Irytuje mnie nasz wybiórczy stosunek do obecnych Niemiec. Owszem, musimy patrzeć im na ręce i zaglądać głęboko w ich prawdziwe intencje, ale analizujmy czasem, dlaczego to oni są potęgą w świecie a nie my. W końcu przegrały wojnę sromotnie i tak jak my były obrócone w perzynę, tyle że z własnej winy. Analizujmy też czasem, dlaczego to do nich kierują się w pierwszej kolejności uciekinierzy z całego świata i dlaczego to do nich wyjeżdża dobrowolnie aż tak wielu Polaków. Plan Marshalla, z którego po wojnie skorzystały Niemcy Zachodnie, nie tłumaczy wszystkiego. Warto również przypomnieć, że Niemcy Wschodnie, które z tego Planu nie mogły skorzystać, były jednak pierwszą gospodarką za żelazną kurtyną. Nieporównanie mniejszą niż gospodarki zachodnie, ale jednak pierwszą w komunistycznym obozie, choć w pełni pod sowieckim nadzorem. Mamy do Niemiec historyczne urazy, których nie da się zaleczyć nawet w drugim pokoleniu, ale to nie powód, byśmy nie przypatrywali się ich sukcesom w bardzo wielu dziedzinach, nie wyłączając sportu i nie wyciągali z nich odpowiednich wniosków dla siebie. Może w końcu powinniśmy sobie szczerze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to właśnie oni przodują. I w rezultacie wpłacają najwięcej pieniędzy do kasy Unii Europejskiej, bacząc uważnie, co się z nimi dalej dzieje. Nierzadko mówimy, że Niemcy są butni i nieprzyjaźni dla nas Polaków, ale jakoś niewielu z nas wraca z Niemiec do Polski na stałe. Nie uciekają z nich także imigranci z innych krajów. Poza ogólnikami i stereotypami, nie ma w naszych mediach rzetelnych obrazów Niemiec, począwszy od gospodarki a skończywszy na kulturze. Nie umiemy zobaczyć tego kraju bez obciążenia li tylko polskim punktem widzenia, badającym nieustannie ich stosunek do nas i nasz do nich. Jest to w pełni zrozumiałe, ale jednak dalece nie wystarczające i prowadzące w konsekwencji do fałszywego obrazu, także w polityce. Bojkot produktów niemieckich, do którego wzywała niedawno posłanka PiSu Krystyna Pawłowicz jest najlepszym tego przykładem. Znamienne jest przy tym, że nikt nie zganił tej czołowej „intelektualistki” partii rządzącej i nie zapytał: a co będzie, jeśli Niemcy odpowiedzą bojkotem produktów polskich? Jasne jest, że Niemcy chcą Polsce wtrynić część swoich uciekinierów z krajów arabskich i Afryki, jasne jest, że chcą mieć jak najlepsze relacje ekonomiczne z Rosją, nie jasne jest natomiast, dlaczego my nie staramy się być wobec nich konkurencyjni. Czyżbyśmy aż dalece w siebie nie wierzyli? Czyżbyśmy zakładali z góry, iż przegramy? Może zacznijmy w końcu patentować nasze wynalazki szybciej niż oni swoje, może zacznijmy w końcu wdrażać je w życie. Może postawmy na rozwój rodzimych technologii i róbmy wszystko, by wyprzedzać ich technologie. Przecież uzdolnionych i innowacyjnie myślących ludzi Polsce nie brakuje. Brakuje natomiast mechanizmów, które by im dopomagały, lansowały i realizowały ich odkrycia. Mechanizmy takie mają właśnie Niemcy. Zatem może by tak skorzystać z ich doświadczeń w tej mierze lub pójść na technologiczną z nimi współpracę? Nie od rzeczy będzie przypomnienie, że w przeszłości dobre rezultaty przyniosła konkurencja polsko-niemiecka na ziemiach polskich zagarniętych przez Prusy. Jej owoce widać do dziś na Pomorzu Gdańskim, w Wielkopolsce i na Górnym Śląsku.

 
Nie bądźmy zadufani w siebie, uczmy się od innych tego, co zapewniło im sukces. Nie poddawajmy się narcyzmowi narodowemu. Owszem, czcijmy i chwalmy naszych bohaterów i nasze sukcesy, ale analizujmy również nasze niedoróbki oraz przyczyny niepowodzeń i zapóźnień. Są one przede wszystkim w nas samych.

 
Od kilku lat systematycznie rośnie liczba działających w Niemczech zorganizowanych grup przestępczych zdominowanych przez Polaków – wynika z raportu o przestępczości zorganizowanej w 2014 r., który przedstawił szef MSW Niemiec Thomas de Maiziere. „W zeszłym roku niemiecka policja wykryła 44 zorganizowane grupy przestępcze, w których Polacy odgrywali kierowniczą rolę” – czytamy w raporcie przekazanym dziennikarzom na konferencji w Berlinie. Większość z tych grup specjalizowała się w przestępstwach przeciwko mieniu, głównie w kradzieżach samochodów. W dalszej kolejności znalazły się przestępstwa podatkowe i celne, a także handel narkotykami.

 
Nie podoba mi się ustawa podporządkowująca polskie media publiczne ministrowi skarbu, czyli pośrednio rządowi. W tej kwestii podzielam przekonanie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w 2008 roku powiedział – „Jeśli my wracamy do struktur, w ramach których rząd mianuje szefa telewizji i to ma być odpolitycznienie mediów, to mamy do czynienia z taką sytuacją, że jeżeli się ma odpowiednie poparcie w mediach, to można dosłownie wszystko. Można pokazywać czarną ścianę i mówić, że jest biała”.

 
Sprawiedliwość? Nie ma. Przekonuję się o tym raz po raz. Ale zawsze trzeba się o nią starać.

 
Rozczarowało mnie przedstawienie „Iwony księżniczki Burgunda” przygotowane przez Omara Sangare i prezentowane w nowojorskim Teatrze Row. Zamiast wieloznaczeniowej, przewrotnej i skrzącej się wyrafinowanym dowcipem komedii filozoficznej, dostaliśmy jej namiastkę. Jakby sam szkielet. Owszem, pokazana jest sytuacja nieokreślonej indywidualności w otoczeniu, które chce się jej pozbyć, owszem zaakcentowana została jej potrzeba miłości, ale przecież Gombrowiczowi nie tylko o to chodziło. Domniemuję, że młodzi aktorzy chętnie pokazaliby swoje możliwości bawiąc się formą kształtującą inną formę i wzajemnym stwarzaniem się, ale takich zadań nie dostali. W zamian mamy ładne układy ruchowe nawiązujące do choreografii Piny Bausch i eksponujące ową potrzebę miłości, ale to stanowczo za mało. Każda postać w „Iwonie” jest groteskowym majstersztykiem, każda scena daje możliwości do humorystycznych popisów oraz mnożenia absurdalnych sytuacji, niestety w tym przedstawieniu jest ich niewiele. A te, które widzimy są nader skromne. Siła dramatyczna Gombrowicza polega na skłanianiu do myślenia poprzez śmiech, którego w tym spektaklu jest niewiele. Niemniej Omarowi Sangare należy się podziękowanie za przypomnienie „Iwony”, której wystawienie, nawet szkieletowe, może zachęcić widzów do eksploracji samego utworu i sięgnięcia po inne dzieła tego niezwykłego pisarza.

 
Pijmy za ducha Gombrowicza, niechaj mądrości nam użycza!
Niechaj każda jego heca wciąż na nowo nas oświeca!
Czytaj Sienkiewicza i Rymkiewicza, ale ucz się od Gombrowicza!

 
Nie rozumiem zjawiska David Bowie. Zupełnie. Nie ja jeden, ale inni nie mają odwagi tego głośno powiedzieć.

 
Nie wykreślam zmarłych z kalendarza. Niech sobie w nim żyją, tak jak żyją w mojej pamięci. Niekiedy dopisuję ich adresy na cmentarzach. Kiedyś dobrze się w nekropoliach orientowałem, mogłem być nawet przewodnikiem, dzisiaj już muszę precyzyjnie zapisywać te ostateczne miejsca spoczynku.

 
Są miłości erotyczne, miłości intelektualne i miłości artystyczne. Czasem ulegam pierwszej, czasem drugiej a czasem trzeciej. Najsilniej kocham miłością pełną, która jest zarazem erotyczną, intelektualną i artystyczną. Niekiedy takie uczucie mnie obezwładnia bez reszty.