Czytelnicy moich recenzji przyzwyczajeni są najprawdopodobniej do raczej „przewidywalnego” ich formatu: zazwyczaj są to moje rozważania i opinie o imprezach muzycznych, które odbywają się głównie w tak znanych miejscach jak Carnegie Hall albo Met Opera oraz inne sale koncertowe Lincoln Center. Dzisiejszy artykuł pragnę poświęcić jednodniowej, choć niezwykle intensywnej, wyprawie do historycznego miasteczka Bethlehem w Pennsylvanii, gdzie w 1742, czyli jeszcze za czasów Bacha, osiedliła się protestancka sekta z Morawii.

W Bethlehem też powstał w 1898r. chór, którego jednym z celów było krzewienie muzyki kantora z Lipska. Dziś, znany jako The Bach Choir of Bethlehem jest głównym bohaterem dorocznego festiwalu poświęconego muzyce Bacha. Od lat pragnąłem wybrać się na ten znany wiosenny festiwal i na żywo usłyszeć grupę chóralną, dotąd znaną mi jedynie z nagrań.

W tym roku jak zawsze koronacją festiwalu było wykonanie Mszy h-moll J. S. Bacha; Bethlehem, jak się okazuje, było miejscem pierwszego amerykańskiego wykonania tego dzieła w 1900 r.

Dla historii muzyki polskiej Msza Bacha posiada szczególne znaczenie. Bach, w którego ogromnym katalogu kompozycji nie ma zbyt wiele mszy, swoją mszą chciał się wkupić w łaski dworu saksońskiego elektora Augusta III, który miał się stać królem Polski. Msza, a raczej jej pierwsze części, napisane zostały specjalnie na potrzeby katolickiego – a nie luterańskiego – dworu w Dreźnie i Bach zaoferował ją saksońskiemu władcy z nadzieją, że ów zatrudni go jako nadwornego kompozytora.

Dziś z bólem niemal czyta się poddańczy list kompozytora, który jak się okazało rzucał, nie po raz pierwszy w swoim życiu, perły przed wieprze:

„Z największym oddaniem prezentuję Waszej Królewskiej Mości ten niewielki przykład sztuki zwanej muzyką, i z pokorą proszę, abyś spojrzał na nią władco łaskawym okiem i dostrzegł w mojej kompozycji nie tylko i imperfekcje. I takoż łaskawie proszę, aby objęła mnie potęga Twojej protekcji”.(Luźne tłumaczenie R. M.).

Apel genialnego twórcy padł, jak wiemy, w uszy głuchego saksońskiego monarchy. Swoją drogą ciekawe, jakby potoczyła się historia muzyki, gdyby J.S. Bach został nadwornym kompozytorem polskiego króla. Nie wiadomo również z całą pewnością, czy płomienny, porywający polonez, w rytmie którego skomponowany jest Et resurrexit (chóralny fragment Credo) był zamierzonym hołdem dla króla, czy też jest jedynie jednym z licznych polonezów, jakie Bach pomieścił w kantatach, czy suitach tańców (zarówno solowych jak i orkiestrowych). Z innym polonezem, który tym razem jest częścią Brandenburskiego koncertu No1, zetknęliśmy się podczas porannego koncertu, o czym więcej za moment.

Spodobała mi się niezmiernie forma tego dwudniowego festiwalu, którego koncerty oraz inne związane z nim wydarzenia, powtarzane są podczas dwóch pierwszych weekendów maja. Podobnie do znacznie potężniejszego rozmiarami festiwalu w Bard College, prezentacje bachowskiego festiwalu w Bethlehem nie ograniczają się jedynie do koncertów.

Organizatorzy imprezy odbywającej się po obu stronach rzeki, która dzieli miasteczko na pół, zadają sobie trud, aby do festiwalu włączona została lokalna społeczność z naciskiem na młode pokolenie. Niemal każda z głównych imprez, na które potrzebne są bilety, poprzedzona jest albo występem lokalnego szkolnego chóru, albo mini-recitalem dzieci dopiero rozpoczynających naukę.

Pierwszy z sobotnich koncertów, odbył się w nowoczesnym i bardzo dobrym akustycznie audytorium Zoellner Arts Center, znajdującym się na terenie Lehigh University jednego z dwóch lokalnych uniwersytetów o malowniczym kampusie i pięknej architekturze.

Koncert miał nazwę Chaconne Project i muszę przyznać, że był to rewelacyjny i niezmiernie efektowny – również na przyszłość – pomysł włączenia lokalnej młodzieży szkolnej do festiwalowych poczynań.

Założeniem było, aby na harmonicznej bazie Chaconne z II Partity d-moll Bacha na skrzypce solo – cyklu wariacji kończących tę partitę, a jednocześnie jednego z największych gatunkowo i najbardziej emocjonalnych dzieł repertuaru na skrzypce solo – młodzi instrumentaliści skomponowali swoje własne wariacje, które później zostaną połączone w jedną całość wykonaną przy akompaniamencie Bach Festiwal Orchestra. Jest to pomysł kompozytora i profesora Moravian College dr. Larry Lipkisa, który współpracował z młodziutkimi gitarzystami, flecistami, trębaczami i skrzypkiem.

Nikt nie spodziewał się, że rezultatem będzie dzieło na miarę symfonii Mahlera, ale zdumiewający był poziom tych utalentowanych i zafascynowanych muzyką studentów lokalnych szkół średnich. Jakiż nadzwyczaj obiecujący narybek przyszłych muzyków czy nawet tylko melomanów tworzy w ten sposób lokalna społeczność Bethlehem. Zdają sobie w ten sposób sprawę z tego, że jest to ich festiwal, zakorzeniony w ich okręgu.

Podczas tego samego porannego koncertu usłyszeliśmy dwa orkiestrowe dzieła Bacha (I-szy Koncert brandenburski F-dur i Orkiestrową suitę No4 D-dur), oraz wspomnianą Chaconne, tym razem w oryginalnej wersji na skrzypce solo: jej wykonawczynią była koncertmistrzyni festiwalowej orkiestry Elizabeth Field.

Generalnie rzecz biorąc wykonania Bacha w Bethlehem są dalekie tych, do jakich jesteśmy dziś przyzwyczajeni podczas wizyt najznakomitszych zespołów specjalizujących się w wykonaniach na instrumentach z epoki i przy zachowaniu historycznej tradycji. Funfgeld preferuje sporą rozmiarami orkiestrę kameralną i choć na scenie obecny był klawesyn, to jego walory w tej sytuacji wydawały się jedynie wizualne.

Elizabeth Field pomimo, że jest specjalistką od muzyki barokowej, to ze ściśle technicznego punktu widzienia jej wykonanie trudnej technicznie Ciaccony Bacha pozostawiało sporo do życzenia.

Mimo to, ta interpretacja pozostanie mi na długo w pamięci, jako że artystka przedstawiła nam unikalną wizję kompozycji, która niemal nigdy, nawet w interpretacjach światowej sławy skrzypków, nie posiada tanecznego charakteru, który Field nam wyraziście zademonstrowała. I ja, i jak się później okazało sama skrzypaczka, żałowaliśmy, że znaczne rozmiarami audytorium Zoellner Arts Center było zbyt obszerne, aby barokowe skrzypce w nim dobrze zabrzmiały; przypuszczam, że Chacona Bacha w tej wersji jeszcze bardziej by uwidoczniła brak wizji klasycznie kształconych skrzypków.

Dwie godziny przerwy i nadeszła pora na najważniejszy tego dnia koncert – Wielka Msza h-moll. Wykonanie podzielone zostało na dwie części i przy dość ciepłej tego dnia temperaturze, szczególnie chórzyści, usadzeni w pozbawionej przewiewu nawie kościoła Packer Memorial musieli być bardzo z tej decyzji zadowoleni. Bach Choir of Bethlehem w tym roku obchodził 117 rocznicę powstania i w ciągu tych lat Msza h-moll wykonana została podczas letnich spotkań bachowskich po raz 108!

Jest to niezwykła grupa wokalna: technicznie jest to chór ochotniczy a jego członkowie są woluntariuszami, mimo to trudno go nazwać amatorskim. Wielu członków i członkiń chóru są zawodowymi muzykami, choć niekoniecznie śpiewakami. Do chóru dostać się można jedynie drogą egzaminu i co kilka lat każdy chórzysta podlega ponownemu przesłuchaniu.

Udział w tym zespole wydaje się zaszczytem dla jego członków i poparcie jakie mają oni wśród lokalnej społeczności kompensować musi aspekty finansowe. Od ponad 30 lat chór prowadzony jest pewną ręką przez wspomnianego już Grega Funfgelda. Brzmienie stuosobowego zespołu scharakteryzowałbym jako nie tylko pełne potęgi, ale jednocześnie ciepłe, aksamitne, wspomagane dodatkowo akustyką kościoła.

Wśród grupy solistów o tak znanych nazwiskach jak William Sharp i kontra-tenor Daniel Taylor, znaleźli się mniej znani śpiewacy o różnym stopniu wokalnej doskonałości. Sopran Agnes Zsigovics miała piękne momenty obok kilku mniej pewnych intonacyjnie. Problemem, który wydawał się nie do pokonania dla chóru, doskonałej, wspomnianej już uprzednio orkiestry i dyrygenta była synchronizacja.

Być może trochę zbyt częste „rozjeżdżanie się” grupy wokalnej i instrumentalnej spowodowane było ustawieniem chóru, który najwyraźniej nie najlepiej słyszał kolegów z orkiestry. Są jednak koncerty, podczas których tradycyjna krytyka i wynajdywanie usterek wykonawczo-interpretacyjnych nie posiada wielkiego sensu.

Tutaj ogólna wartość wykonania i poświecenie wykonawców były warte więcej niż suma poszczególnych składników. Wydawało się, że publiczność i wykonawcy powiązani byli duchowo i było to ich wspólne dzieło, może nie całkowicie doskonałe, ale głęboko odczute.

Owacja na stojąco połowicznie zaledwie oddała wdzięczność tłumnie przybyłej publiczności, która do ostatniego miejsca wypełniła ogromną przestrzeń kościoła.

Ostatnią imprezą dnia, trwającą niemal do północy, było spotkanie „na luzie” publiczności i wykonawców w pomieszczeniu nazwanym Zimmermann’s Coffee Mouse: nazwa pochodzi od lipskiej kawiarni/tawerny, w której dzieła Bacha i jemu współczesnych wykonywane były w swobodnej atmosferze być może przez samego kompozytora, a na pewno przez uczniów i przyjaciół.

W Bethlehem tym miejscem była duża sala jadalna historycznego i pięknie utrzymanego Hotelu Bethlehem, w której publiczność zasiadała przy stołach konsumując muzykę, potrawy i napitki, które były „specjalnością” kuchni naszych braci zza Odry. Tutaj po raz kolejny głos oddano młodzieży.

Większość wykonawców była studentami szkół średnich, albo koledżów. Kilku z nich zademonstrowało oczywisty talent, wszyscy prawdziwe zaangażowanie. Kilka razy do klawesynu, który asystował flecistom, wiolonczelistom i wokalistom, zasiadł niezastąpiony Greg Funfgeld. Słyszeliśmy szreg kompozycji Telemana, Frescobaldiego, Haendla i samego Bacha. Dla mnie sam pomysł prezentacji lokalnego talentu był niesłychanie cenny.

Następnego dnia opuszczałem to szczególne miejsce z uczuciem, że byłem świadkiem niecodziennego spotkania z muzyką. Nie muszę chyba dodawać, że bohaterem był oczywiście Jan Sebastian.