a3482557409_10

 

To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory.* Śpiewa o Warszawie młokos w białym podkoszulku. Bity leżą dobrze. Fabuła przędzie się, rozwija. To już nie udręczony głos blokowisk. Bohaterowie noszą zielone Najki i upijają się w modnych klubach na lewym brzegu Wisły. Kolekcjonują przelewy od zamożnych rodziców, ale to nie znaczy, że są wolni od problemów. W tym pokoleniu, na umowie- zleceniu/ Nie gada się o przyszłości, ZUS-ie, ubezpieczeniu/ Ci ludzie nie chcą gadać o wpłatach na lokatach premium/ I polityce, tych pozycji raczej nie mamy w menu. Zblazowani dwudziesto paro-latkowie krążą po mieście tankując wódę by upić swoje upiory. I lubię ten dojmujący smutek. Weltschmerz wychynający zza wersów. Że trochę prześmiewczo. A trochę gwoździem po szkle. A czasem całkiem zgrabnie i poetycko, kiedy podmiot liryczny deklaruje: życie to stek bzdur, z tym, że ja poproszę krwisty. Zabawa słowem, obrazem. To zawsze działa. W tomikach szacownych literatów i tekstach wyrzucanych ze sceny. Niewykluczone, że współczesny Mickiewicz rymuje gdzieś na klatce schodowej bałuckiego bloku. Że na pytania o przyszłość Polski odpowiedzi trzeba szukać w hip-hopowym słowotoku. Nie w badaniach opinii publicznej. Ale tam gdzie pulsuje nerw pokolenia, które za chwile przejmie stery.

*
„Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu” napisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer, a Tymon Tymański uczynił mottem filmu, o którym najpierw opowiadał przez lata, by w końcu – zebrawszy ekipę i niewystarczającą ilość funduszy, stworzyć obraz kompletnie wariacki, by nie powiedzieć, kuriozalny. „Polskie gówno” to musical offowy przeplatany historiami kręconymi w formie paradokumentu. W jednej z pierwszych scen Marian Dziędziel śpiewa do syna smażąc jajecznicę. Potem jest jeszcze ciekawiej. Robert Brylewski, legenda polskiego punk rocka występuje w roli Stana Gudeyko, permanentnie odurzonego kierowcy busa, który wiezie kapelę „Tranzystory” w trasę ostatniej szansy; Grzegorz Halama – wciela się w komornika/ seksoholika/ nieudolnego menedżera o zapadającym w pamięć nazwisku: Czesław Skandal, Tymański gra siebie, czyli podstarzałą gwiazdę rocka i dzieją się rzeczy dziwne, śmieszne i straszne. Bohaterowie są „punkami z lat osiemdziesiątych, którzy zapodziali się we współczesnej polskiej rzeczywistości. Doświadczyli sowieckiego gówna, które w latach dziewięćdziesiątych zamieniło się w amerykańskie. Są świadomi wielowarstwowej degradacji czasów, których doczekali – cały świat pławi się w überkonsumpcji i dekonstrukcji, nikt nie czeka na rewolucję, skończyła się ideowość, nikogo nie interesuje przekaz. Wróg stał się trudniejszy, bo mniej oczywisty. To już nie komunizm. To zatomizowany szatan konsumeryzmu, sybarytyzmu, wygodnictwa, lenistwa duchowego, odmowy rozwoju. Szatan niejasny i niedocieczony, ukrywający się wszędzie i nigdzie. Na zewnątrz i wewnątrz nas samych.” ** Mieć czy być? Sprzedać się Babilonowi czy walczyć o artystyczną niezależność? Jaka jest cena, którą trzeba zapłacić? Pytania są wciąż takie same – jak śpiewał Lechu Janerka – i wybrzmiewają również w tym, nieco chaotycznym, niedoszlifowanym (choć pomagali Agnieszka Glińska i Wojciech Smarzowski) a nade wszystko bezpretensjonalnym obrazie, zostawiając poczucie niesmaku w ustach (patrz: scena z Janem Peszkiem).
*
To, czego szukam w przekazie, to autentyczność. Szczerość. Tego łaknę. Za tym węszę. Wolę niepewność i przyznawanie się do słabości. Niż gotowe przepisy na życie, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Błądzący i kontestujący, byli mi zawsze bliżsi niż ci, którzy wiedzą. Strzeżcie się ludzi nie mających wątpliwości – pisał poeta. Który szukał. I nie znajdował. Lub rzadko. Bo inaczej się nie da. Prawdziwe oświecenie jest udziałem niewielu.


„Nie znoszę nieautentyczności. I udawactwa, zwłaszcza że się jest kimś mądrzejszym. To w dzisiejszych czasach staroświeckie podejście, bo udajemy bez przerwy, ale stoi za nim niechęć do współczesności, która jest cywilizacją podróbek. I do kłamstwa, którego tyle jest w języku, w mowie, ale które nie jest lingwistycznym kłamstwem, tylko kłamstwem istnienia. Są zjawiska kompletnie skłamane, co do których mam pewność, że mogłoby ich nie być i światu by się nic nie stało.” ***

 

 

 


*Taco Hemingway
** Tymon Tymański
*** Andrzej Stasiuk, Życie to jednak strata jest. Warszawa 2015