Ilekroć mam czas pospacerować po Greenpoincie, jestem zdziwiona. Zdziwiona zmianami, kolejnymi rozpoczynającymi się budowami, amerykańskim sąsiedztwem i wszystkim tym, czego ta dzielnica nie widziała chyba nigdy.

Nasz polski świat się zmniejsza. Niepostrzeżenie i każdego dnia. Co rusz słyszę od właścicieli polskich biznesów, że “będziemy tu tylko jeszcze miesiąc (Agencja Bartosz na Meserole Avenue), bo budynek został sprzedany. Albo nagle zauważam, że zniknął kolejny biznes np. sklep Herbarius przy Manhattan Ave. I tak po kolei, i ciągle nas mniej i mniej… Wszystko postępuje tak szybko, że wystarczy iż przez kilka miesięcy nie zajrzymy w jakiś zaułek Greenpointu, a tam już jest zupełnie inaczej. Jeden wielki plac budowy.

W ostatnią niedzielę postanowiłam wybrać się do parku nad East River, tego z promenadą, przy Greenpoint Avenue. Dość dawno tam nie byłam. Skierowałam się z Manhattan Avenue w jego stronę i po drodze co chwilę wpadałam w osłupienie. Blisko tego parku za West Street była tylko jedna bardzo stylowa amerykańska, malutka knajpka, gdzie można było kupić kawę i coś słodkiego.

Teraz ledwo minęłam Franklin Street po lewej stronie Greenpoint Avenue ulokowało się już kilka nowych lokali. Wszystkie ciekawe. Na rogu Greenpoint Avenue i Franklin za zielonym ogrodzeniem też już rozpoczęto remont w parterze. Jak wieść głosi będzie tu restauracja.

Na rogu Greenpoint i West Street ogrodzone są dwa olbrzymie place. Powstaną nowe domy zajmujące całą powierzchnię pomiędzy sąsiadującymi ze sobą ulicami.

West Street przez długie lata była ledwo przejazdna. Jadąc samochodem z jednej dziury wpadało się w drugą mijając zrujnowane domy, zaniedbane tereny. Wszyscy o tej uliczce biegnącej najbliżej East River zapomnieli. Poza byle jakimi magazynami, zagraconymi placami nic tu nie było. Teraz zaczyna odżywać ta część dzielnicy. To początek wielkiej przemiany, ale jestem pewna, że w bliskiej przyszłości będzie to ekskluzywne miejsce do zamieszkania i do bywania.

Już pną się w górę pierwsze budynki. Gdzie by się nie skręciło w boczne uliczki idąc West Street; w Kent, Java, India czy Huron wszędzie można zauważyć wiele odrestaurowanych kamienic, budowanych nowych domów lub przygotowanych placów pod zabudowę.

W tych okolicach na razie osiedlają się najodważniejsi, bo trudno je teraz uznać za atrakcyjne. Żeby tu dobrze posprzątać i zmienić wygląd okolicy, trzeba lat. Jeszcze więcej odwagi mają właściciele biznesów, którzy rozpoczęli tu swoją działalność, ale oni dobrze wiedzą, że ta część Greenpointu nad East River będzie kwitnąć przez długie lata.

Park przy Greenpoint Ave., choć malutki, przyciąga do siebie od wczesnego ranka wielu mieszkańców, którzy przychodzą z dziećmi na spacer, wyprowadzają zwierzaki, spacerują, przesiadują na ławeczkach, by zachwycać się rzeką. Bo widok na Manhattan z tej strony specjalnie uwagi nie przykuwa.

Dominują jednakowe miejskie budynki dla biedniejszej ludności, niczym się nie różniące. Widziałam w parku na Greenpoincie grupę młodych dziewcząt ćwiczących na trawie, dzieci jeżdżące na deskorolkach po promenadzie, pary siedzące na ławkach. Szkoda tylko, że tak mało miejsca przeznaczono na zieleń.

Miejmy nadzieję, że Greenpointowi w czasie tej szalonej prosperity przybędzie jeszcze terenów zielonych, bo bez tego rodzaju infrastruktury powiększona o tysiące nowych lokatorów dzielnica, może być nie do zniesienia.

Władze miasta obiecują kolejne parki. Na tym jednak potrzeby rozwijającej się dzielnicy nie skończą, Potrzebne są nowe szkoły, nowe miejsca parkingowe, nowe połączenia komunikacyjne, nowe firmy usługowe. Jakoś dziwnie o tym nic się nie słyszy. Najbardziej atrakcyjna część dzielnicy będzie w pobliżu rzeki. Może nawet Manhattan Avenue przestanie skupiać wszystkich handlowców i przestanie być centrum.

Widząc wszystkie strzelające w górę budynki myślę o tym, kto je zasiedli. Czy jest aż tylu bogatych Amerykanów, którzy są w stanie płacić kilkutysięczne miesięczne czynsze, czy tylu ludzi z całego świata zechce zamieszkać akurat na Greenpoincie, bo podobno oni w znacznym stopniu są nabywcami nowych lokali.

Czy firmy będą wynajmować akurat tutaj apartamenty dla swoich pracowników z zagranicy? Czasem mam wrażenie, że ta mnogość nowych domów jest nie do zasiedlenia. Ale Amerykanie potrafią sprzedawać swoje pomysły. Skoro doszli do wniosku, że w Greenpoint warto zainwestować, to pewnie mają też swoją strategię – jak zainteresować tą dzielnicą ludzi.

Na amerykańskich stronach internetowych szukałam wiadomości o Greenpoincie. Rozpisują się o tej dzielnicy znane dzienniki amerykańskie. Ale o nas, Polakach, o polskich miejscach na Greenpoincie – wiadomości mniej.

Polecane są na stronach różne bary, restauracje, wśród wszystkich innych, polskich znalazłam zaledwie kilka. Jest Klub Warsaw przy Domu Narodowym, Karczma przy Greenpoint Avenue, Łomżynianka, i na tym koniec. A oceny wszystkich tych miejsc gastronomicznych są dla Amerykanów bardzo ważne. Czasem tylko tym kierują się wybierając lokal, gdzie można smacznie zjeść.

Jeśli jakieś miejsce jest wysoko ocenione, Amerykanie stoją w kolejkach i czekają na wejście. Karczma przy Greenpoint Ave. ma wystrój ludowy. Ławy, imitacja studni na środku restauracji, daszek pokryty strzechą i dziewczyny w regionalnych strojach. Jest inaczej. I właśnie to przyciąga Amerykanów. Na dodatek Karczma proponuje pełne talerze jedzenia za niewielkie pieniądze jak na amerykańskie kieszenie. Gości nie brakuje.

Zmian nie zatrzymamy, ale – mam nadzieję – że Polacy nie dadzą się tak całkiem wypchnąć z dzielnicy, że tu i ówdzie pozostaną nasze restauracje, sklepy, cukiernie, apteki i nasze, polskie klimaty.