Pada deszcz i kwitną drzewa. Koniec grudnia. Globalne ocieplenie. Spod zeschniętych liści wychynają zielone pędy krokusów. Cztery pory roku na jednym obrazku. W ogrodzie botanicznym schyłkowo. Krajobraz pociągnięty czarną kreską. Kontury drzew. Ptaki. Głodne karpie otwierają szeroko pyszczki. Karmimy je resztkami z wigilijnego stołu. Mamy pełne kieszenie pierników przeszmuglowanych nielegalnie na teren parku. I włoskiej czekolady. Ryby o tym wiedzą. I podpływają blisko. Szara czapla siedzi na czubku drzewa. Nieruchoma. Jak z japońskiej akwarelki. Nic tylko napisać haiku. Zanim 2015 popełni harakiri. Mogłoby się zaczynać kontemplacją mętnych wód sadzawki. Kropel na sosnowych igłach. Zapachu, który opada mżawką na nieosłonięte od wiatru twarze. Zamiast tego milczymy. O trybunale konstytucyjnym. I podwyżce czynszu. Zmianach czających się za rogiem. I że znowu trzeba będzie zaczynać od nowa. Doczesne problemy nie mają tu dostępu. Polska nie ma tu dostępu. Ostatnie zdanie pożyczyłam od poety. Przyniosłam ze sobą. Za bramę. Te kilka wersów robi mi za soundtrack. Ścieżkę dźwiękową do spaceru w japońskim ogrodzie. Wczesnym popołudniem. Wczesną zimą, która przebiera się za wiosnę. Jak drag queen. Maluje usta na różowo, ale nie daje rady usunąć ciemnego zarostu. Bo natury nie można (?) oszukać. Jeszcze przyjdzie pora sinych poranków, skarłowaciałych drzew, oddechów sztywnych od mrozu. Tymczasem zen.

 
Ale wcześniej – jak sugerują media – trzeba podsumować. Podliczyć mijające dwanaście miesięcy. I wydać wyrok. Czy to był dobry rok? le postawione pytanie. Dla wielu fakt, że się w ogóle zdarzył może być rozpatrywany w kategorii cudów. Był. Więc był dobry. Ale nie każdy doświadczył katharsis, wzniósł się na wyżyny samoświadomości i oglądał mijające chwile w uniesieniu przebudzonego, co to nagle zrozumiał, że tylko tu i teraz. I że jeśli życie ma sens to tylko taki, jaki mu sami nadamy. Reszta musi skrupulatnie wypełnić rubryczki. Za. Przeciw. Plusy dodatnie. I plusy ujemne – jak mawiał klasyk. Co się udało. A co nie. I szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego tych „nie” z każdym rokiem przybywa. I nie znajdować. A jeśli już, to jedynie wymówki. Którymi piekło lenistwa, niemożności i nieudolności wybrukowane. Ale czy trzeba koniecznie i nieodwołalnie osiągać, zdobywać, realizować? Przecież ważna jest droga. Nie cel. Przekonują, zredukowani do kilku aforyzmów, fejsbukowi mędrcy. I jeśli przedrzeć się przez zasłony banału i filozoficznego bełkotu, może mają rację.

 
A może nie. Może lepiej powąchać gałąź. Gapić się w zmurszałą korę. Deptać koniczynę. Poczytać przed snem listy Poświatowskiej. I wzruszyć losem pięknej poetki. Co miała chore serce. I umarła zbyt wcześnie. Spojrzeć na Miasto jej oczami: „takie ogromne, hałaśliwe, świecące, z takim blichtrem, z taką tkaniną żywego mięsa, unerwione, z mnóstwem ciemnych żył, wypełnionych krwią, żywe, okrutne”. Pomyśleć, że nic od tamtego czasu się nie zmieniło. I nic się nie zmieni. Miasto będzie żyć. Długo po nas. Rozrastać się. Stawać na palcach. Zaglądać pod niebieską podszewkę. Doraźne frustracje, wkurwienia i olśnienia nie mają żadnego sensu. Jesteśmy jak kurz na makiecie. Główka od szpilki imitująca jedno ludzkie życie.

 

I kiedy nocą siadam przy kuchennym stole,
i kiedy śnię i nie śpię, kiedy jawię się sobie
jako płaska sylwetka jednowymiarowa,
i kiedy ty śpisz i śnisz, ćma o szybę skrobie
skrzydłami, kiedy jeszcze daleko od zgiełku,
to jeszcze Polska
nie ma tu dostępu. *

 
* Marcin Świetlicki, Polska 6, z tomiku „Delta Dietla”, 2015.

 
Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com