Na drogach Prawdy Bozej

Najmilsi: Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

1 J 3,1-3

Zapewne wielu z nas słyszało piosenkę zespołu Hey „Moja i Twoja nadzieja”. Oto jej fragment: „Moja i Twoja nadzieja/uczyni realnym krok w chmurach / Moja i Twoja nadzieja / pozwoli uczynić nam cuda / Nic, naprawdę nic nie pomoże/jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości”. Piosenka mówi o nadziei, która znajduje spełnienie w miłości dwojga ludzi. Kto otworzy szeroko serce dla drugiego człowieka, doświadczy radości sięgającej nieba i będzie w stanie dokonać rzeczy graniczących z cudem. Ale ten cud nie stanie się bez naszego wysiłku, a nawet ofiary. Piosenka mówi, że nic nam nie pomoże, jeśli my nie pomożemy miłości. Nadzieja wynosi nas ku niebu, nadzieja wyciąga także nas z największego życiowego bagna. Grzesiek – alkoholik na stronie internetowej http:// osrodek prze budzenie. org wyznaje: „Kiedy przestałem pić, nie było jeszcze we mnie tej nadziei, która pomaga alkoholikowi stawiać pierwsze kroki na niełatwej drodze trzeźwienia. A dlaczego jej nie było? To proste, najpierw musiałem przyznać się szczerze przed samym sobą, że mam problem z alkoholem. To podstawowy warunek, aby w moim wnętrzu, w mojej duszy pojawiło się pragnienie zmiany swojego życia. I dopiero to pragnienie otwiera szeroko drzwi dla nadziei. Nadzieja, która pojawiła się we mnie, była swoistym kołem zamachowym do moich następnych działań. Dbałem o nią chodząc na mitingi Anonimowych Alkoholików a potem będąc na profesjonalnej, pięciotygodniowej terapii w Ośrodku Leczenia Alkoholizmu. Jeśli w Twoim sercu i w Twojej duszy jest szczere pragnienie zmiany swego życia, to jesteś tuż przed przywitaniem się z twoją nadzieją, a ona czyni cuda, zapewniam Cię.

Nadzieja wyjścia z nałogu ma większą szansę spełnienia jeśli połączymy ją z wiarą w Boga. W sierpniowym numerze miesięcznika Egzorcysta Sławomir wyznaje: „Moja przemiana, w wyniku której od kilku miesięcy nie piję alkoholu, polega na zrozumieniu, że ja nie chcę pić. Gdybym słuchał Boga, bliskich i innych osób życzliwych, to może ten proces byłby dużo krótszy. Jestem na początku drogi do normalnego życia. Moi najbliżsi mają do mnie coraz więcej zaufania, ale może będzie trzeba jeszcze wielu miesięcy albo lat, by w pełni mi zaufali i mogli być spokojni. Jestem im bardzo wdzięczny, bo to oni byli przy mnie cały czas, także w tych najgorszych momentach, i uratowali mnie ze szponów nałogu. Bóg przez cały czas pomagał mi wstać, kiedy upadałem. Wysyłał do mnie osoby, które chciały mi pomóc. I w końcu osiągnął cel, mimo moich oporów. Dróg wyjścia z nałogu jest wiele, ale najpewniejsza jest przez Boga. I to On pomaga wytrwać w postanowieniach”. Nadzieja pokładana w Bogu pomaga wydobyć z nas najpiękniejszy kształt człowieczeństwa, które przy stworzeniu zajaśniało podobieństwem do Boga: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz”. To podobieństwo nazywamy świętością. Do człowieka, który na różne sposoby traci to podobieństwo, Bóg ciągle woła: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty”. Aby nas pociągnąć do tej świętości, aby nas uczynić świętymi na wszelkie możliwe ludzkie i boskie sposoby Bóg posyła do nas swego Syna Jezusa Chrystusa, o który św. Jan w zacytowanym na wstępie liście pisze: „Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty”. Święty Augustyn po długim życiowym błądzeniu odnalazł Chrystusa. W „Wyznaniach” napisał: „O Boże, szukałem drogi dla nabrania siły, która by mnie uczyniła zdolnym do rozkoszowania się Tobą, ale nie znajdowałem jej, dopóki nie rzuciłem się w objęcia Pośrednika między Bogiem i ludźmi, człowieka Chrystusa Jezusa, który jest nad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. On nas woła i mówi nam: „Jam jest droga i prawda, i życie”… jeszcze nie miałem tej pokory, dzięki której mógłbym posiąść mego Boga, pokornego Jezusa, ani nie wiedziałem, czego nas uczy Jego słabość. A Słowo Twoje to wieczna Prawda… podnosi ku sobie tych, którzy się jej poddali… lecząc ich pychę i wzbudzając miłość”.

Dzisiaj przeżywamy Uroczystość Wszystkich Świętych, tych którzy całkowicie złożyli swoją nadzieję w Chrystusie i w tej nadziei zostali uświęceni, zostali świętymi. Jest ich nieprzeliczona rzesza. O nich to św. Jan w Apokalipsie pisze: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem”. Jest ich tak wielu, że kościół nie wymienia ich po imieniu, ale każdy z nas, ufając bożemu miłosierdziu może zobaczyć w tym tłumie ludzi, których zna. Wracając do słów, zacytowanej na wstępie piosenki możemy powiedzieć, że święci swoją nadzieję złączyli z Chrystusem i dzięki temu stał się cud zbawienia, Chrystus uczynił „realnym krok w chmurach”, inaczej realny krok w chwale niebieskiej. Nie dokonałby się ten cud, gdybyśmy, jak mówi wspomniana piosenka „naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłości”. Nie stanie się cud zbawienia, jeśli nie odpowiemy miłością na miłość Chrystusa, a jest to miłość nie znająca granic. Na tej drodze ciągle powiększa się „wielki tłum”, o którym pisze św. Jan. A my żywimy nadzieję, że kiedyś dołączymy do tej ogromnej rzeszy zbawionych.

Chrystus w dzisiejszej Ewangelii wskazuje nam drogę do nieba, jest to droga błogosławieństw. Błogosławieni, inaczej szczęśliwi, zbawieni, którzy swoją nadzieję bardziej pokładają w Bogu niż w bogactwach. Błogosławieni, którzy smucą się widząc cierpiących i okazując im zrozumienie, uprzejmość, współczucie i pomoc. Błogosławieni, którzy nie krzykiem, ale delikatnością i życzliwością zdobywają ludzkie serca. Błogosławieni, którzy pragną, aby boża sprawiedliwość kształtowała nasze życie i życie ludzkiej społeczności. Błogosławieni, którzy dają szansę nawrócenia grzesznikowi przez wybaczenie. Błogosławieni, którzy dbają o czyste serce, bo z czystego serca wszystko co wypływa jest czyste, jak woda z górskiego źródła. Błogosławieni, którzy łagodzą spory, szukają porozumienia między ludźmi, przyjmują obcych, traktują wszystkich jak braci. Błogosławieni, którzy za cenę cierpień i prześladowań idą za Chrystusem. Idąc tą drogą może sie okazać, że któregoś dnia papież uroczyście ogłosi całemu światu nasze imię, uznając, że jesteśmy święci, że obrazy z naszą podobizną pewnego dnia znajdą się na ścianach kościołów, że wierni publicznie będą wzywać naszego imienia, abyśmy wstawiali się za nim przed Bogiem, że nasze ciało rozbiorą na relikwie. Ale to wcale nie jest takie ważne, najważniejsza będzie nasza obecność w nieprzeliczonym gronie zbawionych. Będziemy wtedy spoglądać na ziemskie procesy beatyfikacyjne i kanonizacyjne może z uśmiechem rozbawienia, ale bez zazdrości. Może obok nas będzie stał kanonizowany i będzie mówił: „Co oni tam ze mną wyprawiają”.

Prawdopodobnie z punktu widzenia „tłumu świętych” ziemskie wyniesienia na ołtarze nie mają większego znaczenia, ważne są dla nas żyjących na ziemi. Kościół wskazuje nam ludzi, którzy szli za Chrystusem i doszli do świętości. Obrzęd beatyfikacji, czy kanonizacja daje nam taką pewność. Możemy ich prosić o wstawiennictwo za nami u Boga. Oczywiście najważniejsze są ślady Chrystusa prowadzące do świętości, ale święci są dla nas wzorem, jak w różnych okolicznościach i stanach możemy pewnie kroczyć drogą świętości.
m

Niedzielne rozważania w wersji audio znajdują się na stronie www.ryszardkoper.pl w sekcji Audio-Video