DSC_0600m

Listki, wszędzie, zaczajone, miejsce przy miejscu. Zaraz wyrosną, topola się rozindyczy, zrobi się duża, głośna, ruchoma, stanie do ślubu, zielona i w białym, bo zacznie się pierzyć.

Tak. Ale to już dzieci, rozdmucha, pozbędzie się i cała reszta czasu jej. To teraz ona panna młoda, zanim co.*

 

Ogród pełen kwitnących drzew. Stoją w szeregu. Jak u Białoszewskiego. Panny młode. Albo komunijne dziewczęta rozsypujące kwiatki przed ołtarzem. Ścielą się białe prześcieradła. I perskie dywany tulipanów. Grubo tkane jaskrawą nicią. Nad kruchymi płatkami zastygają ludzie. W dziwnych, wykrzywionych pozach. Napierają z każdej strony. Celują czarnymi lufami obiektywów. Przypierają rośliny do niewidzialnego muru. Zaraz będą strzelać. Puszczać serię, za serią. Ruszy migawka. Z daleka wygląda to niedorzecznie. Trochę złowrogo. Trochę smutno. Ten wiosenny amok. Te tłumy kłębiące się pod kwitnącą magnolią. Żeby zrobić zdjęcie. Nachapać się kolorów. Odurzyć zapachem. Dwie leciwe Azjatki w jedwabnych sukniach i z parasolkami, uśmiechają się do fotografa. Mają okrągłe policzki i mocno uszminkowane usta. Obok rodzina z dziećmi. Chłopiec nie chce na barana i płacze. Ojciec się denerwuje. Matka tłumaczy. Chyba nie uda się rodzinna sesja. Para zakochanych całuje się na komendę. Chłopak trzyma w wyciągniętej dłoni telefon. Co chwilę zerkają w niewielki ekran. I powtarzają namiętny pocałunek jeszcze kilka razy. Obserwuję z przyczajenia. Ze wstydem chowając za plecami narzędzie zbrodni. Której dopuszczamy się wszyscy współcześni. Zbrodni nieuczestniczenia. A jedynie rejestrowania. Patrzenia na świat przez elektroniczną lupę. Odcięci, odgrodzeni od emocji. W pogoni za lepszym kadrem. Bardziej udanym uśmiechem. Ideałem. Istniejącym tylko w cyfrowej wersji świata. Ciekawe, co pomyśleliby o nas ludzie z poprzedniej epoki, przechadzający się po ogrodzie, przysiadający na ławeczkach, prowadzący- mniej lub bardziej – zajmujące rozmowy. Jak bardzo wydalibyśmy się im obcy? Zanurzeni po szyję w wirtualnym świecie, zahipnotyzowani, nieobecni?
*
Uciekamy do pobliskiego zoo. Bo cicho. Pusto. Bez botanicznej hipertrofii, wiosennego nadmiaru. Lwy morskie wygrzewają się na słońcu. Między stolikami przechadzają pawie. Można nakarmić kozę, krowę i lamę. Albo pogłaskać. Kaczki wydziobują okruchy dobrobytu. Małpy patrzą ludzkim wzrokiem. I jest jak przed laty. Gdy żyła jeszcze słonica Kinga. Wiosna dojrzewała powoli. A my nie mogliśmy się doczekać. Aż rozbłyśnie. I marzliśmy na ławkach, robiąc kulki z chleba i pijąc zsiadłe mleko. Stare Zoo było stare. Betonowe i brzydkie. Boksy śmierdziały niewysprzątanymi odchodami. Lew miał wyliniałą sierść i ciasną klatkę. Właściwie było to miejsce przygnębiające. Pod którym – jak pisały gazety – kłębiły się miliony szczurów. Wyobrażaliśmy sobie te ciemne piwnice, jak z czarno-białego filmu o człowieku, który je łapał. Zawodowo. Tępił. Starał przechytrzyć. Ale nie zawsze mu się udawało. Film nosił tytuł „Szczurołap”. Nie pamiętam kiedy go oglądałam. Musiały to być wczesne lata 90-te. Byłam dzieckiem. I bardzo się bałam później schodzić do piwnicy. Po kompot albo sanki. Raczej sanki, bo zapraw nigdy nie mieliśmy. Ani działki. Ani rodziny na wsi, która by chętnie obdarowywała dżemem agrestowym albo konfiturą z róży. Pod tym względem byliśmy upośledzeni. Więc może nawet zazdrościłam koleżankom. Tych skarbów zamkniętych w wekach. Tych zakurzonych szkiełek, na których ktoś pół roku wcześniej przykleił kartkę z napisem: „mus z moreli”. Za to mieliśmy rybki. Które mama przywoziła w plastykowych woreczkach. Ze sklepu zoologicznego Smolenia. Który porzucił scenę kabaretową i zajął się biznesem. Rozstał z Laskowikiem. I sprzedawał glonojady. Laskowik pił. A potem został listonoszem. Takie to były czasy. Podobno szare i przygnębiające, ale we wspomnieniach nasycone kolorem. I światłem. Pachnące, mięsiste. Zatrzymane na zaledwie kilku fotografiach. Może dlatego bardziej wyraźne. Bo zapamiętane.
*
K. wyciąga język i niewielkie małpki przyklejają pyszczki do szyby. Darwinizm w czystej postaci. Patrzą niespokojnie. Ale prosto w oczy. Jak gdyby szukały odpowiedzi. Paw krzyczy i rozkłada ogon. Znużony cieć przegania go miotłą. Trener fok wyciąga zza pazuchy wiaderko pełne świeżej ryby. Zaraz rozpocznie się pokazowe karmienie. Rodzina pawianów odpoczywa na słońcu. Matka drapie się po zadku. Ojciec musztruje młode. Znudzony pracownik parku chce się podzielić wiedzą na temat życia człekokształtnych, ale uciekamy spłoszeni. Przed badawczym wzrokiem zwierząt, który odprowadza nas do wyjścia.

 

 

 
* Miron Białoszewski, „Szumy, zlepy, ciągi”, PIW, Warszawa, 2014.

 

podwojnezycieweronikik@gmail.com

www.facebook.com/ridgewoodteka