Nie mogę oderwać oczu od widoku za moimi oknami. Nie ja jeden. Roztaczająca się za nimi panorama środkowego Manhattanu jest żywym obrazem. A właściwie żywymi obrazami, albowiem światło, jakie na nią pada, zmienia się co kilka minut. Dosłownie. Słońce dokonuje na niej i w niej rzeczy wręcz cudownych, wydobywając coraz to inne barwy, kształty, blaski, półtony i cienie. Ono właśnie jest głównym malarzem tych obrazów. Raz ten Manhattan jest złoty, raz seledynowy, raz błękitny, raz beżowy. Bywa także różowy a nawet czerwony. Ba purpurowy! I to we wszystkich odcieniach tych kolorów! Nic, tylko malować albo fotografować. Poszybowałbym, gdybym miał skrzydła, a skoro nie mam, to patrzę przez te okna i patrzę. Najpierw na przejście nocy w poranek i poranka w dzień. A potem na złoto południa i barwy popołudniowe, a następnie na przejście dnia w zmierzch, zmierzchu w wieczór, wieczoru w noc. Mgły, szarawki, deszcze i burze zmieniają koloryt tej panoramy, czasem ją odrealniając. Codziennie widzę niby ten sam pejzaż, ale przecież nigdy nie jest on taki sam. Kiedy piszę te słowa po krótkim zmierzchu nastaje wieczór. Szybko. Szybciej niż w Polsce. W tej chwili niebo jest kobaltowe a budynki niemal czarne. Tylko Empire State Building jest już podświetlony kolorami flagi amerykańskiej. Łuski na szpicu Chryslera są jak zawsze złote, złota jest także piramida na dachu sądu przy Madison Avenue. Inne zwieńczenia wieżowców właśnie rozjarzają się wszystkimi barwami. W kamienicach na East Village zapalają się jedne światła po drugich. Snadź mieszkańcy wracają już do domów. Dalej jarzą się światła Midtown i wieżowców na Waterside. Za nimi migoce Queensboro Brigde. Co chwila w tych żywych obrazach coś się zmienia, nie mówiąc już o ruchu przechodniów i pojazdów. Mniej mnie bierze pejzaż z okien wychodzących ku Wschodniej Rzece, ale pływające po niej statki przykuwają uwagę. No i mosty – Williamsburg Brigde, Manhattan Brigde i Brooklyn Brigde. Skrzą się bajecznie w nocy. Ruch nigdy na nich nie zamiera. Kiedy jestem poza Nowym Jorkiem najbardziej mi brak właśnie widoków z tychże okien. Przyjaciele i znajomi przewidują, że brak mi go będzie, kiedy wrócę już na stałe do Polski. Nie mylą się.

 
Z wielką przyjemnością sięgam po raz kolejny po album Macieja Rydla „Dwór – polska tożsamość”, który nie- chcący wyłudziłem od pana Jana Sołowieja, mojego wieloletniego i wielce wnikliwego czytelnika. Jest to dzieło pod każdym względem wyjątkowe, także wśród najcenniejszych i najpiękniejszych publikacji o dworach i dworkach polskich. Wiem co piszę, albowiem mam ich wiele w swojej warszawskiej bibliotece, począwszy od wielotomowej i wiekopomnej monografii Romana Aftanazego. Książka Rydla jest przejrzystą historią polskich dworów od Średniowiecza do początków obecnego wieku. Autor w sposób zrozumiały dla każdego, przy pomocy świetnie dobranych przykładów i ilustracji, pokazuje jak średniowieczne siedziby rycerskie przekształcały się w szlacheckie i ziemiańskie rezydencje, których największy rozkwit nastąpił w XVIII i XIX wieku. Przedstawia historie dworów na wszystkich dawnych ziemiach polskich na tle epoki, przypominając jednocześnie historie ich właścicieli. Pokrótce Rydel przypomina również, jak kształtował się stan rycerski a później szlachecki. Pisze o siedzibach zamożnych, niekiedy wręcz pałacowych, ale także o tych, które niewiele różniły się od chłopskich chat. W centrum jego uwagi znajduje się architektura i funkcjonalność wybranych obiektów. Fascynuje go również sam fenomen dworu polskiego, który stał się poprzez wieki jednym z symboli polskości. Dwór bowiem był nie tylko domem, nie tylko centrum gospodarstwa ziemiańskiego, ale też swoistym mikroświatem, niekiedy bardzo frapującym i inspirującym, co wiemy z literatury i historii. W latach zaborów i w Dwudziestoleciu Międzywojennym a także podczas okupacji był zazwyczaj ostoją tejże polskości a nierzadko bywał schronieniem dla ukrywających się i potrzebujących pomocy. Komunizm skazał na zagładę dwór jako byt materialny i jako ów symbol. Przestał istnieć także cały świat dworski. Autor pisze nie tylko o samych siedzibach i ich wnętrzach, ale także detalach architektonicznych, nie wyłączając zabudowań gospodarczych i ogrodowych, jakże często pięknych. Jego album przenosi nas w światy już nie istniejące i rozbudza tęsknotę za nimi. Jeśli nawet nie za samymi dworami, to za idealnym domem, który byłby naszym indywidualnym światem. Atawistyczną tęsknotę za dworkiem odczuwam od dzieciństwa. Powojenne niedobitki dworskie zawsze przykuwały moją uwagę i rozpalały wyobraźnię. I te wiejskie i podmiejskie. Myślałem, że w Stanach zarobię pieniądze na dworek w ogrodzie, który po powrocie do ojczyzny będzie tyleż moim mikrokosmosem, co biblioteką i miejscem spotkań z ciekawymi ludźmi. Również miejscem wielodniowych sympozjonów a może i Dionizji. Ale gdzie tam! Zarobionych pieniędzy starczyło jedynie na skromne mieszkanie oraz na zrekonstruowanie i dopełnienie rozkradzionej biblioteki. Zamiast własnego dworku, oglądam dworki m.in. w tymże albumie Macieja Rydla. Ich widok raduje moje oczy i po dawnemu rozmarza. Byłoby cudownie zasiąść między kolumienkami na ganku przy samowarze i niczego już nie musieć, ino czytać, czytać, czytać… A wszystko zaczęło się od „Zaklętego dworu” – powieści Walerego Łozińskiego pochłoniętej w dzieciństwie.

 
W Trenton miałem okazję obserwować występy i zabawy zorganizowane przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Przybyło na nie ponad czterysta osób, w tym wiele rodzin z dziećmi. Podczas aukcji dzieł sztuki i biżuterii świetnie prowadzonej przez znanego kolekcjonera Ryszarda Drucha, mogłem zaobserwować hojność rodaków. Kolejne przedmioty szły jak woda. Niektórzy dawali więcej pieniędzy niż należało. Wszyscy byli uśmiechnięci, uprzejmi, pomocni i jakby uradowani, że są tu razem. To „razem” jest także bardzo istotną wartością imprez organizowanych m.in. przez Wielką Orkiestrę.

 
W tymże Trenton miałem spotkanie z publicznością poświęcone historii teatru polskiego. Zorganizował je wspomniany Ryszard Druch w swej urokliwej galerii sztuki. Okazją była miniona 250 rocznica powstania Teatru Narodowego. Słuchaczy miałem znakomitych, chłonących każde słowo i zadających ważne pytania. Uskrzydlali mnie. Wspominaliśmy wielkich aktorów i wielkie przedstawienia. Także telewizyjne. Mówiliśmy nie tylko o tym, co warto ocalić z przeszłości, ale także o pysze wielu obecnych twórców, którzy lansują głównie siebie. Często nie mają dostatecznej wiedzy i nie umieją wyartykułować czytelnego przesłania. Ważna jest kariera, szum wokół swojej osoby a nie głębia myśli. Jak bumerang powracała sprawa nieznajomości kanonu, pustki duchowej i braku autorytetów. Nie bardzo wiedzieliśmy jak temu zaradzić. Spotkanie miało trwać dwie godziny a trwało niemal cztery a pewnie ciągnęło się dalej już po moim odjeździe. Było jednym z moich najmilszych wieczorów w ostatnich latach. Lubię dzielić się swoimi przemyśleniami i tym, co uważam za wartościowe. Cieszę się, że zostałem do Trenton zaproszony do wygłoszenia następnego wykładu. Czuję się potrzebny.