21 stycznia, późnym rankiem, otoczony opieką i troską, po bardzo długiej i ciężkiej chorobie, zmarł w Warszawie Bogusław Kaczyński. „Skomplikowany udar, potem długa rehabilitacja, następny udar, liczne powikłania, heroiczna walka z kolejną chorobą… Był to dla niego czas cierpień i walki z wieloma przeciwnościami, próba charakteru, którą przeszedł z zadziwiającym sukcesem”- pisze o zmarłym przyjacielu Sławomir Pietras. Choć Kaczyński nie był kompozytorem, dyrygentem czy śpiewakiem, odegrał kluczową rolę w sztuce operowej w Polsce. Już na studiach pisał artykuły, recenzje, eseje. Prowadził audycje radiowe. W telewizji zadebiutował programem „Operowe qui pro quo”, szybko stając się autorytetem, źródłem wiedzy, kopalnią anegdot- jednym słowem – wyrocznią dla milionów telewidzów w dziedzinie sztuki operowej i baletu. Był laureatem wielu nagród, autorem książek, niestrudzonym propagatorem muzyki poważnej. Mimo złego stanu zdrowia nie przestawał pracować. Zapytany, czy udar mózgu nie zmusił go do zmiany stylu życia, odpowiedział: „Obiecywałem sobie, że będę prowadził życie pięknoducha i lenia. Ale praca zwyciężyła”- deklarował Kaczyński, będąc jeszcze w szpitalu. „Jestem wyznawcą Konfucjusza, który mówił, że jeśli będziesz robił to, co lubisz, nigdy nie będziesz pracował. Czyli ja tak naprawdę nie pracuję”- dodawał ze śmiechem, w jednym z ostatnich wywiadów. Fizyczna słabość nie była przeszkodą by pisać kolejne książki (dyktował asystentce) i planować koncerty. Nie była też powodem do wstydu: „Byłem kiedyś na koncercie w Nowym Jorku, który prowadził Peter Ustinov”- opowiadał dziennikarzowi. „Wjechał na scenę na wózku i z niego prowadził koncert. Był to najpiękniejszy z koncertów, jakie przeżyłem. Powiedziałem sobie wtedy, że wózek nie przeszkadza w niczym. Liczy się powaga, wiedza i osobowość człowieka”. I klasa – której od Bogusława Kaczyńskiego wielu współczesnych dziennikarzy i celebrytów – może, i powinno się, uczyć.

 

 
Coraz mniej autorytetów, również w świecie sztuki. Odchodzą wybitne osobowości, a na ich miejsce nie pojawiają się, niestety, nowe. W tym roku mija 20 lat od przyznania Literackiej Nagrody Nobla Wisławie Szymborskiej. Z tej okazji na rynek trafiają wspomnienia Michała Rusinka, zatytułowane „Nic zwyczajnego”. Wieloletni sekretarz poetki opowiada m.in. o „sztokholmskiej tragedii”- bo tak noblistka określała zamieszanie wywołane przyznaniem nagrody. Jedna z anegdot dotyczy pobytu Szymborskiej w Szwecji.”Poetka mieszkała na najwyższym piętrze luksusowego Grand Hotelu, w apartamencie jednak nie było czajnika. Teoretycznie zawsze można było zamówić herbatę, ale pani Wisława lubiła pić herbatę w środku nocy, a nie miała sumienia dzwonić wówczas po room service”- pisze Rusinek. „Wzięła więc zapobiegliwie termos. Chiński, w niby szkocką, żółtą kratę, lekko podrdzewiały. Brała go ze sobą do hotelowej restauracji i pod koniec kolacji prosiła o napełnienie go wrzątkiem. Nigdy nie zapomnę spojrzenia kelnera, kiedy go odnosił. Z pewnością widział w życiu sporo i miał świadomość, że pisarze to ekscentrycy. Ale takiego przedmiotu jak chiński termos w tak eleganckiej restauracji chyba jeszcze nigdy nie było. A z pewnością nie było w jego odzianych w białe rękawiczki rękach”.

 

 
„Czy rozważał pan kiedyś, by zamiast „Ojca chrzestnego” nakręcić „Matkę chrzestną” – zapytał dziennikarz Francisa Forda Coppolę. „Nie, ale zaskoczę pana- najważniejsze kwestie wypowiadane przez Dona Corleone autor powieści Mario Puzo usłyszał od swojej matki”- odpowiedział reżyser.

 

 
Joanna Moro – aktorka znana przede wszystkim z roli piosenkarki Anny German, postanowiła zostać morsem. „Odzawsze byłam ciekawa świata, chciałam próbować nowych rzeczy i nigdy nie zamykałam się, mówiąc kategorycznie nie”- deklarowała chwilę po zanurzeniu się w przeręblu. Jak podaje prasa: „aktorka zaprezentowała nie tylko swoją odwagę, ale również zgrabne ciało. Na tę okazję założyła kostium kąpielowy, który znakomicie podkreślał proporcje jej sylwetki”. Nie wiemy jednak czy był w kwiatki, czy w … moro.

 

 
A na koniec zła wiadomość dla fanów Woodego Allena. Nie dość, że reżyser zdecydował się nakręcić sześcioodcinkowy serial, to jeszcze – do jednej z głównych ról – zaangażował Miley Cyrus, byłą gwiazdkę filmów Disneya, obecnie skandalizującą piosenkarkę, która uwielbia obnażać, nie tylko ciało, ale przede wszystkim własne ubóstwo intelektualne. „Nigdy nie powinienem był w to wchodzić” – miał szczerze wyznać Woody Allen. „To był katastrofalny błąd”. Trudno się nie zgodzić.