W czasie spotkań świątecznych i noworocznych było miło, dopóki o polityce się nie mówiło. Bo kiedy się o niej mówiło, to już nie było miło. Polityczne podziały wszystko zdominowały. A potem nastąpiło sortowanie i wykluczanie. Nawet na dzieła artystyczne patrzy się jak na polityczne. Upolitycznione są także media i nauka, w których nikt już prawdy nie szuka. Prawda zaś musi być zawsze nasza a nigdy wasza. A ci, którzy naszej prawdy nie podzielają zwykłymi głupcami się nam wydają. Czyż nie?

 
Święta świętami, życzenia życzeniami i deklaracje deklaracjami a poziom nienawiści we wpisach w Internecie nie zmalał ani na jotę. Przeciwnie wzrósł niepomiernie. I wzrasta od wielu już lat. Przedwojenne polskie życie też było zatrute nienawiścią między dmowszczykami a piłsudczykami. Trwałą nienawiścią – trzeba dopowiedzieć. Kiedy podczas przygotowań do Traktatu Wersalskiego ważyły się losy Polski i jej granic, walka między tymi ugrupowaniami doszła do takiej patologii, że czasem mocarstwa zachodnie nie wiedziały, kto reprezentuje nowopowstającą Polskę w Paryżu – działający tam już przedtem Komitet Narodowy Polski pod przewodnictwem Romana Dmowskiego, czy delegacja przysłana na konferencję pokojową z Warszawy przez naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego. Obie zaś strony nie umiały ze sobą porozumieć, przeciwnie endecy pod wodzą Dmowskiego szkodzili delegacji Piłsudskiego jak tylko mogli. Żeby nie być gołosłownym przytoczę fragment listu Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego do naczelnika Piłsudskiego z dnia 3 lutego 1919 roku – „Komitet Narodowy Polski w ogóle prowadzi politykę w stosunku do Komendanta i do nas nielojalną. W prasie inspirowanej przez Komitet stale się lekceważy Komendanta, to także jest już bardzo jaskrawe i wyraźnie to widać w wydawnictwach Komitetu Narodowego, jak np. w tygodniku >Polak

 
Obawiam się, że wielce potrzebna książka Krzysztofa Kłopotowskiego „Geniusz Żydów na polski rozum” nie trafi jednak, nie tylko pod strzechy, ale i pod czaszki rodaków. Autor apeluje w niej, by zamiast patrzeć na Naród Wybrany z niechęcią i podejrzliwością (delikatnie rzecz ujmując) uczyć się od niego tego, co zapewniło mu wielkie znaczenie w świecie oraz w bardzo wielu dziedzinach nauki i kultury. Kłopotowski, unikając uogólnień, nie jest bezkrytyczny wobec Starszych Braci w Wierze, podziwia jednak ich wiele zalet, począwszy od kultu wiedzy i inteligencji oraz umiejętności korzystania z niej. W książce nie brak refleksji o trudnych relacjach między członkami Narodu Wybranego a gojami, ale nie brak w niej także podpowiedzi, jak można by się od niego pewnych rzeczy przyuczyć. W końcu to ten Naród stworzył najpotężniejsze lobby nie tylko w Ameryce. Autor dokonuje zestawienia naszych osiągnięć z osiągnięciami Żydów, pokazując czarno na białym rażącą różnicę na naszą niekorzyść. Robi to prowokacyjnie, byśmy w końcu, zamiast odrzucać a’priori dziedzictwo żydowskie, zaczęli je poznawać i widzieć w nim wartości, które i my możemy sobie przyswoić i które mogą się nam przydać. Jednak te właśnie prowokacyjne zestawienia, zamiast pogłębionego namysłu budzą nasz bunt. Bo przecież my też czujemy się Narodem Wybranym, bo przecież my także czujemy się narodem wielkim. A to, że nasze osiągnięcia w porównaniu w z osiągnięciami Żydów są więcej niż skromne, niczego przecież nie dowodzi. Tak właśnie myślimy, indywidualnie i zbiorowo, oburzając się, że ktoś sugeruje, iż jesteśmy gorsi. Jest to zgodne ze sposobem myślenia upowszechnianym przez media prawicowe i narodowe prowadzące nas w kierunku przesadnego narcyzmu narodowego. Jednakowoż luminarze takiej właśnie narracji historycznej, tacy, jak profesorowie: Andrzej Nowak, Andrzej Zybertowicz, czy Jan Żaryn rekomendują książkę Kłopotowskiego. Rekomenduje ją także antysalonowy prawicowiec i zarazem „nowoczesny endek” Rafał A. Ziemkiewicz. Zatem naprawdę warto po nią sięgnąć. Choćby tylko po to, by uwolnić nasze mózgownice od dawno nie weryfikowanych skamielin i spojrzeć na ważne dla nas zagadnienie z nowego punktu widzenia. Podczas lektury tej książki nawet najbardziej kontrowersyjne twierdzenia autora mogą jednak stać się zaczynem innego myślenia.

 
Jagoda Przybylak – nowojorska i zarazem polska nestorka fotografii artystycznej, po sukcesach poprzednich wystaw jej prac pokazywanych m.in. w Berlinie, Warszawie, Katowicach i Poznaniu, szykuje na wiosnę nową wystawę w stołecznej galerii „Propaganda”. Tym razem będzie to retrospektywa jej twórczości, począwszy od zdjęć czarno-białych. Najnowszy rozdział nawiązuje do etapu poprzedniego, w którym artystka ze zbiorowej fotografii amerykańskich żołnierzy powracających z I-ej Wojny Światowej, wyłuskała kilkadziesiąt twarzy, które pokazała w odpowiednim powiększeniu. Okazało się, że wyodrębnione ze zbiorowości stały się one zdumiewającym bytem indywidualnym. Podobnie będzie i teraz – ze zbiorowości oczekującej na otwarcie wystawy w „Zachęcie” wybiera pani Jagoda twarze, którym nadaje inny wymiar, także indywidualny. Jednocześnie widzimy je jako drobną część owej gęstej zbiorowości i jako świat sam w sobie. Przy czym artystka zmienia przestrzeń i koloryt, zarówno na fotografiach zbiorowych, jak i na indywidualnych oraz grupowych zbliżeniach, dzięki czemu stają się jakby inną rzeczywistością. Niby już czysto fotograficzną a jednocześnie przedziwnie żywą i bardzo ludzką. Poszczególne bowiem oblicza, nie tylko przykuwają uwagę, ale i pobudzają wyobraźnię. Jedną z inspiracji pani Jagody było spostrzeżenie Stanisława Dygata zapisane w „Jeziorze Bodeńskim” – „Naturalną tendencją społeczną człowieka jest chęć wyrwania się z tłumu ku niezależności, pojedynczej i indywidualnej. A życie coraz to chwyta go za nogi i wtapia w tłum spowrotem”.

 
Jagoda Przybylak – „Lubię obserwować ludzkie skupiska; jest to ciekawe, ale ulotne. Oto są, ale już ich nie ma. Dzięki fotografii można zatrzymać czas. Próbuję dotrzeć do zebranych, zbliżyć się do nich wszystkich i każdego z osobna, żeby zaistnieli od nowa”.

 
„Kartki z przemijania” i wspomnienia pomieszczone w „Mieszkańcach mojej pamięci” oraz „Oknach pełnych nadziei” są również próbą zatrzymania czasu a czasem nawet jego wskrzeszenia, choćby na chwilę. Pani Jagoda czyni to swoiście przetwarzając wywołane zdjęcia, ja zaś swoiście mitologizując zapisywaną rzeczywistość.

 
Czas ma zawsze czas, ja nie.