Mój balkon zwieszający się nad East Village raz po raz odwiedzany jest przez kolejnych gości. Wiosną i latem tu właśnie ich podejmuję, kiedy tylko pogoda na to pozwala. Co parę dni toczą się na nim interesujące rozmowy, a co jakiś czas niegroźne popitko. Czasem zasiadają na nim osoby, które chcą mnie bliżej poznać, lub które mnie z jakichś powodów interesują. Wówczas pytanie goni pytanie. Ja odpowiadam szczodrze, dzieląc się tym, co wiem na dany temat. Potem role się odwracają i ja strzelam pytaniami i słucham, słucham, słucham. Bywa, że w odpowiedzi jest pytanie, tedy następuje przeplatanka. Niekiedy trzeba przeczekiwać wycie straży pożarnych i karetek pogotowia. W przerwach między jednym tematem a drugim można w balkonowym ogródku wdychać zapach ziół oraz podziwiać kwiaty i drzewka pielęgnowane przez oswojonego kaczysto-braunistę. Można także obserwować samoloty lecące nad Wschodnią Rzeką a w godzinach szczytu samolociki i helikoptery na niej lądujące.
O gościach i przyjaciołach, z którymi na przestrzeni ostatnich 25 lat biesiadowałem na tymże balkonie mógłbym napisać książkę. I to nie tylko dlatego, że były wśród nich fascynujące sławy artystyczne, czy naukowe, ale także dlatego, że było na nim wielu młodych idealistów, wchodzących dopiero w życie i szukających w nim swego miejsca, nie wyłączając moich dawnych uczniów. Zdarzało się że rozmowy z nimi trwały do białego rana. Zdarzyło się też, że z pewną młodziutką i piękną panią historyk sztuki z Poznania przegadaliśmy z niewielkimi przerwami trzy doby. Mój siostrzeniec chodził do pracy i z niej wracał a my ciągle na balkonie i ciągle, jak nie o życiu, to o dziełach. Pani historyk sztuki dużo podróżowała po świecie, tedy zamieniałem się w słuch, kiedy mówiła o swych kolejnych odkryciach. Mówiliśmy także o miłości i przyjaźni, i o konflikcie pokoleń. Siostrzeniec wynosił ofiarnie kolejne butelki po winie, pewnikiem dopijając resztki. On z kolei tak bardzo spodobał się primabalerinie baletu w Marsylii, że specjalnie dla niego zrobiła szpagat zwykły a później poprzeczny.
Na tymże balkonie pewien piękny aktor zrobił tak wielkie wrażenie na znajomej literatce, że dostała obsesji na jego tle. Długo to trwało… Zaprzyjaźnionej filmolożce, zwanej Filmotessą, moja dzielnica, widziana z wysokości 15 piętra, jawiła się jako ścieg ludzki a znany prozaik i zarazem piewca Gdańska, patrząc w dół, powtarzał raz za razem: jak tu brzydko, jak brzydko. Niemniej wpadliśmy razem w trzydniówkę przy irlandzkiej whiskey, którą uwielbiał. Ze wspaniałymi baletnikami z dwóch pokoleń zespołu „Śląsk” rozmawialiśmy tu o tańcu i ich występach. A ile nagrań ich występów razem obejrzeliśmy! Ileż układów choreograficznych! Wiele się na tym balkonie dowiedziałem również o muzyce chińskiej i japońskiej od kompozytora z Tokio, który stał się członkiem mojej rodziny. Jakże smakowała mu wódka Baczewskiego!
Tu odbywały się również kłótnie polityczne oraz światopoglądowe ze skrajnymi prawicowcami. Wśród nich prym wiodła wieloletnia publicystka „Kuriera Plus”. Tu spotkał się z nią konserwatywny korespondent „Rzeczpospolitej” i redagowanego przeze mnie „Głosu”. Tu cierpiał z miłości inny korespondent z Waszyngtonu. Tu także słychać było niejedne okrzyki zachwytu, tu również płynęły łzy rozpaczy. Pewien publicysta chciał popełnić samobójstwo z powodu kolejnego nieodwzajemnionego uczucia. Nieskromnie wyznam, że na balkonie zasiadały też panie, które chciały się ze mną związać na resztę życia, zatem tematów najintymniejszych również nie brakowało. Zapewne uatrakcyjniłyby one ewentualną książkę, zwłaszcza, że w tle był Paryż, Warszawa, Szwajcaria i Włochy. Problem w tym, że panie te były tak wspaniałe (są świadkowie!), iż na żadną nie mogłem się zdecydować. Sycylijskie wino piłem tu z Sycylijczykami, francuskie z Francuzami a niemieckie piwo z Niemcami. Świeżo parzoną w czajniczku herbatę piłem tu także z zakonnikami. Byli bez habitów, tedy i łyk czegoś mocniejszego też się znajdował. Pejsachówka czekała na takie okazje. Zawsze byłem ciekaw życia w zakonach. Znam już niejedną ich tajemnicę…
Oczywiście, wśród bywalców balkonu nie mogło zabraknąć moich sióstr bliźniaczek, zatem rozpamiętywań rodzinnych było sporo. Duchy rodziców i zmarłych przodków unosiły się nad nami. Ale żyło się głównie tym, gdzie i jak zarobić. Problemy z ich dziećmi też dawały się nam we znaki. Takoż i zdrowotne. Boleść przeplatała się z nadziejami. A później już nadziei nie było.
Przed rokiem gościła tu świetna wykonawczyni głównej roli z filmie „Dziewczyna z szafy” oraz gwiazda sceny, dyrektorująca Teatrowi „Ambassador” w Waszyngtonie. Śpiewy rozlegały się nawet po północy, ochoczo włączał się w nie znakomity tancerz z zespołu „Mazowsze”. Bardzo lubię, kiedy on do mnie przylatuje, bo rozjaśnia mój poważny zazwyczaj świat swoją młodością, tańcem i nieprawdopodobnym wręcz urokiem. Kilka znajomych białogłów chciało go schrupać na miejscu. I wiek nie grał tu żadnej roli! Na szczęście jest on wierny kolejnym wybrankom swojego serca. Ostatnią jego pasją – poza tańcem, rzecz jasna – jest prehistoria Słowian i ziem przez nich zamieszkanych. Jest lepszy w tej materii ode mnie, podobnie jak w astronomii i w paru innych kwestiach związanych z prapoczątkami wszystkiego. Z przyjemnością oglądam jego solówki idące zawsze na wielkich brawach. Jest w nich zjawiskowy. Z przyjemnością też słucham jego różnych opowieści ożywianych plastycznymi gestami. Na balkonie – i nie tylko – mówimy ze sobą o wszystkim jak bardzo bliscy sobie ludzie. Podczas każdej wizyty „ograbia” mnie z kilku ważnych książek, ale niech tam. Skoro nie mam własnego syna… Encyklopedyj i leksykonów brać nie chce, bo – jak twierdzi – ma je w Google’ach.
Balkon polubiła również pewna mistrzyni fotografii artystycznej, wystawiająca ostatnio m.in. w Berlinie. Co jakiś czas domaga się, by wydać na nim na jej cześć obiad lub kolację. Chętnie to czynię, bo jest wielce interesującą osobnicą. Ponadto jest arystokratką władającą najwytworniejszym językiem polskim i pięknie opowiadającą. Wiedzę ma olbrzymią i jest piekielnie spostrzegawcza. Co ciekawe, lepiej wyczuwa sztukę współczesną niż ja i częściej rozgrzesza jej twórców. Stale chodzi na wystawy. Co jakiś czas sama wpada na fantastyczne pomysły i strasznie się denerwuje, kiedy nie podzielam jej entuzjazmu. Obdarza mnie jednak niemal bezgraniczną przyjaźnią. Tematów mamy bez liku, sporów też nie brakuje, nie mówiąc już o awanturach, jakie mi czasem urządza. Skoro to jednak bezgraniczna przyjaźń, to ma prawo je urządzać, nie mniejsze niż mój najbliższy warszawski przyjaciel, wybitny mediewista i biblista. On na balkonie i poza nim też mi niejedną awanturę urządził, żądając mojego natychmiastowego powrotu do Polski, bo niby się w tym Nowym Jorku marnuję. Nie on jeden tak twierdzi. Może tak jest rzeczywiście?