Wyjazdy do Polski, zwłaszcza letnie, są chyba najdroższe. Na promocje biletów lotniczych prawie nie ma co liczyć. Raczej czekają nas podwyżki cen, bo z roku na rok płacimy za lot do Polski więcej. I nie ma wielkiego znaczenia czy lecimy nonstop polskimi liniami czy wybieramy inne opcje. Różnica w cenach może się wahać co najwyżej w granicach stu dolarów.

Nie ma też znaczenia, że staniało paliwo. Nam, pasażerom nic z tego powodu nie zostanie w kieszeni. Nadwyżkę wezmą linie lotnicze. Skończyły się też dobre czasy, że można sobie było wybrać miejsce w samolocie, wypić w czasie podróży jednego czy dwa drinki. Teraz za wszystko trzeba zapłacić. Jeśli nie zapłacisz dostaniesz miejsce, które zostanie. Nie zapłacisz, nie wypijesz. Dobrze, jeśli podadzą szklaneczkę piwa czy lampkę wina w ramach ceny biletu. Wkrótce pewnie i tego zabraknie. Można przypuszczać, że w czasie długiej podróży do Polski czy innych krajów przestaną też serwować jedzenie, jeśli dodatkowo za nie nie zapłacisz. Już niektórzy przewoźnicy to praktykują.

I na dodatek, jakby tego wszystkiego było mało, linie lotnicze ograniczyły przewóz naszych bagaży do Polski. Obowiązkowo odchudzili nasze walizki. Przekroczysz dozwoloną wagę – płacisz. Na lotnisku odprawiamy się prawie sami, z pomocą maszyn, które ustawiono. Wszystko jest coraz bardziej skomputeryzowane, prostsze i tańsze dla przewoźników, ale dla nas – pasażerów – nic dobrego z tego nie wynika. Co roku, przed odlotem do Polski na letnie, długie wakacje, myślę o tym – jaką nową finansową podwyżkę przygotowano.

Wylot do Polski to nie tylko cena biletu lotniczego. To o wiele większe wydatki. Trzeba zadbać o to, by w Ameryce uregulować rachunki, zostawić pieniądze na wszystkie miesięczne zobowiązania. Nikt nam nie da urlopu finansowego z tego powodu, że w mieszkaniu, które wynajmujemy, czy nawet mamy na własność, fizycznie nas w lecie nie ma.

Płacić trzeba. Jeśli w Polsce mamy swoje własne miejsce do mieszkania, to tam też trzeba zapłacić. Nie tylko za mieszkanie, ale także wyżywić się. Nie będziemy raczej korzystać z gościnności rodziny, jeśli nasz urlop jest dłuższy. Owszem, to możliwe przez tydzień czy dwa, ale potem już jakoś nie wypada. Nie wypada nawet wtedy, kiedy zapakujemy całą walizkę prezentów dla wszystkich osób bliższych i dalszych. Bo już tak się jakoś przyjęło, że bez prezentu nie uchodzi… Biegamy więc po sklepach, szukamy, wybieramy starając się przywieźć coś oryginalnego. Ale i o to coraz trudniej.

Cały świat ubiera się i nosi podobnie, wszystko jest wszędzie, w Polsce też. Kiedy wręczamy prezenty, nie mamy pewności, że ucieszyły obdarowanych. A to za małe, a to za duże, a to nie w stylu osoby, którą chcieliśmy ucieszyć. I cały nasz przedwyjazdowy wysiłek traci na znaczeniu. Wprawdzie wszyscy udają, że się cieszą, ale tych naprawdę cieszących się jest coraz mniej. Na drogie i może bardziej oryginalne prezenty wielu osób nie stać w coraz bardziej drożejącej Ameryce, zwłaszcza jeśli muszą je zrobić dla kilkunastu osób.

Mnie osobiście boi głowa od tego rodzaju zakupów. Próbuję przynajmniej moich dalszych znajomych w Polsce przekonać, by przestali robić prezenty dla mnie… Zwyczaje w Polsce trudno zmienić. Nie wypada przychodzić z pustymi rękami, zwłaszcza gdy mieszkasz zagranicą. Nawet jeśli znajomi zapewniają, że „nie przywoź nic, nie trzeba“, to i tak wiemy, że gdyby zabrakło tego małego elementu przywitania, to poczulibyśmy się źle.

Wieziemy więc w walizkach kolejne kosmetyki, koszulki, spodnie, bluzki, kawy, mydełka ozdobne, biżuterię i próbujemy wszystkich zadowolić. Co roku obiecuję sobie, że to bez sensu i „ostatni raz“. I co roku robię to samo, wydaję ostatnie pieniądze na prezenty, bez pewności że kogokolwiek ucieszą.

Jeśli lecimy do Polski na dłużej, zwykle nie chcemy siedzieć w jednym miejscu. W końcu to nasze wakacje. Trzeba więc znowu wydać, by gdzieś pojechać, odwiedzić znajomych, rodzinę, pozwiedzać coś, powypoczywać, by sobie zrobić przyjemność.

Lecę sama do Polski, ale sama nie chcę spędzać wakacji. Zabieram rodzinę, która ma normalne polskie pensje, nic ponad miarę. I jakbyśmy się nie umawiali, to jakoś tak się składa, że to ja przeważnie płacę za wszystko, bo to ja jestem z Ameryki. Utarło się, że w Ameryce wszyscy mają ekstra pieniądze na ekstra wydatki, chociaż niekoniecznie tak jest.

– Sami sobie zrobiliśmy krzywdę – tłumaczy zaprzyjaźniona koleżanka. – Kiedyś wiozłam nie wiadomo ile rzeczy, nie patrząc na to, jak drogo mnie to kosztowało. Teraz postanowiłam zmniejszyć wydatki na prezenty. Owszem wiozę, ale tylko po jednym prezencie na osobę. I co? Są zdziwieni, wymieniają się znaczącymi spojrzeniami okazując ukradkiem swoje rozczarowanie.

Nasze wydatki to dla nich abstrakcja. Zawsze opowieść o tym jest kwitowana stwierdzeniem – jak to możliwe, by wam, w Ameryce było gorzej? Że czynsze i opłaty wyższe, droższe szkoły, jedzenie, że brak podwyżek, że ludzie szukają pracy… to wszystko tam, nad Wisłą wydaje się niemożliwe. Nasi bliżsi i dalsi znajomi będą oglądać w TV amerykańską biedę, a nam nie uwierzą.

Obraz Ameryki bogatej i dostatniej tak mocno zakodowali w głowach, że odczarować tego nie sposób. Opowiadając o tym jak się zmienia Ameryka, spotkamy się z niedowierzaniem albo usłyszymy podchwytliwe pytanie, skoro tak ci źle, to dlaczego nie wracasz do Polski?

No właśnie – daczego? Na to pytanie każda osoba ma inne uzasadnienie, bo powodów może być wiele… I niekoniecznie finansowych.