Sandomierz położony wśród rozkwitłych sadów, wąwozów, wzgórz i tarasów zdał mi się jednym z tych pięknych miasteczek, jakie parokrotnie podziwiałem we Włoszech. Jest już całkowicie odnowiony i zachwyca w stopniu nie mniejszym niż w telewizyjnym serialu „Ojciec Mateusz”. Lekko pochyły rynek, ratusz, uliczki, kościoły i zaułki są w nim autentyczną scenerią. Gdzie nie spojrzeć, tam ładnie i przytulnie. Jest to miejsce wymarzone dla miłośników zabytków, ładu i piękna. Pobyt w nim cieszy; jest wartością dopełniającą i inspirującą. Nie dziwię się, że Jarosław Iwaszkiewicz miał tu pracownię, do której uciekał od kłopotów rodzinnych na Stawisku i warszawskiego harmideru. W Sandomierzu powstały m.in. „Czerwone tarcze”, „Pasje błędomierskie”, „Lato w Nohant”, „Zygfryd” i „Młyn nad Utratą”. Onegdaj chciałem założyć tu Teatr Ziemi Sandomierskiej, ale ówczesne PRL-owskie władze twierdziły, że pomysł ten jest bez szans. Wzorem Wyspiańskiego marzyły mi się plenerowe przedstawienia m.in. na rynku i nad Wisłą, na zamku w Baranowie Sandomierskim, w ruinach Zamku Krzysztopór, w Opatowie i Koprzywnicy, Tarnobrzegu i Stalowej Woli. Wiedziony młodzieńczym romantyzmem, długo nie mogłem pogodzić się z tym, że teatr jest jednak sztuką elitarną… Wraz z przyjaciółmi odwiedzam teraz miejsca znane i nieznane, nie wyłączając katedry, kościoła dominikanów i Wąwozu Królowej Jadwigi. Miary wrażeń dopełniają panoramiczne widoki i upajający zapach czeremchy. Spowija on całe miasto, czyniąc je jeszcze bardziej bajkowo-filmowym. Okazuje się, że jest w nim pokój dla literatów, nawet nie takiej rangi jak Iwaszkiewicz, zatem mam ponoć szansę w nim zagościć. Kto zatem wie, może z niej skorzystam.

Jarosław Iwaszkiewicz – „Jeśli chodzi o urodę, to niczym widoki sandomierskie nie ustępują widokom z Palermo. Z okna mojego rozciąga się przestrzeń zupełnie podobna do Conca d`Oro i widok przypomina widok w Santa Maria di Gesu. Morza tylko nie ma.”

Po drodze do Sandomierza zahaczyliśmy o Czarnolas. W obszernym parku i klasycystycznym dworku spotkać można ducha mistrza Jana. Wprawdzie nic tu nie zostało z jego czasów, ale obrazy, renesansowe meble oraz scenografia pozwalają wyobrazić sobie, jakie było życie, kiedy on tu gospodarzył. Ściany pokryte są wykaligrafowanymi fragmentami utworów, jakże wciąż ujmującymi. Trafne jest zatem przypomnienie, że Kochanowski jest pierwszym wielkim poetą, nie tylko Polski, ale i całej Słowiańszczyzny.

W miejscu osławionej lipy stoi strzelisty obelisk zwieńczony jego popiersiem. W dole, jakby nad symbolicznym grobem Urszulki, wyryty jest fragment z „Trenów”. W dawnej kaplicy znajduje się rzeźbiarska ekspozycja przedstawiająca autora „Odprawy posłów greckich” wśród ostatnich Jagiellonów. Siłą rzeczy przypominają się historyczne postacie uwieczniane w gabinetach figur woskowych. W podziemiach dworku są kolejne scenograficzne prezentacje sytuacyjne, pokazujące m.in. szlachciców biesiadujących i grających w szachy. Park utrzymany w stylu angielskim zachęca do odpoczynku i spacerów wokół stawów. Wraz w dworkiem i domkiem gospodarczym oraz pawilonem informacyjnym stanowi on świat sam w sobie, jakże inny w porównaniu z brzydotą otaczającej go wsi nazywającej się także Czarnolasem. Nie ma ona nic wspólnego z renesansowym pięknem i ładem. Przeciwnie jest wręcz modelowym przykładem szpetoty i chaosu, niekoniecznie wynikających z biedy. Wsie mijane na trasie do Sandomierza także nie grzeszą urodą. Architektura najnowszych domów, niekiedy bogatych, woła o pomstę do nieba. Podobnie jest na innych trasach. Wszędzie wrzask i totalne bezguście. Także w straszliwej wręcz architekturze nowych kościołów.

Na spotkanie z Julią Hartwig zorganizowane przez „Zeszyty Literackie” w warszawskim kinie „Atlantic” przyszło ponad 350 osób w różnym wieku. Było sporo młodzieży stojącej pod ścianami i siedzącej na schodach. Niektórzy patrzyli na poetkę z uwielbieniem. Głównym tematem był jej „Dziennik amerykański”, który doczekał się wielu słów uznania. Jak najbardziej zasłużonych, bo jest to lektura znakomita. Niestety pytania zadawane sędziwej poetessie przez prowadzących spotkanie – Janusza Drzewuckiego i Artura Wolskiego, nie prowadziły do pogłębienia zagadnień odnotowanych w dzienniku i dotyczyły rzeczy drugorzędnych. Również i fragmenty czytane przez Małgorzatę Foremniak nie były najtrafniej wybranymi rodzynkami. Szkoda, bo dziennik ten jest jednym z nielicznych zapisów Ameryki w polskim piśmiennictwie, zawierającym wiele spostrzeżeń odkrywczych, dokonanych przez przybysza z innej rzeczywistości, już to polskiej, już to europejskiej. Świadomie piszę „europejskiej”, albowiem Julia Hartwig wraz z Arturem Międzyrzeckim poznała przedtem Paryż i Europę Zachodnią. W „Dzienniku amerykańskim” rozpoznaje ona kolejny świat. Wszystkie zapiski są ciekawe, począwszy od obserwacji z Midwestu oraz notatek o miejscach oddalonych od centrów. Uwaga poetki nie koncentruje się tylko na odmienności przyrody, klimatu, architektury i obyczajów, ale także na osobach, poznanych bliżej lub tylko przelotnie. Znakomicie chwyta osobliwości kolejnych miejsc, środowisk, sytuacji i zjawisk. Odnotowuje sprawy duże, średnie i małe. Odświętne i codzienne. Rzeczy dobrze znane nam Polakom mieszkającym po tej stronie Wielkiej Wody, ale także i takie, które mogą nas zdumiewać. Dobrze jest zatem skonfrontować nasze widzenie z zapiskami Julii Hartwig. Właśnie to czynię, podziwiając jej zmysł spostrzegania i umiejętność notowania. Żałuję jednocześnie swego utraconego podczas napadu dziennika, w którym zanotowałem wrażenia i przygody z pierwszego roku pobytu w Ameryce. Dziś mógłbym je odtworzyć jedynie w sposób szczątkowy.

Na wystawie malarstwa Olgi Boznańskiej w Muzeum Narodowym w Warszawie tłumy równie duże jak na niedawnej wystawie o masonach polskich. Trzeba stać w długiej kolejce ustawiającej się już na dziedzińcu. Widzę wielu młodych ludzi, tedy serce się raduje. Wystawa zorganizowana jest tak, jak byśmy weszli do pracowni tej wielkiej malarki. Jej dzieła, jakże ekscytujące, są jednocześnie emanacją jej psychiki. Najtrafniej opisała je ona sama – „Obrazy moje wspaniale wyglądają, bo są prawdą, są uczciwe, pańskie, nie ma w nich małostkowości, nie ma maniery, nie ma blagi. Są ciche i żywe i jak gdyby je lekka zasłona od patrzących dzieliła i są w swojej własnej atmosferze”. Nic dodać, nic ująć. Wspaniałe wydarzenie. Te tłumy naprawdę cieszą.

Na stołecznym Nowym Mieście „Pod Samsonem” golonka jest gorsza niż w „Karczmie polskiej” na Greenpoincie a kołduny nie dorównują kołdunom prezes Magdy Kapuścińskiej z Instytutu Piłsudskiego. Na pejsachówkę już mnie nie stać. Kurwicy jeszcze tu nie znają.