Podobno z dachu największej w Ameryce wytwórni powozów Archibald Willard zobaczył dwóch doboszów i człowieka grającego na piszczałce, jak ćwiczyli przed paradą 4 lipca. Przygotowywano się do obchodów stulecia amerykańskiej wojny wyzwoleńczej.

Willard naszkicował na kawałku deski wizerunek trzech muzyków. Wkrótce zaś jego przyjaciel, fotograf, namówił go, aby namalował nieco satyryczny, albo przynajmniej humorystyczny obraz związany z nadchodzącą rocznicą. Willard chwycił pomysł i tak powstał „Yankee Doodle”.
Młody Willard nie miał przygotowania plastycznego, ale znano go z tego, że zapełniał ściany, drzwi, puste płaszczyzny swego rodzinnego Bedford, Ohio, humorystycznymi rysunkami. Wśród pompatycznych przygotowań do patriotycznej rocznicy stworzył coś na nieco lżejszą nutę.

Najsłynniejszy obraz  nieznanego malarza
Dalszy ciąg narracji napotyka na ogromne kłopoty: biografia artysty i historia jego dzieła jest słabo znana. Podobno Willard zmieniał ów obraz, komponował go na nowo. Podobno powstało obrazów w sumie około piętnastu; ale czy początkowo wizerunek był bardziej satyryczny, a później ewoluował w stronę ciepłego patriotyzmu? Nie wiemy. Wersja, którą tu reprodukujemy, jest najbardziej znana.

„Yankee Doodle” prezentowano na stuletniej filadelfijskiej wystawie w 1876 r. Rzekomo przyciągał tłumy, nawet prezydent Grant miał zatrzymać się przed obrazem i pochwalić dzieło patriotycznego ducha. To raczej nieprawda. W każdym razie po wystawie zmieniono tytuł na poważniejszy – „Duch ‘76 roku” (Spirit of „76). Od tego czasu przez sto następnych lat kompozycja Willarda stała się najpopularniejszym obrazem amerykańskim. Bije na głowę wszystkie inne, bardzo znane prace, jak poprzednio omawiane i dzieła, o których będę pisał w przyszłości. Reprodukowano go w kalendarzach, na kartach pocztowych, w prasie, na znaczkach pocztowych, osobnych litografiach. Wizerunek ten ucieleśniający patriotycznego ducha Ameryki był wszędzie obecny.

Powstają w związku z tym dwa pytania:
– Jak to się stało, że twórca najbardziej znanego obrazu w USA, pozostał postacią nieznaną? Do tego stopnia, iż jego nazwiska nie wymienia wiele solidnych książek na temat historii amerykańskiej sztuki. Niewiele o nim wiadomo.
– Jak to się stało, że dzieło nieznanego twórcy, po wspomnianej filadelfijskiej wystawie, urosło do najsłynniejszego wizerunku w tym kraju? Przecież w Filadelfii zaprezentowano wtedy (przypominam: w stulecie ogłoszenia niepodległości przez USA) wprost setki patriotycznych wizerunków.

Autor jedynego opracowania na temat „Ducha ‘76” wiąże tę niewiarygodną karierę obrazu ze wspomnianym przyjacielem Willarda, fotografem Jamesem Ryderem. Wykorzystując udoskonaloną technikę poligraficzną przystąpił do wytwarzania na skalę niemal przemysłową reprodukcji z dzieła malarza z Ohio i energicznej sprzedaży ich w jakiejkolwiek formie. Żaden inny obraz nie zyskał takiej komercyjnej ekspozycji. PR-owi Rydera, jak byśmy dziś powiedzieli, „Duch ‘76” zawdzięcza karierę.

Wyjaśnienie interesujące, ale niewystarczające. Gdyby amerykańskiemu społeczeństwu obraz się nie podobał, ludzie nie kupowaliby reprodukcji – przynajmniej nie w takiej liczbie. Poza tym wydaje się mało prawdopodobne, że w przedsiębiorczym społeczeństwie znalazł się tylko jeden człowiek z inicjatywą. Na pewno podobnych mu ludzi musiało być więcej, którzy próbowali sprzedawać kopie innych obrazów. Willard uchwycił w swoim dziele więcej, niż bardziej znanym, czy lepszym malarzom się udało. Jeden ze współczesnych artyście krytyków pisał: jego trio „stało się symbolem ducha, który płonie tak silnym ogniem, jak dawniej”.

Sam artysta próbował dalej malować, bez powodzenia. Jego wczesne dzieło przeszło do panteonu amerykańskiej kultury popularnej, a twórca zszedł ze sceny zapomniany. „Duch ‘76” zawsze był obecny w amerykańskich domach, a atrakcyjność komunikowanych przezeń treści wzmacniały wydarzenia, jak zwłaszcza obie wojny światowe. Wizerunek dwóch doboszów – starego i chłopca, oraz mężczyzny grającego na flecie, maszerujących śmiało niemal radośnie do boju na czele wojska (widzimy w tle amerykańską flagę i oddziały postępujące za tą trójką) karmił i podsycał patriotycznego ducha społeczeństwa. Obraz Willarda komunikował jednoznacznie, iż nieustraszeni Amerykanie idą do walki o wolność i niepodległość brawurowo, zawadiacko, jak na paradę, jakby szli na zabawę. Są radośni i bohaterscy, niebaczni na trudy i niebezpieczeństwo, gdy przychodzi do walki w imię amerykańskich ideałów. Oryginalny tytuł obrazu „Yankee Doodle” sugeruje marszowy rytm tej właśnie satyrycznej piosenki o Jankesie, co to przyjechał na koniku do miasta i zatknął sobie piórko do kapelusza myśląc, że jest niezwykle modny.

Obraz i piosenka
Wydaje się jednak, iż bardziej pasowałaby do obrazu Willarda piosenka „Over there” George Cohana, skomponowana na wieść o przystąpieniu USA do wojny w 1917 r. Śpiewali ją amerykańscy żołnierze w pierwszej zwłaszcza wojnie światowej, także w drugiej. Brzmiała jak zew mobilizujący do czynu, jak głos nadziei dla umęczonych wojną ludzi i sygnał ostrzegawczy dla tych, którym marzą się militarne podboje. Najlepiej ucieleśniała amerykańskiego ducha. Tak właśnie uzasadnił Kongres USA przyznanie Cohanowi najwyższego odznaczenia militarnego za tę piosenkę, której refren brzmiał – mniej więcej tak, w luźnym tłumaczeniu:

Hej tam, hej wy tam
Słuchajcie, słuchajcie wy tam
Janki nadchodzą, że Janki nadchodzą,
Werble wszędzie bębnią.
Bądźcie więc gotowi, zmówcie pacierz.
Słuchajcie, słuchajcie i uważajcie,
Będziemy tam, nadchodzimy
I nie wrócimy, póki tam się to nie skończy.

„Yanks are coming” stało się ostrzeżeniem dla agresorów oraz hasłem nadziei i otuchy dla Europejczyków znękanych wojnami.

Po 1939 r., kiedy w Stanach Zjednoczonych bardzo silne były nastroje izolacjonistyczne, przeciwnicy przystąpienia USA do wojny prowadzili kampanię pod hasłem: „Yanks are NOT coming”.

Słowa utworu Cohana nie są może specjalnie wymyślne, ale rytmiczny charakter piosenki i patriotyzm społeczeństwa spowodowały, iż niesłychanej popularności „Over there” nie da się dzisiaj zrozumieć, a jej powodzenie porównać można – ewentualnie – do najbardziej wziętych utworów Elvisa Presley’a czy Beatlesów.

Historię Cohana i pieśni „Over there” można obejrzeć na dobrze znanym filmie „Yankee Doodle Dandy”, transmitowanym w telewizji zawsze z okazji święta 4 lipca, a pomnikowi kompozytora – przyjrzeć się na Times Square.

Dokładnie to samo można powiedzieć o obrazie Archibald Willarda. Jest on dość prosty, artystycznie, można powiedzieć, niewyszukany, ale nie miał przemawiać do wyrafinowanych gustów kilku koneserów sztuki, ale do milionów zwykłych odbiorców. I do nich trafiał. Ujmował w jednym rzucie oka (nie widziałem oryginału, ale podobno jest pokaźnych rozmiarów) to, co najważniejsze – amerykańską flagę i trzech Jankesów nieco obdartych, trochę niepoważnych. Ale pożałuje ten, kto ich nie doceni, zlekceważy, bo pod pozorem słabości i beztroski kryje się niezłomny duch Amerykanów, którzy wesoło, zawadiacko, na przekór wszystkiemu prowadzą przez zgliszcza i rumowiska armię amerykańską do walki – o wyzwolenie, o wolność, o prawa człowieka.

Myślę, że ten komunikat „Ducha ‘76” Willarda jest dalej aktualny, co polecam uwadze zwłaszcza niektórym autorom „Kuriera”, biadającym nad upadkiem Ameryki, słabością społeczeństwa ogłupionego dobrobytem i mass-mediami.

„Na emigracji“, najnowsza książka Czesława Karkowskiego, do kupienia w księgarni Amazon: amzn.to/2g0fY9A