fot. Weronika Kwiatkowska

Ridgewood chętnie zamieszkiwany przez Polaków, do niedawna nazywany „wielką sypialnią”, dziś stanowi jedno z najmodniejszych miejsc na mapie Miasta. Charakter dzielnicy zmienia się z tygodnia na tydzień, głównie za sprawą lokalnych artystów, którzy zakładają stowarzyszenia, otwierają galerie sztuki i targi rękodzieła. Dzięki nim Quooklyn* nabiera kolorów – i to w sensie ścisłym. Do grona pionierów należą Dobrosława Dyniszkiewicz i Beata Ślązak – Zalewski, których prace możemy oglądać na lokalnych wystawach i targach sztuki.

Ridgewood Market, który w kwietniu świętował drugą rocznicę powstania, jest miejscem najlepiej pokazującym zmiany zachodzące w tej części Miasta. Każdego miesiąca przybywa wystawców i klientów. W przestronnej sali Gottscheer Hall można kupić domowe ciasto, organiczny miód z lokalnej pasieki, ręcznie wydziergany sweterek albo zabytkową, porcelanową gałkę do drzwi. Kuszą wystawcy biżuterii, producenci naturalnych kosmetyków, kolekcjonerzy monet. Jedno z najpiękniejszych, a z pewnością najbardziej kolorowych stoisk należy do Dobrosławy Dyniszkiewicz i Beaty Ślązak-Zalewski. Pierwsza szyje niezwykłej urody zabawki, druga maluje. Ich prace emanują dobrą energią, przyciągają kolorem. Podobnie, jak artystki. Które – być może nieświadomie – uprawiają od lat coś na kształt lokalnej chromoterapii.

Powrót do korzeni

Dobrosława Dyniszkiewicz pochodzi z Krynicy. Jestem góralką niskopienną – śmieje się projektantka. Kiedy miała dwa latka jej rodzice przenieśli się do Krakowa. Tam skończyła szkołę odzieżową. Moja mama była na początku przerażona – wspomina – ponieważ nigdy wcześniej nie wykazywałam specjalnego zainteresowania szyciem. Początki były trudne. Wielkie maszyny przemysłowe, rysunek techniczny, wykrawanie szablonów. Okazało się, że mam talent i lubię to robić. Przez wiele lat w Polsce szyłam tzw. miarówkę, co jest bardzo trudne – mówi Dyniszkiewicz. Uszyłam nawet dwie sukienki ślubne – chwali się. Czasy sprzyjały chałupnictwu. Niczego nie było w sklepach i dobrze skrojona marynarka była na wagę złota – dodaje Dobrotka. Trzeba było mieć dużo wyobraźni, by zdobyć fajny ciuch. Polki były niesamowicie kreatywne. Moja mama, z zawodu nauczycielka, też poszła na kurs krawiectwa i odkąd pamiętam szyła nam sukienki, robiła na drutach przepiękne szaliki, czapki, rękawiczki. Kiedy Dobrosława urodziła pierwsze dziecko i niedługo później wyemigrowała do Nowego Jorku, na jakiś czas porzuciła swoją pasję.

Ameryka na początku jawiła mi się, jak ogromny sklep – opowiada. Wszystko można było kupić. Maszyna poszła w kąt. Zachłystywałam się gotowymi rzeczami. Ale kiedy urodziłam Zosię – dodaje mama czwórki dzieci – nastąpił kolejny zwrot, powrót do korzeni. Tak powstała „Dobrotkacrafts”. Zaczęłam od pluszaków – mówi artystka i pokazuje sowy, z długimi, dyndającymi nóżkami. Mają luźne podejście do życia – śmieje się Dobrosława. Bimbają sobie na wszystko!
Dyniszkiewicz używa tylko naturalnych tkanin, głównie bawełny. Nie boi się odważnych zestawów kolorystycznych, łączenia wzorów. Z niesamowitym wyczuciem miesza kropki, kratki, kwiatki. Każda rzecz, od gumki do włosów, spineczki, koralików, po dziecięcy fartuszek – jest perfekcyjnie wykończona. Tu nie ma nic przypadkowego – zapewnia projektantka. Wszystko jest zaplanowane, przemyślane. Dobrotka zdradza, że tkaniny wyszukuje w najdziwniejszych miejscach. Czasem wygrywa licytację w internecie, innym razem wyszpera kawałek materiału w vintage store. Dzięki temu jej wyroby są one of a kind czyli niepodrabialne.

PRS

Płonące skrzypce
Mój mąż zażartował kiedyś, że obudziłam się pewnego dnia i zaczęłam malować – mówi Beata Ślązak – Zalewski. Ale to nie jest do końca prawda – dodaje. Od małego malowałam, nauczyciele „wysyłali” mnie do szkół plastycznych, wystawiali moje prace, zachęcali, bym poszła w tym kierunku. Ale Beatka była jak „płonące skrzypce”. Tak mówiła o mnie mama – śmieje się. Bo bardzo często zmieniałam zainteresowania: szermierka, esperanto, balet, pianino, ciągle chciałam próbować czegoś nowego – dodaje. Ślązak-Zalewski urodziła się w Gliwicach. W 1986 roku wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Najpierw studiowała prawo, potem finanse, skończyła rok w Parsons na wydziale grafiki, nigdzie nie zagrzewając miejsca na dłużej. Miałam poważną pracę, od 9 do 5 – jak mawiają Amerykanie – wspomina – ale to nie było dla mnie. Została szczęśliwą mamą dwójki dzieci i zmieniła priorytety. Przygoda z malowaniem zaczęła się od ozdób świątecznych – opowiada. Malowałyśmy z córkami bombki na choinkę i tak ładnie nam powychodziły, że postanowiłam je sprzedawać w zaprzyjaźnionej kafejce. To był koniec listopada – wspomina Beata. Ludzie wychodzili z kościoła, zatrzymywali się na kawę i przy okazji kupowali moje wyroby. Cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, że właścicielka kafeterii stwierdziła, że powinnam wystawić swoje prace na lokalnym targu. Kilka miesięcy później, razem z Dobrusią, pokazałam obrazy i grafiki na Ridgewood Market. Tak się narodził „Whimsical art shop”. Reakcja publiczności była bardzo pozytywna. Ludziom naprawdę spodobało się to, co robię – mówi Beata. Ale przede wszystkim ucieszyło mnie uznanie córek, które z dumą opowiadały koleżankom: moja mama jest artystką! Chciałam im pokazać, że wszystko jest możliwe. Że wystarczy chcieć i ciężko pracować. I można spełnić każde marzenie. Nawet w wieku czterdziestu lat – dodaje ze śmiechem. Prace Beatki, są takie, jak ona sama: ciepłe, kolorowe, szczere. Za każdym razem mam wrażenie, że wstępuję do krainy dziecięcej szczęśliwości. Gdzie wszystko jest możliwe. Różowy kruk i dziewczynka z czerwonym balonikiem, szybująca po niebie.

Beatka

Terapia kolorem

Pytam Beatkę czy ma kompleks tzw. prawdziwego artysty, który skończył szkołę i dysponuje lepszą techniką. Czy spotyka ją krytyka ze strony ludzi po Akademii? Rozmawiałam kiedyś z Craig’iem Miller’em, artystą – odpowiada Ślązak-Zalewski. Powiedział, że fakt ukończenia szkoły nie czyni jeszcze człowieka artystą. Mówił też, że szkoła często blokuje i ogranicza. A artysta – dodaje Beata – maluje to, co czuje. Owszem, mam świadomość, że niektóre prace są niedoskonałe. Poza tym to, co pokazuję na markecie, to rzeczy bardziej komercyjne, użytkowe. Ale dla mnie najważniejsza jest reakcja ludzi. Ich uśmiech wynagradza godziny ślęczenia nad płótnem, często po nocach. Pasja i niezachwiana wiara Beaty w to, że warto, jest zaraźliwa. Zastanawiam się, czy to amerykański duch afirmacji i samoakceptacji, którego na próżno szukać wśród osób dorastających w kraju nad Wisłą, czy indywidualna cecha? Najważniejsze to pokonać strach – wyjaśnia artystka. Nie bać się popełnić błędu, nie bać się próbować. Nie można przejmować się tym, co inni pomyślą, czy skrytykują, czy pochwalą. Trzeba być w zgodzie ze sobą – dodaje. Wtedy się uda.
Świat Beatki i Dobrotki to świat zaczarowany, bajkowy. Ich sztuka ma moc terapeutyczną. Potwierdza to sposób, w jaki prace artystek odbierają klienci, a czasem tylko przypadkowi przechodnie. Ludzie nie panują nad swoim wyrazem twarzy – opowiada Dobrosława. Zatrzymują się przy naszym stoisku i uśmiechają szeroko. To najlepsza rekompensata za ciężką pracę. Cieszę się, gdy mogę kogoś pocieszyć – dodaje Beata – sprawić komuś radość. Poza tym, jak obie przyznają, dobrze jest mieć odskocznię od pracy zawodowej i zajmowaniem się dziećmi. Malowanie, szycie, dzierganie – to zajęcia zbliżone do medytacji – mówi Dobrotka. Można się wyciszyć, znaleźć w sobie przestrzeń komfortu, bycia ze sobą. Odkąd zaczęłam malować, stałam się lepszym człowiekiem – wyznaje Beata. Może to brzmi nieco patetycznie, ale naprawdę działa. Jestem bardziej zrelaksowana, spokojniejsza.

torebki Dobrotki

Muszka

Za każdym razem, gdy spotykam dziewczyny na ulicach Ridgewood, zachwycają oryginalnym strojem i niezmiennie pozytywną aurą. Fioletowe rajstopy, amarantowe sukienki, zielone płaszcze, musztardowe sweterk i- w najzimniejszy i najciemniejszy dzień roku rozkwitają jak egzotyczne kwiaty na tle betonowej szarzyzny. Podziwiam łatwość i odwagę w komponowaniu „ryzykownych” zestawów, ale jeszcze bardziej zdumiewa mnie fakt, że obie mamy nie ulegają kaprysom małoletnich i odpierają ataki disneyowskich klonów, księżniczek, tęczowych koników i gadających samochodów. Jak wykształcić w dziecku dobry gust? Nauczyć, że to, co noszą wszyscy niekoniecznie jest ładne. I że można inaczej, bez pstrokatych, brokatowych napisów, sweterków w panterkę, cekinowych falbanek? Dzieci podpatrują rodziców – mówi Beatka. Myślę, że poczucie estetyki wynoszą z domu. Jeśli zaś chodzi o wszechobecną komercję – dodaje – to pewnie kwestia tego, że wiele dzieci nie ogląda innego świata. Są tylko filmy na DVD, telewizja. Znam rodziców, którzy nigdy nie zabrali swoich pociech do zoo czy muzeum. A my staramy się jeździć wszędzie tam, gdzie można zobaczyć coś ciekawego, nowego – dodaje. Nawet do szkoły chodzimy pieszo, zamiast jeździć samochodem. Mamy wtedy czas, by porozmawiać, pobyć ze sobą. Trzeba w dzieciach rozbudzać ciekawość świata – kontynuuje artystka. Inspirować, pokazywać, że można inaczej, ciekawiej spędzać czas, niż oglądając po raz dziesiąty „Frozen”. Dobrotka ma nieco bardziej radykalne zdanie: Owszem, mogę kupić dziecku ulubioną lalkę – księżniczkę, ale już nie sukienkę imitującą monarsze szaty, czy koronę z plastyku. Nie ulegam. Mam zasady. Dopóki dzieci są małe, przyznaję, narzucam swój gust. Oczywiście udaje się to tylko do pewnego wieku – śmieje się. Ale, jak w przypadku najstarszej córki, która ma już prawie 18 lat, widzę, że takie podejście ma sens. Ania owszem, eksperymentuje, ale ma świetne wyczucie stylu – dodaje Dobrusia. Podbiera czasem sweterki i koszule ojcu, w czym przypomina mi siebie sprzed lat. Czasem mnie czymś zaskoczy, ale staram się być wyrozumiała. Czy ubierają swoich mężów? Mój się nie daje – śmieje się Beatka. A ja mogę czasem poszaleć – wyznaje Dobrosława. Ostatnio kupiłam mężowi świetną muszkę. Wyglądał szałowo!

 

prace Beatki

*
Plany na przyszłość? Po „DUMBO Arts Festival’, „92 Y Festival”, wystawach w Children Museum, czy podczas ostatniego Finback Art Show- apetyt artystek rośnie. Marzy mi się własne studio – zwierza się Dobrotka – malutki butik z maszyną do szycia, żebym tak sobie szyła, a dzieci z mamusiami zaglądały i kupowały moje zabawki, kołderki, sukienki. Ale to chyba dopiero na emeryturze – śmieje się – jak wszystkie „pisklaki” opuszczą gniazdo. Beatka z kolei napisała książkę dla dzieci: To rymowanka, po angielsku. Zatytułowana „Travelling dreams”. Jej bohaterką – mówi artystka – jest dziewczynka, która marzy o podróżach. Choć wszyscy dookoła przekonują, że jej marzenia są niemożliwe do spełnienia, pewnego dnia okazuje się, że wybiera się w podróż. Mnie z kolei wszyscy przekonują, że powinnam ją zilustrować i wydać – dodaje. Mam nadzieję, że to się uda!
Weronika Kwiatkowska

*Quooklyn – nazwa powstała z połączenia słów „Queens” i „Brooklyn” używana w odniesieniu do Ridgewood.