…smutek zamieni ci w śmiech, striper tak pięknie tłumaczy kłamstwo, zdradę i grzech. Itd. Kobiety lubią narzekać, że mężczyni nie rozumieją ich potrzeb i za mało interesują się nimi sentymentalnie. Nie było na to szybkiej rady aż do naszych czasów, kiedy pojawił się zawód męskiego striptisera, zapłonu najdzikszych fantazji tłumiących frustracje. W Ameryce striper stał się instytucją kulturalną. Kobiety lubią pasać oczy pięknymi ciałami w prowokujących, zmysłowych tańcach. Czy to triumf feminizmu? Bo mężczyzna został zamieniony w użytowy przedmiot erotyczny; do tej pory w takiej roli była kobieta.
Najmocniejszą sceną „Magic Mike XXL” jest występ piątki kolegów na krajowym zjeździe tej branży rozrywkowej. W ogromnej hali tłum kilkuset kobiet podziwia i pożąda mężczyzn, którzy w artystycznie symulowanych aktach erotycznych poniewierają partnerki wybrane z widowni do wspólnego występu. Te oszołomione na estradzie wydają się uszczęśliwione, gdy te na widowni bliskie są obłędu. Jeszcze kilka stopni więcej namiętności a rozszarpałyby performerów niczym bachantki bożka Dionizosa. Mimo wszystko – to jednak oni panują nad damskim żywiołem. Nie wypadają z zasadniczo męskiej roli dominatorów owych bachanalii.
Film ten jest sekwelem „Magic Mike” sprzed kilku lat. W głównej roli ponownie występuje Channing Tatum, zdumiewając sprawnością fizyczno-taneczną. Nie jest najprzystojnieszy w tym zespole: ma za duże odstające uszy i za małe oczy, ale te wady przybliżają go widowni zarówno damskiej – bo wydaje się bardziej dostępny, jak i męskiej – łatwiej utożsamiać się z nim widzom przecież rzadko doskonałym. A poza tym jest „All American”, z wyglądu prosty chłopiec next door, z rolniczego Środkowego Zachodu. Prawdziwym półbogiem erotyki jest natomiast Joe Manganiello, pod wymownym pseudonimem scenicznym „Big Dick Ritchie” nieprzypadkowym, czego nie sposób wyjaśniać na tym miejscu. Jest to aktor włoskiego pochodzenia, choć w filmie podaje się za Ormianina. Jego komiczny taniec erotyczny na zakupach w przydrożnym sklepiku pozwala rozstrzygnąć pewien problem artystyczny: czy na estradzie ma udawać po staremu strażaka, czy raczej być sobą?
Nieodłącznym motywem takiego widowiska jest wciskanie striptiserom banknotów niekiedy wielodolarowych za bardziej udane prowokacje erotyczne. Na facetów ubranych ledwie w stringi sypie się deszcz pieniędzy, parkiet zostaje zasłany na zielono; banknoty trzeba zgarniać miotłą, kiedy towar wydaje się pierwszorzędnej jakości. I nikt nie jest tym zażenowany.
Ciekawa jest dynamika wewnątrz zespołu, który po latach chce dać ostatni w karierze występ. Są to zróżnicowane postaci. Jeden jest w duchu New Age, drugi weteranem pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, jeszcze inny chce zostać królem jogurtu, gdy rzuci estradę. Zabawne ich dialogi niekiedy autoironiczne, ukazują dystans do fachu przypominającego najstarszy zawód świata, a mimo to udaje im się zachować męską godność. Ta fabuła jest czystą fantazją. W życiu raczej nie dostaje się kabrioletu Bentley’a w uznaniu jednorazowych zasług rozrywkowych dla zamożnych rozwódek.
Film ma dobre tempo dzięki montażowi znakomitego skądinąd reżysera Stevena Soderbergha, który nie wiedzieć czemu zaplątał się tu w skromnej roli montażysty. Natomiast reżyserem fabuły jest Gregory Jacobs w oryginalnym „Magic Micke” ledwie pierwszy asystent reżysera. Co za awans na grzbietach bezpruderyjnych tancerzy.