Wtorek
Przypomniał mi się herbertowski wiersz „Dlaczego klasycy”. Zawsze wart czytania, zwłaszcza w dzisiejszych czasach zalewu potokami banałów słów i obrazów. W księdze czwartej Wojny Peloponeskiej Tukidydes opowiada dzieje swej nieudanej wyprawy

 
1
pośród długich mów wodzów
bitew oblężeń zarazy
gęstej sieci intryg
dyplomatycznych zabiegów
epizod ten jest jak szpilka
w lesie
kolonia ateńska Amfipolis
wpadła w ręce Brazydasa
ponieważ Tukidydes spóźnił się
z odsieczą
zapłacił za to rodzinnemu miastu
dozgonnym wygnaniem
exulowie wszystkich czasów
wiedzą jaka to cena
2
generałowie ostatnich wojen
jeśli zdarzy się podobna afera
skomlą na kolanach przed
potomnością
zachwalają swoje bohaterstwo
i niewinność
oskarżają podwładnych
zawistnych kolegów
nieprzyjazne wiatry
Tucydydes mówi tylko
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko
3
jeśli tematem sztuki
będzie dzbanek rozbity
mała rozbita dusza
z wielkim żalem nad sobą
to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety

 

 

Środa
Korek. Stoimy. Piętnaście minut, pół godziny, czterdzieści pięć minut. Toczymy się kilkadziesiąt sekund i znowu. Dwa zapchane pasy, „pędzimy” w rytm świateł. Ani w bok, ani w tył, pozostaje toczenie się do przodu. Z tyłu, za każdą zmianą świateł, ktoś trąbi. Tak, jakby cokolwiek mogło to zmienić…
W telewizorze mądre głowy prawią o gospodarce. Że giełda leci, ża na całym świecie spowolnienie, że generalnie źle się dzieje odmieniane na sto i jeden sposobów. Co robić? Za bardzo nie wiadomo, czekać trzeba, bo przecież spowalnia cały świat – w Chinach popyt spada, w Europie słabo, no i w Stanach krucho… Słowem? Pożyjemy, zobaczymy.

 
Co łączy te dwie pozornie nie związane ze sobą sprawy? Ano głośne zajmowanie się sprawami, na które nie mamy wpływu. Szkoda czasu, ale kto tego nie robi? Ile kwadransów codziennie marnujemy na rozmyślania o sprawach, którymi nie powinniśmy się zajmować i jeszcze głośno o tym krzyczymy? Gdy zamknie się Księga naszego życia, zobaczymy jak wiele czasu zmarnowaliśmy…

 

 

Czwartek
Unia Europejska postanowiła pogrozić paluszkiem Polsce. Oczywiście wszystko w imię „demokracji i praworządności”. Taaaak, oczywiście. Polska wyrasta coraz bardziej na asertywnego gracza w UE, więc rządząca niemiecko-brukselska biurokracja musi zareagować. Zanim nie będzie za późno, jak w przypadku Węgier pod wodzą Victora Orbana. Nie daj Boże przecież, jeśli powstanie jakiś wspólny blok środkowoeuropejski blok – oparty na sceptycznych wobec eurobiurokracji Polsce i Węgrzech – a kłopoty dla status quo mogą się spiętrzyć.

 
To zrozumiałe. Unia Europejska to nie żaden idealistyczny twór, ale raczej zinstytucjonalizowany sposób na zgranie interesów narodowych poszczególnych członków. Z racji siły gospodarczej i politycznej dominują w niej Niemcy, które zrobią wszystko, aby rzeczy szły po ich myśli. Zmiana status quo – całkowitego podprządkowania – pomiędzy Odrą a Bugiem, narusza ich interesy, stąd odpowiednia reakcja: zapowiedź „nadzoru” nad nowym polskim rządem itp. Słowem, „strachy na Lachy”, próba zmiękczenia rządu PiS, zanim zacznie podejmować decyzje o dalekosiężnych skutkach.
To wiemy. Na ciekawszy wątek zwraca uwagę Michał Karnowski, twórca portalu wPolityce. pl. Pisze tak: „ludzie obeznani w Unii nieoficjalnie twierdzą, że to właśnie Tusk i Bieńkowska stoją za całą tą akcją. Oficjalnie stonowani, w rzeczywistości gdzie mogą i jak mogą podkręcają, napędzają, domagają się sankcji. Im bardziej sypie się pomysł na rewoltę w kraju, im bardziej kompromituje się KOD i słabną histeryczne reakcje, tym większa presja budowana jest z zagranicy. Cel jest jeden: usunąć nową władzę, przywrócić status quo sprzed 2015 r. Nawet nie ukrywają, że o to, a nie o żadną demokrację, chodzi.” O la, la, mocno. Ale chyba nie daleko od prawdy. Ostatecznie status quo pomiędzy Odrą a Bugiem gwarantował układ Tuska – czyli cała ta siatka powiązań, wzajemnych interesów i robienia sobie dobrze. Teraz, zaledwie dwa miesiące po objęciu rządów przez partię Jarosława Kaczyńskiego, układzik złożył się niczym domek z kart. Nic dziwnego, że twórcą i beneficjentom usunęła się spod nóg ziemia.
Dalej pisze Karnowski: „Dlatego gdy wreszcie w naszej medialnej przestrzeni można jako tako oddychać, oni wołają o zagrożeniu wolności słowa. Gdy demokracja naprawdę wygrała, gdy ludzie wybrali nowy rząd wbrew wszystkim mediom i wszystkim instytucjom, pomimo inwigilacji dziennikarzy i fałszerstw wyborczych, to oni krzyczą o jej zagrożeniu. A kiedy naprawdę rusza próba odbudowy państwa w duchu prawdziwych, odwiecznych wartości europejskich, to wyzywają nas od putinistów. Wszystkiemu klaszczą współcześni targowiczanie, skompromitowani ośmioma latami rządów, odrzuceni przez Polaków, otwarcie skomlący o zagraniczne wsparcie. Niedobrze się człowiekowi robi gdy na to wszystko i na te zatroskane twarze patrzy.” Zgoda, może minus „targowiczanie”, bo łatwiej dojść do prawdy analizując motywy i interesy niż chować się za inwektywami.

 
Co zatem robić? – pyta Karnowski i od razu odpowiada sobie: „robić swoje. TAM – zanudzić nawet Unię naszymi wyjaśnieniami, podjąć dużą ofensywę dyplomatyczną i informacyjną. Opowiedzieć raportami, danymi i przykładami o tym, co naprawdę działo się w Polsce za poprzednich rządów, jak dławiono wolność słowa, wolność badań naukowych i wolność gospodarczą. Pokazać, że to, co robi nowy rząd, jest próbą uzdrowienia. I TUTAJ – nie dać się zafiksować na fobiach unijnych biurokratów bez mandatu demokratycznego, polityków skompromitowanych ostatnio po raz kolejny haniebnym milczeniem wobec imigranckich gwałtów i ataków na bezbronne dziewczyny. Paradoksalnie, te procedury są uruchamiane, bo tu w Polsce idzie zaskakująco dobrze, a opór patologicznego systemu jest konsekwentnie przełamywany. To dobry kierunek.” Zgoda, panie redaktorze, zacisnąć pasy i tak trzymać.