Piszę jedną ręką, drugą ugniatam ciasto na pierniki. Trzecią oplatam drzewko sznurkiem lampek. I odpisuję na e-maile, które namnażają się niczym komórki w organizmie. Trwa elektroniczna mitoza. Sprawy pilne przyrastają w tempie zatrważającym. Wszystko ma być teraz, zaraz, już. Bo koniec roku. I żeby zdążyć przed pierwszą gwiazdką. A potem rozsiąść się wygodnie przy wigilijnym stole i przez chwilę niczego nie musieć. Poluzować obrożę. Być. Ale zanim nastąpi błogie taplanie się po uszka w barszczu i dłubanie ością w zębach, trzeba poddać się świątecznej gorączce, pozwolić by strawiła każdą wolną chwilę. Nie ma sensu walczyć. Odkładać na później. Uchylać się od powszechnego obowiązku bycia nieco zestresowanym. I nieco przemęczonym. Niezałatwione sprawy dopadną nas prędzej czy później. Niech więc was łapka boska broni!- jak żartuje koleżanka, której córka przygotowując się do przyjęcia sakramentu I komunii świętej, ze śmiertelną powagą wygłosiła zdanie: „łapka boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna”, a na końcu modlitwy dodała: „i módl się za nami grzecznymi”. Amen.

Może dlatego śni mi się ustna matura z historii. Profesor z brodą i stół przykryty zielonym suknem. I że mam zdawać jeszcze raz egzamin. Choć już dawno skończyłam studia. Mogę pokazać dyplom- krzyczę przez sen. Ale to na nic. Komisja już czeka. Losuję pytania. I znowu tam jestem. W szkolnej bibliotece. W maju 1996 roku. Mam zaciśnięte piąstki. I wnętrzności powiązane w supełek. A przed oczami zmiętą kartkę, z niekończącą się listą dat, których nie pamiętam, które zapomniałam od razu po wejściu na salę, a które będą mi się śniły jeszcze dwadzieścia lat później. A może i do końca życia. Dziwne, jak obca wydaje mi się tamta scena. Tamta ja. Słoje odkładane w drewnie pamięci. Z których można czytać. Albo wróżyć. Życie, które się po drodze wydarzyło. Komuś innemu. Ale strach jest ten sam. Obezwładniający.

Zamierzchłe czasy- mówi znajoma – opowiadając o studenckich wypadach w góry. I romansach z kolegami z roku. Jeden z nich jest dzisiaj wysoko postawionym politykiem. Co dowodzi niezmiennie zaskakującej tezie, że twarze z gadającego pudełka mają jakieś inne wcielenia. Pozatelewizyjne. Trudno to sobie wyobrazić. Na przykład taki Roman Giertych. W kapciach. Z dziećmi. W zalotach. Przy wigilijnym stole. Abstrakcja. Na jednym ze zdjęć Wesoły Romek przypomina Oskara Wilde’a w młodości. Niestety, oprócz wydatnej szczęki nic obu panów nie łączy. Pierwszy jest politykiem. Drugi był poetą. Chyba nie ma dwóch diametralnie różnych profesji. A może odwrotnie? Jerzy Stuhr, aktor, przyznał ostatnio w wywiadzie, że „ma tę broń”. Wie jak przemawiać do tłumu i przy odrobinie chęci mógłby zostać prezydentem. Jak człowiek wierzy w siebie, to cała reszta to betka, nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać – śpiewał przed laty. Bo śpiewać każdy może. Trochę lepiej lub trochę gorzej. Ale nie o to chodzi jak co komu wychodzi. Podobnie z rządzeniem.

Ale nie idźmy tą drogą. Nie ma nic bardziej szkodliwego, niż rozmowy o polityce przy wigilijnym stole. Lub przy jakimkolwiek stole. Lub gdziekolwiek. Znajomy przed Świętem Dziękczynienia wysłał do zaproszonych gości umowę, którą każdy musiał podpisać, zanim usiadł do wspólnej konsumpcji indyka. Znalazła się tam lista zakazanych tematów, a także zobowiązanie, by na czas wieczerzy pozbyć się telefonów. Wyłączone urządzenia znalazły się w koszu, poza zasięgiem biesiadników i – przynajmniej tak to sobie wyobrażam – wieczór musiał należeć do niezwykle udanych. Piękna idea. Warto wcielić ją w życie przy najbliższej okazji.

Szczęśliwie podczas spotkań Ridgewoodteki takie zabiegi nie są potrzebne. Nigdy nie brakuje tematów do rozmów. Może tylko czasu, by omówić wszystkie propozycje, przeczytać ulubione fragmenty. Chciałoby się polecieć Bareją: sensowna rozmowa w naszym klubie to norma. Również podczas nieformalnych okazji, jak chociażby ridgewoodtekowej imprezy opłatkowej, gdzie zamiast pierogów były dietetyczne sałatki z quinoa, rockowe ballady zastąpiły tradycyjne kolędy, ale nastrój serdecznej bliskości pozostał ten sam. I tylko to się liczy. Poczucie wspólnoty. I radość z obcowania. Ze sobą. I słowem. Które mieszka między nami.