga. Wywodząc się z podzielonych na księstwa Niemiec, unitarianizm przyjął się w Anglii pod koniec XVIII w. Biorąc pod uwagę zarówno dominującą pozycję High England Church, jak i Kościoła Episkopalnego w Ameryce, unitarianie posiadali niewielką liczbę wyznawców zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Nowym Świecie. Traktując bogacenie się jako ważną cnotę, nowa religia przyciągała szczególnie kupców osiadłych w Nowej Anglii.

Unitarianie uważali, iż nie ma żadnych sprzeczności pomiędzy religią i nauką, co pasowało ich w przyszłości na prekursorów świeckiego humanizmu. I stąd właśnie wzięła się ogromna waga przykładana zarówno do edukacji potomstwa, jak i do kształtowania ich charakterów. Do najważniejszych cech przyzwoitego człowieka nałeżały dobre uczynki i dawanie dobrego przykładu innym. Co więcej, unitarianie nie ograniczali roli kobiety wyłącznie do sfery życia rodzinnego. Ukształtowało to pierwsze pozytywistki.

Nader zdolna Josephine opanowała zagranicą kilka języków. Posiadając wszędzie intelektualnych przyjaciół, Francis i Sara zachęcali córkę do udziału nie tylko w poważnych dyskusjach, ale i naukowych debatach. Prowadzony przez nią dziennik wykazywał zarówno wielkie wyrobienie polityczne, jak i szczególną wrażliwość na niedolę innych. Dodajmy, iż cała rodzina opowiadała się czynnie za zniesieniem niewolnictwa.

Wojna domowa wisiała w powietrzu, gdy Josephine poznała absolwenta Harwardu, Charlesa Lowella, który był również jej współwyznawcą. Połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia, toteż zawarli ślub w kościele na Staten Island po krótkim narzeczeństwie. Spełniając swój patriotyczny obowiązek wiosną 1863 r., nowożeniec zaciągnął się do wojska po stronie Północy czyli Unii. Nie zważając na perswazje przerażonych rodziców, Josephine podążyła za mężem na front. Wstępując po krótkim przeszkoleniu w szeregi sanitariuszek, opiekowała się rannymi i chorymi w jednym z polowych szpitali. Na miesiąc przed urodzeniem się córki, Charles Lowell poległ na placu boju.
Pośmiertne odznaczenie za bohaterstwo nie ułagodziło bólu młodej kobiety po stracie męża. Wróciła z niemowlęciem do rodziców. Zajmując się wychowaniem dziecka, otrząsnęła się z żałoby dopiero po trzech latach. Wyrzekając sie raz na zawsze myśli o ponownym związku, poświęcila się całkowicie dobroczynności. Upamiętniając Charlesa, nadała dziewczynce imię Carlotty. Odziedziczywszy ogromny majątek po Lowellu, pozostawiła własny posag córce.

Idąc prosto jak strzelił do wyznaczonego przez siebie celu, Josephine zakupiła duży apartament na Manhattanie. Obsesyjnie zajęta filantropią, zaniedbywała Carlottę, oddając ją pod opiekę nianek. Ann, która uważała, iż dobre uczynki zaczynają się w domu, krytycznie patrzyła na siostrę. Mając trójkę własnych dzieci, zapraszała dziewczynkę do siebie na coraz dłuższe pobyty.

Nie porzucając wiary przodków, Ann Curtiss uważała w duchu, iż jej kościół cierpi na monomanię, wysuwając na pierwsze miejsce obcych. Nie zdradzając się ze swoim zdaniem wobec współwyznawców, pisała o tym w pamiętnikach. Paradoksalnie, jej małżonek, usilnie walczący o równe prawa dla Amerykanek, przekształcił ją w małą kobietkę. Uczynił z niej także słomianą wdowę, jeżdżąc nieustannie z wykładami i odczytami po całym kraju. W rezultacie cały ciężar zarówno prowadzenia posiadłości, jak i wychowywania dzieci spoczywał na jej barkach. Najwidoczniej praca dla innych ma swoją cenę, gdyż to samo spotkało córkę Josephine, która widywała swoją rodzicielkę tylko od wielkiego święta. O dalszym losie Carlotty wiadomo tylko, iż spędzała ona coraz więcej czasu z ukochaną ciotką i jej potomstwem. Najmłodsza ze wszystkich stała się ich benjaminkiem.
Odrzuciwszy względy konkurentów, 25-letnia i nader przystojna wdowa ubierała się wyłącznie na ciemno, uchodząc niekiedy za zakonnicę. Zabroniła woim najbliższym używanie zdrobnienia Jo. I miała rację, gdyż tylko pełne imię pasowało do jej nowego wcielenia. Josephine założyła wtedy własne stowarzyszenie, pomagając nie tylko ubogim, ale także wdowom i sierotom, których nie brakowało po krwawej wojnie domowej. Pochłonęła ona około 600. tys. ofiar po obu stronach.

Umiejętnie propagując swoje cele, Josephine Lowell wciągnęla do filantropii inne zamożne damy. W 1878 r. powierzono jej funkcję komisarza do spraw dobroczynności przy urzędzie burmistrza. Dwoiła się i troiła na tym stanowisku, tworząc system zapomóg udzielanych potrzebującym. Zapoczątkowała szkoły zawodowe dla dziewcząt, skutecznie zabiegając o poprawę warunków pracy kobiet. Jako jedna z pierwszych na świecie zajmowała się rehabilitacją prostytutek. Jej znajome pomagały więźniarkom, przyczyniając się także do zreformowania szpitali. Walczyła również o zapewnienie właściwej opieki chorym psychicznie w zakładach zamkniętych. Powołała też specjalny urząd do kontroli żywności.
Dwojąc się i trojąc, Josephine Lowell pobudowała w gruncie rzeczy pierwsze zręby państwa opiekuńczego w Nowym Jorku. Nic dziwnego, iż ta niestrudzona społecznica osiągnęła rozgłos w całym kraju. Nie okazujac zmęczenia, pracowała do końca swoich dni. Postępujący rak stał się przyczyną jej przedwczesnej śmierci. Żegnały ją tłumy w żałobnym orszaku. Jej zasługi honoruje piękna fontanna w parku Bryanta.