Mam za dużo zainteresowań. Chyba zwariuję. Ostatnio znów zbieram dawne książki, nietypowe monety i znaczki pocztowe. A już na nic miejsca nie mam. W zbyt wiele rzeczy wsadzam nos i zapuszczam żurawia. A jak już zapuszczę, to o bożym świecie zapominam. A tu tyle wciąż nie przeczytanych tomów, a tu tyle nie napisanych artykułów, nie obejrzanych filmów i przedstawień, nie wysłuchanych koncertów, nie wyznanych uniesień, nie podjętych inicjatyw. A ileż podróży jeszcze nie odbytych! Ileż satelitarnych wezwań do różnych miejsc! A jeszcze trzeba zdjęcia ułożyć w albumach, archiwum uporządkować, nowe rzeźby gdzieś rozlokować. Po prostu wariactwo. Nie dziwię się, że śmieje się ze mnie mój piąty już Don Kichot.

*
Sycylia znowuż mnie woła. Etna grozi wybuchem, jeśli nie przybędę. A i wyspa Tarvignana nadal czeka. Cholera – kiedy i za co? Co z tego, że moje sycylijskie i włoskie zapiski zostały opublikowane w periodykach o kulturze środziemnomorskiej, kiedy nie mam z tego ani grosza. W Nowym Jorku piszę ku chwale Ojczyzny, a we Włoszech publikują mnie ku chwale owej kultury.

*
Z bratnimi duszami uciekam co jakiś czas w plener. Do drzew i lasów, na łąki, do rzek i jezior, do basenów i na trawiaste dywany, czasem też do ciekawych domów. Ostatnio ponownie do słynnego Princeton oraz do Millbrook w pobliżu Doliny Hudsonu. Bywa, że miary wrażeń dopełniają interesujące osobowości nowo poznanych osób.
Princeton jawi mi się, podobnie jak Harvard, czy Yale, jako wzorcowa miejscowość uniwersytecka z pięknymi kampusami i dzielnicami naukowców. Wszystko jest tu niebywale zadbane i estetyczne. Domki jak z bajki. W dziale starodruków tutejszej biblioteki międzywydziałowej mógłbym zostać na lata. Zwłaszcza wśród dzieł pochodzących z książnic paryskich i kolekcyj władców Francji. Te iluminacje, te inicjały, te rysunki, no i ta mądrość zawarta w wielu z nich… Jakimż kontrastem są studenci w gimnastycznych podkoszulkach i szortach oraz w gumowych klapkach. Wyglądają jakby szli na plażę a nie na wykłady, czy do czytelni. Krzywe i krótkie nogi są tu chętnie eksponowane, podobnie jak wielkie dupska i wszelkie wady sylwetki. Bo przecież one są piękne inaczej. Słowem jest wygodnie, bezstresowo i niby demokratycznie. Napisałem „niby”, bo studia w Princeton nie są jednak dla wszystkich. Zdumiewa wielka ilość studentów z Azji. Wszak mają zasobnych rodziców.
Wzorcowo zaprojektowaną uczelnią jest także Bard College w Annandale-on-Hudson w stanie Nowy Jork. Panuje tu wręcz idealna symbioza między budynkami poszczególnych wydziałów a przyrodą i ukształtowaniem terenu. Wszędzie są wspaniałe drzewa i równie wspaniałe posiadłości tych, którzy dorobili się wielkich fortun. Na ogół w dobrym stylu. Może są zachętą do wytężonej nauki? Na pewno rozbudzają marzenia o wielkich karierach. Na tych, którzy mają potrzeby wyższego rzędu czekają dwie sceny Fisher Center for Performing Arts. Obiekt ten jest sam w sobie jednym z najciekawszych przykładów najnowszej architektury teatralnej. Sławny Frank Gehry nadał mu kształt metalicznej planety, która spadła na wielką łąkę uczelnianą. Widownie są przestronne i bardzo wygodne. Widziałem tu już kilka muzycznych spektakli, z „Królem Rogerem” włącznie i nie wychwyciłem dziur akustycznych, zatem i pod tym względem jest to udana budowla. Teraz podejrzałem kawałek próby musicalu „Oklahoma!” i nabrałem ochoty do zobaczenia całości. To jeden z moich ulubionych musicali. Onegdaj wspaniale wystawił go Trevor Nunn w Królewskim Teatrze Narodowym w Londynie. Zrobił z niego istne cudo sztuki inscenizacyjnej.
W winnicy we wspomnianym Millbrook wina są średniej jakości, wspaniałe są natomiast widoki roztaczające się z winogronowych wzgórz. Aż chce być się ptakiem i szybować. Na miejscowych cmentarzyku (Nine Partners Cemetery) znajdują się groby sięgające roku 1848. Skromne – ot tylko kamień lub tablica z nazwiskiem. Czasem krótkie epitafium ułożone przez kogoś bliskiego, czasem rzeźba. Obok siebie leżą zgodnie: babtyści, katolicy, protestanci, żydzi, masoni i ateiści. Nie ukrywam, że wolę takie skromne i ekumeniczne cmentarze niż pomniki pychy, jakie mamy w Polsce na współczesnych nekropoliach. Wyglądają jak zbiorowe sypialnie.

*
Większość dzieł malarskich, graficznych i rzeźbiarskich, jakie widziałem niedawno na wystawach w Princeton, Trenton i Filadelfii była na pograniczu bardzo dobrego… amatorstwa. Była również widomym świadectwem szlachetnej pasji i bogactwa duszy ich autorów. O wielkości raczej nie sposób mówić.

*
W nowojorskim Instytucie Piłsudskiego znajduje się najcenniejsza ściana polska na Wschodnim Wybrzeżu. Wspaniałość malarska obok malarskiej wspaniałości – Bacciarelli, Matejko, Aleksander Gierymski, Wyspiański, Chełmoński, Grottger, Wyczółkowski, Kossaki, Axentowicz… Bądźmy z nich dumni. Uczmy o nich młodych. Pokazujmy ich Amerykanom.

*
PIW, czyli słynny Państwowy Instytut Wydawniczy został zlikwidowany. Przez 69 lat było to jedno z najlepszych i najambitniejszych wydawnictw w Polsce. Mimo, że nękała je cenzura, tyleż wewnętrzna, co odgórna, było jednym z naszych okien na świat. W latach młodości do firmowej księgarenki na Foksal zachodziłem niemal codziennie. Pracowała w niej pani Blanka ze Świdra, która odkładała dla mnie rarytasy pod hasłem „my nadświdrzanie musimy się trzymać zawsze razem”. Inni klienci też na nie polowali, tedy porozumiewaliśmy się mruczandem lub specjalnym kodem. Mimo protestów intelektualistów i środowisk oświeconych nie udało się PIW-u uratować. Niedawno zlikwidowane zostały też „Polskie Nagrania”, które poszły w obce ręce. I jak tu nie być socjalistą?
*
Ojciec paulin Michał Czyżewski przysłał mi z Buffalo tomiczek swoich wierszy zatytułowany z „Z obozu”. Jest on dedykowany jego pradziadkowi Janowi i dziadkowi Antoniemu – męczennikom obozu w Auschwitz. Zamieszczone w nim wiersze są świadectwem niezachwianej wiary w Boga, który w przekonaniu autora był także w tym obozie – „Obraz został w drutach. Nie było słońca, Słońce było w piecu, Ale był Bóg”. Utwory te ujmują skromnością i franciszkańską prostotą, tyleż myśli co formy. Odbija się w nich jasna dusza autora i nieprawdopodobna wręcz pokora. Nie mam wątpliwości, że w ojcu Michale drzemie poeta, namawiam zatem na poszerzenie skali wypowiedzi i zróżnicowanie jej kształtów. Poezje Anny Kamieńskiej i księdza Jana Twardowskiego mogą być w tym pomocne. Przynajmniej na początku. A potem trzeba doskrzydlać, domuzyczniać i rafinować tak, aż święta Weronika ponownie „zatańczy, by oddać Bogu chwałę i pójdzie w stronę wiary”.

*
Pokora. Co to takiego?

*
Honor. Co to było?

*
Poziom. Gdzie on się podział?