Bronisław Komorowski wygłosił w ostatni wtorek orędzie telewizyjne żegnając się ze swoimi wyborcami. Twierdził, że był zwolennikiem dialogu, umiaru i kompromisu. Ale nie wspomniał o swoim następcy Andrzeju Dudzie, nie życzył mu sukcesu. Ból niespodziewanej porażki pokonał dobry obyczaj.

Odchodzący prezydent zaczynał kampanię wyborczą mając zaufanie prawie 80 procent obywateli ale przegrał z nieznanym politykiem, który na początku miał poparcie ledwie 10 procent. Przegrał, gdyż dotarł do wyborców komunikat, że nie jest prezydentem „wszystkich Polaków”, jak pragnął się przedstawiać, ale prezydentem skompromitowanej aferami Platformy Obywatelskiej.

Podpisał ponad 930 ustaw, które przyjęła w Sejmie koalicja rządowa PO-PSL, cztery zawetował, tylko 12 skierował do Trybunału Konstytucyjnego, chociaż nawet i te wcześniej podpisał; dziwny zwyczaj, prezydent jest bowiem z urzędu strażnikiem Konstytucji. Nie powinien więc podpisywać ustaw, wobec których ma poważne wątpliwości.

Chciał jednak pojść na rękę rządowi. Nawet w sprawie likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, zagrabiających obywatelom 150 miilardów złotych z kont emerytalnych, bo rozrzutnemu rządowi Donalda Tuska zabrakło pieniędzy. Komorowski też przyglądał się biernie, kiedy rząd Tuska rozkładał oszczędnościami polskie siły zbrojne. Wierzył w „nowe otwarcie” w stosunkach z Rosją, choć wcześniej wydarzyła się agresja rosyjska na Gruzję w 2008 r., a potem katastrofa smoleńska i upokarzające traktowanie Polski przez Rosję. Za tę uległość słusznie zapłacił klęską wyborczą.

Drugi powód przegranej to zadufanie i leniwa kampania wyborcza, uwydatniająca wizerunek lenia, który „pilnuje żyrandola”, jaki mu przykleiła opozycja z Prawa i Sprawiedliwości. Do części wyborców dotarła w końcu wiadomość, że jego związki z WSI muszą być podejrzane, bo jako jedyny poseł PO głosował przeciwko rozwiązaniu formacji oskarżanej o agenturalność na rzecz Rosji.

Wielu pamięta mu wydatny udział w „przemyśle pogardy” wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dobry nastrój na placu Piłsudskiego w oczekiwaniu na trumny ze Smoleńska. Oraz nieelegancki i zaskakująco pospieszny tryb przejmowania władzy, który zdaniem polityków PiS przypominał „zamach stanu”. Nie kto inny, a młody prezydencki minister Andrzej Duda odmówił Komorowskiemu wydania tajnych państwowych dokumentów, póki nie nadszedł oficjalny komunikat ówczesnego prezydenta Rosji Władimira Miedwiediewa, że Lech Kaczyński zginął w katastrofie. Jest ironią historii, że właśnie Duda usunął „zamachowca stanu” z urzędu.

W ostatnim tygodniu sprawowania władzy Komorowski dostał mocny cios. Oto badanie opinii publicznej wykazało, że gorzej Polacy oceniają tylko prezydenturę generała Wojciecha Jaruzelskiego! Jak to możliwe, aby z prawie 80 procent zaufania w listopadzie ubiegłego roku upaść tak nisko? Można to wyjaśnić jedynie niedojrzałością umysłową obywateli III RP. Najpierw uwierzyli propagandzie mediów prorządowych, potem poszli za urokiem zwycięzcy porzucając „dobrego wujka Bronka”.

W ogniu namiętności politycznych trudno zdobyć się na wyważone oceny. A przecież nie była to kadencja pozbawiona osiągnięć. Największy sukces to polityka prorodzinna. Komorowski jako pierwszy w PO dostrzegł groźbę wymierania Polaków i wprowadził ten problem w główny nurt. Raporty ekspertów zgłębiły problemy demograficzne i podały zalecenia rządowi, jak zachęcać młodych ludzi do posiadania dzieci. Zachęcał także pracodawców aby ułatwiali życie pracującym rodzicom a samorządy, aby wprowadzały Karty Dużej Rodziny uprawniające do zniżek w opłatach. Popierał ulgi podatkowe na dzieci, wydłużenie urlopów wychowawczych i tworzenie placówek opiekuńczych. Jego zasługą jest wprowadzenie Karty Dużej Rodziny, która obowiązuje w całym kraju. Natomiast wywołał wielką falę krytyki ze strony opozycji i Kościoła za podpisanie w ostatnich dniach ustawy dopuszczającej zapłodnienia in vitro.

W polityce zagranicznej i sprawach bezpieczeństwa państwa jego dorobek miesza porażki i sukcesy. Porażką była polityka ukraińska. Nie udało mu się wciągnąć Ukrainy w orbitę Unii Europejskiej. Jak stwierdza Rzeczpospolita: „prezydent był naiwny, gdy idzie o plany Zachodu wobec Ukrainy. Błędnie wierzył, że Ameryka i zjednoczona Europa będą gotowe zapłacić za włączenie Kijowa do wolnego świata. I przyczynił się do przekonania do tego przywódców rewolucji na Majdanie. Ale zasługą prezydenta są wysiłki na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa Polski, w tym zwiększenia wydatków na obronność.”

To Komorowski przeforsował wzrost budżetu wojskowego do 2 procent dochodu narodowego rocznie i zainicjował szeroki program zbrojeń. Bardzo słusznie, jednak nastąpiło to dopiero po agresji rosyjskiej na Ukrainę. Dobrze, że w końcu przyszło otrzeźwienie. Pamiętajmy wszakże, iż w ten sposób Komorowski począł realizować politykę PiS nieufności wobec Rosji i oparcia się o Stany Zjednoczone.
Natomiast spuśćmy litościwie zasłonę na próby tworzenia nowego patriotyzmu przy pomocy orła z białej czekolady, „orzeł, który może”, i kolorowych baloników. Państwo między Niemcami a Rosją musi mieć za godło drapieżnego ptaka, zamiast „morła” na deser po rozbiorach.