DSC_0165

Płócienna torba z napisem „tytka na pyry” służy przede wszystkim do noszenia książek. Odkąd w co drugi wtorek zbieramy się przy drewnianym stole z chybotliwą nóżką i czytamy na głos cudze zdania, jest wyładowana po brzegi i drżę, by chude uszy nie naderwały się od nadmiaru literatury. Książki mają swoją wagę. I można tę myśl odczytać metaforycznie albo polecieć Pilchem, czyli zsumować kilogramy i obliczyć ciężar w sensie ścisłym. Najgorsza jest „Antologia polskiego reportażu XX wieku.” Pod redakcją Szczygła. Dwa niebezpiecznie opasłe tomy noszą w sobie potencjał niszczycielski. I mogą wyrządzić krzywdę. Na umyśle. Lub ciele. To pierwsze zdarza się rzadziej. Podejrzewam, że większość obcowanie z „Antologią…” zaczyna i kończy na ustawieniu tomiszczów na półce. I solennej obietnicy, że kiedy nadejdzie pora (półroczny pobyt w zakładzie zamkniętym, podróż koleją transsyberyjską) odda się pasjonującej lekturze. Do tego czasu wystarczy sama obecność książek w domowej biblioteczce. I nie ma w tym nic złego. W końcu – jak mawiał klasyk – posiadanie książki jest formą lektury. Zatem uszkodzenia fizyczne zdają się bardziej prawdopodobne. Szczególnie jeśli półka wysoko i nadmiernie obciążona. Trzeba uważać. Koleżance książka złamała palec u stopy. Chodziła później w ortopedycznym niby-bucie i wyglądała, jak po urazie doznanym na nartach, tudzież rowerze treningowym. Tak zresztą odpowiadała na zatroskane pytania znajomych i nieznajomych. Bo prawdę mało kto miał siłę udźwignąć. Nikt nie uwierzy, że uszkodziłam się w wyniku bliskiego obcowania ze sztuką – mówiła. Że to zemsta Van Gogha (suto ilustrowany album przedstawiał dokonania impresjonistów), który najpierw obciął sobie ucho, a potem zmiażdżył mi palec, z paznokciem włącznie – skarżyła się, nieco zawstydzona faktem, że cios padł z najmniej oczekiwanej strony. Że zdradził ją najlepszy przyjaciel. Którego grzbiet gładziła czule, łechcząc miękką szmatką do zbierania kurzu, tudzież pierzastą gałką, której nazwy nigdy nie potrafiła zapamiętać.

*

Obcowanie z literaturą bywa niebezpieczne. Dlatego coraz więcej osób unika zagrożeń ze strony książek. I nie czyta. I nie wstydzi się do tego przyznać. Nie mam czasu – mówią z dumą, jak by czytanie było niezrozumiałą fanaberią, marnotrawieniem godzin, które można (a właściwie trzeba!) spożytkować inaczej. Mądrzej. Zapytani – czym w takim razie wypełniają wydarte z napiętego grafiku chwile, jakim kreatywnym, poszerzającym świadomość, intelektualnym zabawom oddają się w czasie wolnym – nie potrafią odpowiedzieć.

*

Nie ma sensu dywagować o wyższości czytania nad każdą inną ludzką aktywnością, to oczywiste. Zastanawiają jedynie coraz śmielsze deklaracje o chronicznym nie-czytaniu, padające z ust ludzi wykształconych, artystów i pretendujących. Wygląda na to, że obnażanie ubóstwa intelektualnego stało się dzisiaj modne. A zdanie „nie lubię książek” można wypowiedzieć na głos bez poczucia totalnej żenady.

„Można się zakochać w kobiecie, która nie lubi książek? Można, ale po co? Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kobiecie, która nie lubi książek?”- Jerzy Pilch.

Wypchana „tytka na pyry” oprócz ładunku literackiego w postaci kilogramów książek, ma również – a może przede wszystkim – ładunek emocjonalny. Kto z Wielkopolski, ten wie. I dozna podobnego wzmożenia na dźwięk słowa „tytka”. Gwarowe, zapamiętane z dzieciństwa słowa, wypowiadane głównie przez ojca i to w szczególnych sytuacjach i kontekstach, wybrzmiewają dzisiaj niczym najpiękniejsza muzyka. Wylynga, miągwa, antrejka, szplin. Przenoszą na wrzesińskie podwórko, trzepak przy kontenerze na śmieci, plac zabaw ze zwichniętymi huśtawkami, obsikanymi wigwamami i zjeżdżalniami, bez zjeżdżalni. Na ławki pod sklepem, przed którymi wysiadywały luntrusy i nośpłaty, w rozwarte szeroko okna, gdzie na poduszkach mościły się osiedlowe pierduśnice, które – zauważywszy mężów chwiejnym krokiem zbliżających się do domu, rozpuszczały jadaczki złorzecząc, że ślubni przepuścili znowu wszystkie bejmy u Jakubka, czyli w okolicznej mordowni.

*

Język ocala zapachy, smaki, przenosi w miejsca zapamiętane, w czasy zamierzchłe, dalekie światy. Wkładam do płóciennej torby gawędy Starego Marycha i idę na spotkanie ludzi, którzy czytają książki. I którzy się tego nie wstydzą.

 


Wszystkich miłośników literatury zapraszam na spotkania Ridgewoodteki- Polonijnego Klubu Książki.

szczegóły na stronie: www.facebook.com/ridgewoodteka