W tym kraju ludzie nie cenią sobie poranka. Budzą się gwałtownie na dzwonek budzika, który druzgoce ich sen jak cios siekiery, i od razu stają się niewolnikami żałosnego pośpiechu. Niech mi pan powie, cóż może być wart dzień, który zaczyna się od takiego aktu przemocy? Co musi dziać się z ludźmi, którzy co dzień za pośrednictwem budzika doznają miniaturowego elektrowstrząsu? Każdego dnia przyzwyczaja się ich do przemocy, każdego dnia oducza się ich od rozkoszy. Proszę mi wierzyć, że o charakterze ludzi decydują ich poranki.*
Sobota. Za wcześnie. Za krótki sen. Za płytki. Wygrzebuję się na powierzchnię świadomości. Z trudem. Mechaniczne wykonywanie porannych czynności. Ktoś policzył, że mężczyznom wystarczy kilka prostych gestów i są gotowi do wyjścia. Kobiety muszą się bardziej wysilić. Namalować sobie twarz. Zanim pokażą ją światu. Rozłożyć pędzle do makijażu, tubki ze sztuczną skórą, palety cieni do powiek. I codziennie wymyślać siebie od nowa. Gapiąc się w lusterko. Tadeusz Konwicki pisał, że zanim zaczął się golić, nie wiedział, jak wygląda. Za jego czasów mężczyźni nie zajmowali się sobą. Nie poświęcali specjalnej uwagi fizys. Nie kontemplowali odbicia w szybie. Bo nie było to w dobrym tonie. Dzisiaj jest inaczej. Lepiej? I tak. I nie. Granica między niechlujstwem, a metroseksualnym narcyzmem jest cienka. „Prawdziwy mężczyzna” cuchnący potem, z krzaczastymi „breżniewami”, włosami w nosie i łupieżem na nieświeżym kołnierzyku jest jednak bardziej odpychający, niż przesadnie wyglancowany goguś. Jednak nadmierna adoracja ciała czyni mężczyznę zbyt kobiecym. Jak znaleźć złoty środek?- zastanawiam się. Ale tylko przez chwilę. Bo zupełnie mnie to nie zajmuje. Roztrząsanie odwiecznych dylematów – gdzie ci mężczyźni. Prawdziwi tacy. Rozumni, dojrzali, silni. I dlaczego piękne i mądre kobiety popadają w związki z abnegatami, nieudacznikami, niedorośniętymi chłopcami z depresją, apatycznymi frustratami albo wojującymi, zakompleksionymi osiłkami? Rodzą im dzieci. I cierpią. I się wstydzą. Uciekają z domów szukając kobiecego towarzystwa. Bo partnerzy życiowi wolą czas spędzać inaczej. Samotnie. Z maczugą piwa w ręce. W jaskini oświetlanej ekranem – jak pisała Gretkowska. Która w ostatniej powieści dokonuje rzezi na własnym związku. Z psychoterapeutą. Długo szczęśliwym, ale wystawionym na próbę. Tak przynajmniej opowiadają w wywiadach. Ona i on. Współautorzy autoterapii, którą – udolnie lub nie – próbują zamienić w literaturę. Nie bardzo mnie to interesuje. O mężczyznach nie mam dobrego zdania. Rozczarowują mnie. I nudzą. Z jednym wyjątkiem. Z którym żyję. Od dwudziestu lat.
Kobiety są dalece bardziej zajmujące. Spotykam je wszędzie. Na wystawach, koncertach, spektaklach. To one organizują życie kulturalne. Aktywizują. Animują. Inspirują. Mężczyźni, jeśli są, to z konieczności zawodowej. Lub do towarzystwa. Polska jest kobietą – przypomniał znajomy. Polonia takoż.
Leżę w łóżku z Twardochem. Patrzy przenikliwie z okładki. Czarno-białe zdjęcie wychudzonej twarzy. Wygląda jak bohater własnej powieści. Konstanty Willemann z „Morfiny”. Przystojny. Surowy. Ale trochę dandys. Dziennik pisarza ze Śląska nie zebrał dobrych recenzji. Że za wcześnie. Że zbyt powierzchownie. Że na siłę. Na fali sukcesu. Żeby wydać. Żeby zarobić. Może. Jeszcze nie wiem. Jeszcze za wcześnie. Na razie tylko kilka stron. Na razie Szczepan Twardoch patrzy. Leży w pościeli. Podgląda.
Kilka dni temu skończyłam jego ostatnią powieść zatytułowaną „Drach”. Choć miałam odrobić zadanie domowe i przeczytać kryminał. Bo o tym będziemy rozmawiać na Ridgewoodtece. Ale znudziły mnie gangsterskie wątki. Profilerka – alkoholiczka, porachunki mafii, nocne kluby we współczesnym Trójmieście. Wolałam taplać się w okopowym błocie I wojny światowej. Błądzić w tunelach kopalni. Śledzić losy Josefa Magnora, Nikodema Gemandera i innych mężczyzn o obco brzmiących nazwiskach i poplątanej historii. Znowu dałam się uwieść. Opowieści „krwawej, miłosnej, pierwotnej i totalnej”. Jak napisano na okładce. Rytmowi twardochowej narracji, powtarzanym zdaniom, które brzmią jak uderzenia albo wystrzały. Autor pisze o mężczyznach Górnego Śląska. Świecie, którego już nie ma, a za którym węszę w jego dziennikach. Dlatego kupiłam „Wieloryby i ćmy”. Żeby sprawdzić kim jest Twardoch w czasie wolnym. Co zajmuje jego myśli. Do jakich autorów sięga. Jakie pije wino. Jak mówi o kobiecie, dziecku, domu. I czy jest choć trochę podobny do swoich bohaterów. Którzy zasiedlają wyobraźnię współczesnych kobiet. Nie tylko samotnych.

 

* Ps. Po napisaniu felietonu, późno w noc, na 62. stronie dziennika znajduję takie zdanie: „Wolę więc pisać, po prostu: dla czytelniczek, jeśli są jeszcze w tej zombie-apokalipsie jakieś żywe czytelniczki, i dlatego wstaję czarnym świtem, żeby ukraść wieczory ich mężom, narzeczonym i konkubentom, żeby wleźć do ich sypialń i leżeć na ich nocnych stolikach”. Odkładam książkę. Gaszę światło. Słyszę ciche pohukiwania Dracha.

 

* – Milan Kundera

*Milan Kundera

 

Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com