Zgubiłam klucze od domu. I poczułam się ogołocona. Przeszukawszy wszystkie torebki, szuflady, najtrudniej dostępne zakamarki, szczeliny i czarne dziury, ciągle nie mogłam pogodzić się z utratą. Kompulsywnie sięgałam do kieszeni płaszcza, w nadziei, że za którymś razem się zmaterializują. Wyhyną z czeluści. Zabrzęczą. Prawie czułam pod palcami metalowe kółko i skórzany brelok w kształcie motyla. Prezent od koleżanki Włoszki, która ubiera się u Prady i lubi gustowne dodatki. Motyl był piękny. Różowy i miał wielkie skrzydła nabijane ćwiekami. Uczucie straty było dojmujące. A jednocześnie wstydliwe. Że tak bardzo przywiązuję się do rzeczy. Że nie umiem się obyć. Bez kolonii przedmiotów. Namnażających się. Anektujących każdy skrawek wolnej przestrzeni. Pazernie i drapieżnie.

A gdyby wyzbyć się potrzeby posiadania? Ograniczyć do minimum liczbę sprzętów kuchennych, mebli, ubrań. Zamiast gromadzić – oddawać. Zdejmować z siebie kolejne warstwy. Przyzwyczajeń, nawyków. Obierać, jak cebulę. Z niepotrzebnych powłok, które wrosły tak głęboko, że stały się drugą skórą. Czy wtedy bylibyśmy naprawdę bliżej? Siebie? Sensu?

A może chodzi o poczucie utraty kontroli, gdy rzeczy nie są na swoich miejscach, gdy misterny plan dnia pęka z trzaskiem, pod naporem nieprzewidzianych zwrotów akcji? Nie lubimy niespodzianek. Spóźniającego się pociągu. Awarii. Przeoczeń i zaniedbań. Utrudnień. Wytrącających z rutyny. Czujemy się zagubieni. Nie wiemy co zrobić ze świadomością, że na tak niewiele rzeczy mamy wpływ. Jeśli w ogóle mamy. Na cokolwiek.

*

W drodze do pracy spotykam buddyjskiego mnicha. Jest filigranowy, kruchy. Przypomina dziecko. Spod szaty w kolorze musztardy, wystaje drobna stopa w białej pończoszce. Mężczyzna nie przestaje się uśmiechać. Do dziecka naprzeciwko. I jego zmęczonej, objuczonej torbami, matki. Odsłania krzywe zęby, kiwa ogoloną główką, ale przysypiająca kobieta nie reaguje. Dziecko płacze. Pasażerowie rzucają w ich stronę zniecierpliwione spojrzenia. A „mały Budda” szczerzy się nadal. I gada. Jak najęty. Przez najnowszy model smartfona.

*

W piątek Jack Kerouac dokonuje rzezi na przyokiennym sukulencie. Do spółki z Ginsbergiem ucina zieloną głowę jedynej, ocalałej z zimowego pogromu, kaloryferowej roślince. Ciężki tom listów, które beatnicy pisali do siebie w latach 50-tych, spada prosto, jak gilotyna, na nieszczęsne, delikatne szyjki kwiatu. Kultura miażdży naturę. Wyrzucam szczątki do śmietnika. A to, co ocalało, podlewam. Oglądam wnikliwie okładkę książki. Żadnego śladu. Podobnie tom korespondencji Tadeusza Różewicza z Jerzym Nowosielskim, który upadł obok. Nienaruszony. Poeta i malarz uśmiechają się. Pierwszy krzyżuje nad głową parasole. Drugi, bardziej wstrzemięźliwy, wycofany. Podobnie w natężeniu epistolograficznym. Różewicz pisze dużo i często. Odpowiedzi Nowosielskiego skąpe i rzadkie. Bywa, że wyręcza go żona, Zofia. Bywa, że kartki poety pozostają długo bez odpowiedzi. Co czyni lekturę cudzych listów ciekawą? Kiedy stają się literaturą? A kiedy tylko – albo aż – materiałem dla biografów? Czy wynurzenia na temat przypadłości zdrowotnych, stanu pogody, warunków lokalowych czy pozdrowienia z wakacji mogą być zajmującą lekturą? I – przede wszystkim – czy poznanie kuchni artystycznej nie uszkodzi naszej percepcji? Jak w tym przypadku: „Tadeuszu kochany- pisze Nowosielski- Dziękuję Ci za te kobiety urocze i nieporadne – tak mnie wzruszają i już obraz pod ich wpływem powstał. Ale dzisiaj malowałem malowidło olejne – pod ikonę, i ta mnie bardzo cieszy – jest w niej wielka tajemnica. Cała jest prawie mocno błękitna, bo prawdziwym powodem jej powstania było to, że parę dni temu zachwyciłem się widokiem świeżo malowanej budki na lody. Takie są zazwyczaj prawdziwe powody, bezpośrednie, powstawania konkretnych obrazów. Jest to Chrystus – postać stojąca z czerwoną aureolą.”

*

Prywatne zapiski, notatki, bruliony, listy, dzienniki przestały być traktowane jako dokumenty drugorzędne w stosunku do dzieł oryginalnych. Intymistyka jest w modzie. Szczególnie w Polsce. Szczególnie teraz. Jednak niektóre „dzieła” nie powinny ukazywać się drukiem. Jak chociażby „Kronos” Gombrowicza, który okazuje się być lekturą bolesną. Jeśli nie niemożliwą. Wpis z listopada 1951 roku: „Zęby. U Grocholskich: Mantlowie. Przeciw poetom w „Kulturze”. Wrzód – zęby – Espiro dr.- Zapisuję się do YMCA. – Ból ślepej kiszki. – Zaczynam czytać.”

*

A ja ponownie sięgam do kieszeni płaszcza. Zanurzam rękę w czarne przepaście. I choć zabrzmi to jak wymyślona pointa – znajduję klucze, które dziwnym trafem przedostały się pod podszewkę. Przyglądam się bliżej skórzanemu brelokowi. Jest trochę za duży. Za różowy. I nie rozumiem, dlaczego jeszcze przed chwilą wydawał się bezcenny. Ale już za późno, by pisać dzień od nowa. Więc notuję: Klucze – zgubienie – znalezienie. Felieton. Spacer. Noc.