DSC_0215

Plamy na słońcu, upał na ulicy. Zakonnica z dziećmi. Mężczyzna z wężem. Na szyi. Wąż jest żywy i w paski. Ma na imię Romeo i nie kąsa jadowicie. Zakonnica jest młoda i blada. Przeciska się z wózkiem przez zbity tłum, który pokornie czeka w kolejce do kasy. Podłoga wysypana trocinami każe myśleć, że jesteśmy w środku wielkiego terrarium. Ale to tylko lokalny sklep z warzywami. I wizerunkami świętych na ścianach oraz pierwszych właścicieli, co przybyli z Piemontu lub Turynu i z dziada pradziada, z ojca na syna, handlują pomidorami i oliwą. Do Valentino’s pielgrzymują wyznawcy eko-religii, wierzący w szczęśliwe kury, błonnik, pełny przemiał i slow food. Ale również heretycy, co etykietek nie czytają i nie wiedzą, że pięciocyfrowy numer wybity na jabłku, a zaczynający się od cyfry 8, oznacza największe zło, czyli GMO, natomiast 9 z przodu gwarantuje owoc organiczny, wolny od genetycznych modyfikacji i pestycydów. Po prostu kupują, bo tanio i świeżo. Sałata zawsze zielona i nic nie kiśnie, usycha, butwieje, w plastykowych workach nie fermentuje, nie gnije od środka, nie wydziela nieprzyjemnej woni. Serbskie kobiety mają torby pełne czerwonej papryki. Na ajvar i leczo. Polscy mężczyźni, o swoistych inklinacjach, taszczą worki świeżych ogórków, chrzanu i kopru. Upychają je potem w ogromnych słojach i doprawiają suto czosnkiem. Bo tak robiła mama i babcia. I w poszukiwaniu straconego smaku odtwarzają zapamiętane z rodzinnego domu kulinarne rytuały. Pieką drożdżowe ciasto z truskawkami. Które pachnie. I przenosi. Pod jabłonie. Na polne drogi. Gdzie jaskółka czarny sztylet nad złotymi łanami. Gdzie zielono, płasko. I modraki w polu. Gdzie dzieciństwo zastygło, jak w bursztynie. Złote, ciepłe, pachnące. Jak wyjęte z pieca. Spod lnianej ściereczki. Spod maminej ręki. Uważnej. Spokojnej. Z cierpliwością wyrabiającej ciasto. Bez przepisu. Bez pośpiechu. Pewnym, powtarzanym przez pokolenia, ruchem.
Jedzenie to więcej niż odżywanie. Zdrowe, niezdrowe. Kaloryczne, dietetyczne. To pokarm dla obolałej duszy. Wehikuł czasu. Którym wyruszamy w podróż za jeden uśmiech. Do beztroski. Sowizdrzalskich, frenetycznych popołudni. Równoległego świata, który dzieje się w nas bez przerwy. Furkocze kołowrotkiem myśli. Podbiega krwią.
*
W rybnym kupujemy łososia, co swawolił na wolności i flądrę, by urządzić sobie domowe Darłówko. Nadbałtycki, letni wywczas. Smażalnię story. Na deser mogłyby być gofry z jagodami i bitą śmietaną. Ale musi wystarczyć amerykańska borówka. Morska bryza z aerozolu. I muszelka spod szafki w łazience, która zaginęła przed rokiem, a teraz cudem odnaleziona i przypadkiem, szumi na parapecie. W takt rzewnego songu Zbyszka Wodeckiego (z tekstem- uwaga!- Wojciecha Manna), że znajdziesz [na na na na na] mnie znowu [na na na na na], zatrzymasz [na na na na na], przy sobie. O muszli na brzegu morza, brunatnych algach, zielonej wodzie (bo to Bałtyk), rozwianych włosach dziewczyn i sezonowych uniesieniach na wydmach. Wystarczy posmarować się olejkiem do opalania, z doniczki wysypać trochę piasku, rozłożyć koc i otworzyć szeroko okno (wiatr! piski dzieciarni!). A potem już tylko oddawać letnim rozkoszom. Brodzić we wspomnieniach jak łódka, przywoływać i nurzać w zapamiętanych kadrach. Znowu mieć dziecięcą gibkość, pływać na dmuchanych żółwiach, pożerać jagodzianki i lody Bambino, wąchać słony brezent wiatrochronów i ślizgać na porośniętych morskim mchem palach. Przechadzać deptakiem, po którym roznegliżowani miejscowi, z boom-boxami przy uszach, polują na turystki, a baby w budach sprzedają pamiątki. I jest wszystko to, co nad polskim morzem, latem. Polacy i deszcz. Podczas którego dzieci się nudzą. Więc pragną by im kupować, by je zabierać, by dostarczać rozrywki. Niczym bohaterowie powieści Witkowskiego, której akcja się toczy w Międzyzdrojach, tyle, że po sezonie. Ale to jeszcze uwzniośla, potęguje i dopełnia cały ten, polski-nadmorski sznyt. Po który wcale nie trzeba wychodzić z domu. Wystarczy trochę wyobraźni i kilka produktów gastronomicznych. Wystarczy się urodzić w latach 80-tych. I jeździć na wczasy pracownicze oraz kolonie. Wystarczy tkliwie celebrować dziecięce wspomnienia. Albo tylko zanucić nieśmiało: że znajdziesz, na na na na na…