Stany Zjednoczone wiele mu zawdzięczają. Prawdziwy człowiek Renesansu, był wtrawnym dyplomatą, pisarzem, filozofem, poliglotą, naukowcem i wynalazcą.
Syn mistrza farbiarskiego, Benjamin Franklin urodził się 17 stycznia 1706 r. w Bostonie. Zdając sobie sprawę z niepospolitych zdolności najmłodszego potomka, ojciec pragnął wykształcić go na pastora. Niestety, po ukończeniu przezeń czterech klas zabrakło pieniędzy na dalszą naukę. Praktykując u ojca, młody chłopak pochłaniał w międzyczasie wszystkie dostępne książki.
Gdy jego starszy brat James otworzył własną drukarnię. 12-letni wówczas Benjamin podpisał indenturę, która zobowiązywała go do darmowej pracy w zamian za naukę zawodu i utrzymanie. Dzięki temu Ben znalazł się u źródeł wszelkiej wiedzy i literatury pięknej, pochłaniając nocą manuskrypty przygotowywane do druku. Wprowadziwszy na rynek gazetę pt. „The New England Courant”, James Franklin krytykował w zawoalowany sposób kolonialne rządy. Nic dziwnego, iż trafił w końcu do więzienia na dłuższą odsiadkę. Cała praca spadła wtedy na barki Benjamina, który wyzwolił się w międzyczasie na czeladnika, a nieco później na mistrza. Prowadząc gazetę pod nieobecność wydawcy, pisał pod pseudonimem artykuły, bardzo chwalone przez czytelników. Wyszło to na jaw po wyjściu na wolność jego wuja. Zawistny człowiek nie mógł mu tego darować. Wzajemnie stosunki bardzo się pogorszyły, doprowadzając do rozstania się za obopólną zgodą w 1725 r. Benjamin przyjął to z ogromną ulgą. Ciążyła mu też mocno prowincjonalna (!) i duszna atmosfera ówczesnego Bostonu.
Zatrudnił się jako drukarz w Filadelfii, Zaprzyjaźnił się tu z miejscowym arystokratą. Nie minął rok jak Sir William Keith doradził mu wyjazd do Londynu, obiecując listy kredytowe i rekomendacje, które miały na niego czekać na miejscu. Ufny młodzieniec dał wiarę gołosłownym zapewnieniom, przekonując się o tym zaraz po opuszczeniu statku. Nie podupadając na duchu, Ben znalazł tu szybko dobrą pracę w swoim zawodzie. Tak się dorobił po kilku latach, iż wrócił do Filadelfii z kapitałem na założenie własnej drukarni.
Rok 1730 przyniósł dalsze zmiany w jego życiu. Ożenił się z Deborah Reade, która była wyjątkowo inteligentną i bardzo energiczną kobietą. Wydając na świat troje dzieci, znosiła ze stoicyzmem długie okresy nieobecności męża, prowadząc interesy w jego imieniu. Franklinowie przeżyli ze sobą szczęśliwie 44 lata. Po śmierci Deborah Benjamin pozostał niepocieszonym wdowcem.
Franklin wykupił „The Pennsylvania Gazette”, którą przekształcił w poczytne pismo. Unowocześnił również typowy kalendarz rolniczy. Uznany za jeden z najlepszych almanachów w kraju, pojawiał się on przez 20 lat. Ben dwoił się i troił, pełniąc kolejno funkcję dyrektora mennicy, naczelnego komisarza straży pożarnej, głównego poczmistrza kolonii i wydawcy książek. Zarobione pieniądze mądrze lokował z pożytkiem dla siebie i innych. Stając się bogatym człowiekiem, wybudował wtedy otwartą dla wszystkich bibliotkę, zostawiając Atheneum w testmencie cały zbiór swoich książek.
Był to zarazem niezwykle płodny okres w jego działalności naukowej. Wnikliwe badania nad elektrycznością przyniosły mu światowy rozgłos. Wymyślonych przez niego terminów jak bateria, przewodnik, ładowanie, kondensator, prąd, szok elektryczny itp. używamy do dzisiaj. Był on m.in. twórcą piorunochronu, cewnika i dwuogniskowej soczewki. Wielki społecznik, nigdy nie opatentował swoich wynalazków, oddając je za darmo publiczności. Stał się także założycielem klubu dyskusyjnego, który przekształcił się z czasem w słynne Towarzystwo Filozoficzne. Był jednym z fundatorów pierwszej uczelni wyższej w Ameryce czyli Penn University.
Tymczasem w Pensylwanii stopniowo narastał konflikt pomiędzy miejscową arystokracją ziemską, która była zwolniona od wszelkich ciężarów na rzecz Korony, podczas gdy farmerzy uiszczali podatki z tytułu posiadania gospodarstwa. Magnatów reprezentowali bracia William i Richard Penn, którzy traktowali założoną przez swego dziadka kolonię jako udzielne księstwo. Nic więc dziwnego, iż w 1757 r. lokalne zgromadzenie w Filadelfii wysłało Franklina do Londynu, upoważniając go do prowadzenia negocjacji w ich imieniu. Przypisując członkom obu Izb Parlamentu większą niezależność od monarchii, bystry polityk mocno się rozczarował już po kilku dniach obserwacji. Nawiązując kontakt z księciem Halifaxu, skorzystał z jego pomocy w wyrabianiu sobie znajomości wśród artystokratów. Działał powoli i rozważnie, wykorzystując swoje talenty. Z pomocą przyszedł mu doktorat honoris causa, nadany mu swego czasu w Edynburgu.
Po niecałych dwóch latach pertraktował jak równy z równym z adwokatem, zaangażowanym przez Pennów. Był już wtedy znany i szanowany zarówno na dworze, jak i przez parlamentarzystów. Korzystając bez skrupułów ze swoich znajomości, Franklin przystąpił do urabiania opinii publicznej. Płomienna mowa wygłoszona przezeń w Izbie Gmin wiosną 1760 r. przyniosła druzgocząe zwycięstwo Pennsylvania Assembly. Owocny pobyt w Londynie wyostrzył jego dyplomatyczne umiejętności.
Po powrocie do Filadelfii zgotowano Benjaminowi triumfalne powitanie, nie dając mu jednak spocząć na laurach. Powierzono mu od razu pokojowe pertraktacje po świeżo zakończonej wojnie francusko-indiańskiej, z których wywiązał się zresztą znakomicie. Pustosząc skarb, krwawa i długa wojna stała się pośrednią przyczyną wybuchu amerykańskiej rewolucji. Wkrótce spadł kolejny cios. Pierwszy podatek zwany Stamp Act nakładał bardzo wysokie opłaty skarbowe nie tylko na zawierane transakcje, ale nieomalże na każdy przejaw życia i działalności brytyjskich poddanych. Rujnując ich gospodarczo, wzbudził ogromne protesty we wszystkich koloniach. Uznano to za sprawę niepomiernej wagi, powierzając ponownie negocjacje Franklinowi.
Przybył on do Londynu jesienią 1764 r., odnawiając dawne znajomości. Jako broń w akcji przeciwko opłatom, Franklin wykorzystał bojkot towarów sprowadzanych z Anglii, obejmujący szybko wszystkie kolonie. Bez większego trudu przeciągnął na swoją stronę nie tylko wytwórców, ale i kupców, którzy ponosili z tego tytułu coraz dotkliwsze straty ekonomiczne. W lutym 1767 r. Stamp Act został uchylony przez parlamentarną większość. Na żądanie kolonii, Ben Franklin pozostał w Londynie jako generalny przedstawiciel zamorskich poddanych Brytyjskiej Korony.
Nie dając za wygraną, Parlament nie poprzestał na unieważnieniu jednego aktu, nakładając nowe, acz już znacznie mniej dotkliwe podatki, zgodnie z rzymską regułą, a więc czyja władza, tego pieniądze. Nie przyjmowano tu wcale do wiadomości amerykańskiego stanowiska. Wyrażało je hasło: – no taxation without representation. Tymczasem, oddalony od swoich rodaków Franklin, nie rozumiał zaostrzających się nastrojów, zalecając im cierpliwość i bardziej ugodowe stanowisko. Jednakże, gdy tylko padły pierwsze strzały w Concord i Lexington, opowiedział się publicznie i bez najmniejszego wahania po stronie rebeliantów. Lisią przebiegłość wykorzystywał li tylko i wyłącznie dla dobra publicznego. Równoważyła ją waleczność i odwaga, okazywane w potrzebie. Opuścił Anglię w kwietniu 1775 r.
W Ameryce służył dobrą radą Waszyngtonowi, któremu powierzono rolę rewolucyjnego przywódcy. Wiosną 1776 r. został on powołany do pięciosobowego komitetu, który sformułował Deklarację Niepodległości. 71-letni Franklin został wówczas wysłany do Francji jako oficjalny pełnomocnik, z uprawnieniami ministra. Oddał tu nieocennione wprost przysługi amerykańskiej rewolucji. Doprowadził bowiem do udzielenia przez absolutną monarchię ogromnej pomocy finansowej przyszłej republice, bez której walka o niepodległość nie miałaby większych szans na zwycięstwo. Osłabienie brytyjskiego imperium leżało w żywotnych interesach Bourbonów. Gdy w kilka lat później na jego miejsce przyjechał Tomasz Jefferson, jeden z arystokratów orzekł, co następuje: – Nikt nie zastąpi Franklina na tym stanowisku. Powszechnie podzielano wyrażoną przezeń opinię.
Zwycięska republika jeszcze raz zwróciła się o pomoc do schorowanego polityka. Pokojowy traktakt z 1783 r., zawarty przez niego z pokonaną Anglią, jest nadal uważany za jeden z największych triumfów amerykańskiej dyplomacji.
A na zakończenie wypada podkreślić, iż Benjamin Franklin był jednym z pierwszych perfekcjonistów na świecie. To właśnie on nie tylko wymyślił zalecenie: – Improve yourself and your country, ale i sam się do niego stosował. Zapisał się też w kronikach celnymi powiedzeniami. Pzytoczymy tu zaledwie trzy złote myśli, a więc: Czas to pieniądz. Handel nie zrujnowal jeszcze żadnej nacji. 3. Kto się wyzbywa obywatelskich swobód na rzecz tymczasowego pokoju, ten nie zasługuje ani na wolność, ani na bezpieczeństwo. Ta ostatnia sentencja idealnie pasuje do świeta 4 lipca.
m