David Cameron

David Cameron. Foto: World Economic Forum

Wielka Brytania jest dziś małym krajem o coraz mniejszym wpływie na politykę światową. Mimo to wynik wyborów, jakie odbyły się na wyspach w ostatni czwartek musi interesować Stany Zjednoczone a także Europę.

W czasie oddawania numeru do druku wynik rozgrywki wyborczej nie był jeszcze znany. Lecz niezależnie od tego, jaka partia ile zebrała głosów, problemy pozostają takie same. A zwłaszcza wielkie pytanie – czy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej. I czy państwo brytyjskie samo się nie rozpadnie na mniejsze jednostki. I w jakiej mierze pozostanie najbliższym sojusznikiem USA?

Była to najbardziej zacięta kampania wyborcza od dziesięcioleci. Z sondaży przedwyborczych można było sądzić, że zarówno rządzący konserwatyści jak ubiegająca się o powrót do władzy partia pracy będą musiały szukać sojuszników w celu utworzenia rządu. I z natury rzeczy będzie to rząd słaby. Dla Stanów Zjednoczonych wynika stąd jedno – niezawodny do tej pory sojusznik będzie coraz bardziej skupiony na własnych sprawach i coraz mniej chętny do wchodzenia we wspólne akcje, zwłaszcza militarne.

Wycofywanie się Wielkiej Brytanii ze sceny międzynarodowej nabrało tempa przez ostatnie pięć lat, podczas rządów premiera Davida Camerona. Wprawdzie wyprowadził kraj z głębokiej recesji i cofnął znad krawędzi bankructwa ale stało się to kosztem wielkch cięć wojskowego budżetu i ograniczenia ambicji globalnych. Brytyjska armia osiągnęła najmniejszą licznebność od czasu rewolucji amerykańskiej ponad dwieście lat temu. Na obronę wydaje mniej, niż nakazane w regulach NATO 2 procent dochodu narodowego rocznie. Mimo tego nastąpią dalsze redukcje budżetu wojskowego niezależnie od tego, kto wygrał wybory i utworzy rząd.

Dwa lata temu premier Cameron zwrócił się do Izby Gmin o zgodę na przyłączenie lotnictwa brytyjskiego do ataków lotniczych Stanów Zjednoczonych na siły syryjskiego dyktatora Bashara al-Assada. Parlament odmówił wydania zgody.

To skłoniło prezydenta Obamę, do wycofania się z planu ataków. Od czasu tej porażki rządu Londyn jest jedynie świadkiem wobec wojny na Ukrainie i odgrywa znikomą rolę w kampanii przeciwko Państwu Islamskiemu, przeznaczając na ten cel tylko osiem samolotów. Co prawda ubiegający się o stanowisko premiera szef partii pracy Ed Miliband skrytykował wycofywanie się z polityki międzynarodowej używając określenia „pesymistyczny izolacjonizm”.

Zamiast jednak krytykować Assada albo rosyjskiego prezydenta Władimira Putina, skrytykował prezydenta Obamę. Potępił też politykę poprzedniego premiera z partii pracy Tony Blaira za stanowcze poparcie Stanów Zjednoczonych w wojnach w Iraku i Afganistanie.

Przed wyborami sondaże dawały partii pracy i konserwatystom po jednej trzeciej głosów. Czyli obie partie będą musiały szukać sojuszników dla utworzenia koalicji rządowej. Dlatego ważna będzie pozycja, jaką uzyskała w czwartkowych wyborach eurosceptyczna i antyimigrancka Niezależna Partia Zjednoczonego Królestwa.

Jeśli rząd utworzy Cameron, będzie realizował obietnicę renegocjacji miejsca Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej i przeprowadzi w 2017 roku referendum w sprawie pozostania lub wyjścia z UE. Gdy dojdzie to wyjścia, to znaczenie Wielkiej Brytanii w polityce światowej jeszcze bardziej spadnie i stanie się ona jeszcze mniej ważnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych.

Natomiast jeżeli premierem będzie szef partii pracy Miliband, to będzie musiał szukać koalicji ze Szkocką Partią Narodową, która opowiada się za rozbrojeniem nuklearnym i dąży do oderwania się Szkocji od Zjednoczonego Królestwa. A więc również i w tym wypadku spadnie znaczenie Londynu jako sojusznika Waszyngtonu.

Już teraz prezydent Obama mniej polega na „specjalnych stosunkach” między obu krajami i uznał Niemcy Angeli Merkel za ważniejszego partnera Ameryki, niż Anglię Camerona. Można sądzić, że następca Obamy, czy to demokrata, czy republikanin, podejmie próbę ożywienia starego sojuszu. Jednak ze strony Londynu można spodziewać się raczej chłodu, niezależnie od tego, czy premierem pozostanie Cameron, czy okaże się nim Miliband.

Każdy premier brytyjski będzie musiał zająć się poważnie stosunkami z Moskwą. Rosyjskie odrzutowce wojskowe igrają w powietrzu nad angielską granicą a nawet wlatują w korytarze powietrze samolotów pasażerskich. Ryzykowny, dla bezpieczeństwa kraju, jest też wielki udział kapitału rosyjskiego w obrotach londyńskiego City, centrum finansowego. Terroryzm islamski może w każdej chwili zaatakować na ulicach Londynu.

Zarówno Państwo Islamskie jak Putin zamierzają zniszczyć globalny układ polityczny i gospodarczy, który przez długi czas zapewniał pomyślność Zjednoczonemu Królestwu. W takiej sytuacji to nie jest dobry pomysł, żeby kraj wycofał się w wielkiej polityki międzynarodowej. Ale cóż, w demokracji wyborcy wiedzą lepiej.