Stacje drugiej linii warszawskiego metra są po prostu piękne. Na pierwszy rzut oka zdają się do siebie podobne, ale jednak są zróżnicowane graficznie i kolorystycznie. Jedynie marmury przy schodach ruchomych są wszędzie w bursztynowym kolorze. One także prezentują się bardzo efektownie. Perony są szerokie, wygodne i jasno oświetlone. Pociągi odjeżdżają co chwila. Imponująca robota. Ulica Świętokrzyska stała się nad tą linią metra przestronnym deptakiem z drzewami w wielkich drewnianych donicach, atrakcyjnymi sklepami i kuszącymi knajpkami. Jest tu teraz jaśniej i bardziej elegancko. Park wyrosły między tą ulicą a Pałacem Kultury nie jest już tylko parkiem przelotowym. Na ławkach odpoczywają nieśpieszni przechodnie i rozsiadają się matki z dziećmi. Umawiają się w nim zakochani. Miejscem spotkań są także kawiarnie na wolnym powietrzu. Pobliski Plac Grzybowski stał się bardzo przyjemnym skwerem z fontannami i sadzawkami, ciekawie zaprojektowanymi ławkami i urządzeniami dotleniającymi. Na tychże ławkach można przysiąść i podziwiać pięknie zrekonstruowaną ulicę Próżną. Prawie Paryż… Coś z klimatu paryskiego jest także na Krakowskim Przedmieściu. To już nie tylko zabytkowa aleja pełna pamiątek i pomników, ale istny salon! Knajpka przy knajpce, bar przy barze, salony wystawowe, księgarnie, bukiniści, skwery i dorodna brać studencka wysypująca się z budynków uniwerku i dziedzińca ASP. Na tzw. szlaku Chopina ciągnącym się do ulicy Miodowej są marmurowe ławki, z których rozbrzmiewają utwory tego kompozytora. Ot po prostu wystarczy przysiąść albo pochylić się, sprawdzić, które miejsce związane z Fryderykiem upamiętnia ta właśnie ławka, pogładzić ją i przycisnąć odpowiedni kwadracik. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozbrzmiewa najpiękniejsza muzyka świata. Genialny pomysł, nieprawdopodobny efekt. Nawet najbardziej zabiegani, pochylają się na tymiż ławkami i wchodzą w inny wymiar. Choćby przez chwilę. Słuchają tej muzyki także i dzieci, wodząc paluszkami po Fryckowym szlaku wyrytym w marmurze i szukając owego magicznego kwadracika.

_

W Księgarni Naukowej im. Bolesława Prusa buszuję aż do omdlenia. W „Czytelniku”, Instytucie Teatralnym i księgarniach uniwersyteckich takoż. W „Czytelniku” na Wiejskiej pamiętają, że mieszkałem naprzeciwko i byłem stałym klientem, tedy dają mi spory rabat. Nie mam siły jeździć do hurtowni na Kolejowej, bo tam rabat byłby jeszcze większy. Działy zagraniczne w dużych księgarniach, także naukowych, mają najatrakcyjniejsze tytuły ze świata, nie wyłączając najpiękniejszych albumów o sztuce i monografii wielkich artystów. Na pobyt w księgarniach przeznaczam całe dnie. Na pobyt powiadam, bo na zakup nie mam forsy. Poza tym nie mam już miejsca na nowe tomy. Ani w mieszkaniu warszawskim, ani nowojorskim.

_

Na wystawie malarstwa Andrzeja Wróblewskiego w Muzeum Sztuki Nowoczesnej doznaję emocji tych samych co dawniej. Cykl „Rozstrzelań” jest przerażający. Nie do zapomnienia! Natomiast socrealistyczne zaangażowanie tego malarza nie zrodziło moim zdaniem wybitnych dzieł. Ale owszem i one są bardzo ekspresyjne. Tym razem szczególnie mnie biorą „Szofer niebieski” i „Pranie”, mniej natomiast ulegam kompozycjom abstrakcyjnym utrzymanym w duchu Pieta Mondriana. Zastanawiające są obrazy malowane z obu stron płótna. Nie korespondują na ogół z tym, co jest na odwrocie, ale jakoś się nawzajem uzupełniają. W obrazach o tematyce rodzinnej wyczuwa się gorączkę wewnętrzną tego niezwykłego artysty i niesłychaną wręcz wiarę w siłę malarstwa. On naprawdę wierzył, że sztuka może zmienić świat lub choćby spowodować jego zmianę. Ta wystawa bardziej działa na mnie przez swą wymowę jako całości niż poprzez pojedyncze dzieła. Ciekawe doznanie. Towarzyszy jej pokaz choreograficzny grupy pięciu młodych mimów z Rumunii, którzy indywidualnie i zespołowo prezentują układy ciał i ruch utrwalony na najsłynniejszych obrazach wielkich malarzy. Czynią to znakomicie, zatem robię sobie przerwy w oglądaniu dzieł Wróblewskiego i wracam do nich raz po raz. Po zakończeniu zaprosili mnie na sympatyczną rozmowę, podczas której opowiadali o swych występach w różnych muzeach świata.

_

Na Zamku Królewskim w Warszawie oglądam wspaniałą wystawę „Portrety artystów w grafice z kolekcji Adama Broża”. Jest to tak cenny pod każdym względem zbiór, że należałoby mu poświęcić osobne studium. Dobrze, że został uwieczniony w specjalnie wydanym albumie. Z Adamem przegadałem w Rzymie i Nowym Jorku wiele godzin na różne tematy związane m.in. z dawną sztuką włoską, której jest on niezrównanym znawcą. Wiedziony ciekawością, wypytywałem go szczegółowo o rzymską przeszłość i teraźniejszość, zawsze odkrywając w nim coś nowego. Wiedziałem, że zbiera dawne ryciny, natomiast nigdy nie mówił o tej właśnie kolekcji. Zdumienie moje było zatem wielkie. Zamek Królewski jest najlepszym miejscem do jej prezentacji; przykuwa ona uwagę nie tylko widzów polskich. I trzeba powiedzieć wprost – wśród 73 dzieł nie ma na niej ani jednej ryciny słabszej – wszystkie są przykładami wielkiej sztuki. Sztuki pokazującej ludzi sztuki właśnie. Nierzadko są one jedynym uwiecznieniem wyglądu artysty. Spotykamy się twarzą w twarz m.in. Michałem Aniołem, Donatellą, Durerem Rubensem, Rembrandtem, van Dyckiem, Caravaggiem, Berninim, Canovą, Thorvaldsenem. Ich sława przyćmiewa sławę tych, którzy ich portretowali. Niesłusznie! Zaprawdę i o nich samych powinno się mówić i pisać o wiele więcej. Bezcenna to kolekcja. Znakomicie wyeksponowana. Muszę koniecznie napisać do Adama list z gratulacjami i wyrazami najwyższego podziwu. Czekam teraz na kolejne zaskoczenie z jego strony.

_

Doznaję szczęśliwości ilekroć jestem w tymże Zamku. Dobrze pamiętam pozostały po wojnie obrys jego fundamentów i okno, zwane oknem Żeromskiego. Dziś patrzę przez nie i przypominam sobie, co pisał Żeromski o widocznej stąd Wiśle. Ciekawe, że w dwóch pozostałych pokojach, które zajmował wraz z drugą żoną i córką Moniką, znajduje się teraz maska pośmiertna Piłsudskiego, biurko prezydenta Wojciechowskiego i popiersie prezydenta Mościckiego. Nie bardzo wiem, dlaczego zostały ulokowane tu właśnie. Pozostałe części Zamku są odbudowane z najwyższym pietyzmem. Zachwycają po prostu. Przekonałem się o tym już po raz kolejny. Widok srebrnych orłów unoszących się nad tronem Stanisława Augusta poruszył mnie do głębi. Nie mnie jednego, jak zaobserwowałem.

_

Przed stołecznymi teatrami rozkładane są wygodne krzesła i leżaki. Wszędzie podają dobre piwo lub coś mocniejszego, nie mówiąc już o wymyślnych zakąskach. Na jednym z dziedzińców Muzeum Narodowego na zwiedzających czekają… hamaki. Bujając się na jednym z nich myślałem o rozkoszach, jakich można zażyć dzisiaj na łonie ojczyzny. A jest ich niemało.