Ostatnie dni spędzam w pomieszczeniach. Zamkniętych. Miasto zamarza. Kostnieje. Kurczy się z zimna. Jak kawałek mięsa, który rzucam kotce z okna. Różowy język próbuje ożywić kamień. Para bucha z wąsatego pyszczka. Na śniegu ślady miękkich łap. Jutro ma być wiosna. Dzisiaj jeszcze nie wychodzę. Przeczekuję.

 
Przypadkowo trafiam na wspomnienie. O szkole podstawowej. O karnawałowych balikach. O spódniczkach z koła i krokach „Lambady”, które ćwiczyłyśmy z koleżanką w przedpokoju. W słonecznym teledysku, który wtedy (początek lat 90-tych) na okrągło emitowała telewizja, odkrywam z niemałym zdziwieniem dużo skąpej bielizny i nagich pośladków. I myślę, że staliśmy się bardziej pruderyjni. Że dzisiejsza polska telewizja publiczna, telewizja narodowa, patriotyczna, misyjna i katolicka, nie odważyłaby się odsłaniać, promować młodocianej, międzykulturowej miłości, opalonego ciała, drinków z palemką. Z pewnością nie przed północą. Z pewnością nie w programach młodzieżowych. Zbliżenia na gładkie brzuchy tancerek i wysoko wycięte majtki zostałyby objęte cenzurą. A wtedy wszystko było możliwe. Dozwolone. I dostępne. Miałam dwanaście lat. Mama uszyła mi krótką spódniczkę i bluzeczkę przed pępek, z kolorową różą, której zazdrościły mi wszystkie koleżanki. Tańczyłam w parze z Krzysiem Jeske. Miał oliwkową skórę, czarne oczy i był obiektem pożądania większości dziewcząt z piątych klas. I szóstych. Na dużej przerwie wsunął mi do plecaka wyrwaną z zeszytu kartkę. Z ogromnym, czerwonym sercem i wyznaniem miłości wielkiej, szalonej i do grobowej deski. Bo tylko tak wtedy kochaliśmy. Na zabój. Na zawsze. Na cały tydzień. Do poniedziałku. Do ferii. Pamiętam, że przeczytałam ją na głos. W szatni, przed lekcją wf-u. Podeptałam uczucia Krzysia. Pozwoliłam, by śmiano się z zakochanego bez wzajemności. Byłam okrutna. Niedojrzała. I próżna. Dzisiaj mi wstyd. Dzisiaj żałuję za grzechy. Wtedy upajałam się chwilowym tryumfem. Krnąbrna i zuchwała. Na wszystko odpowiadałam wzruszeniem ramion. Szyderą. Kpiną. Ale pierwszą walentynkę przechowywałam długo. Być może ciągle gdzieś tam jest. W zakurzonym kartonie na szafie. Jak telegram z innego życia. Papierowy samolocik rzucony w poprzek czasu.

 
Na innej szafie, w innym mieszkaniu, spoczywa inny, być może równie zakurzony, karton. A w nim kilka tomów licealnych pamiętników. Nie zabrałam ich ze sobą w daleką podróż. W nowe życie. Traktując jak niepotrzebny balast. Pępowinę, którą muszę przegryźć. Jeśli chcę być szczęśliwa tutaj. Na obcej ziemi obiecanej. Coraz częściej o nich myślę. Spisanych drobnym druczkiem dniach z życia, które dzisiaj wydaje się prawie niemożliwe. Myślę o nich, jak o największym skarbie. Osobliwym wianie. Jedynym majątku, który ukryłam w bezpiecznym miejscu. Jak uciekinier. Albo wypędzony. Co zakopuje rodowe srebra w ogrodzie. Pod lasem. Byłam pewna, że wrócę. Szybko. Że tutaj tylko na chwilę. Przejazdem. Minęło jedenaście lat odkąd miałam je w ręku po raz ostatni. Czasami przypominają mi się okładki. Pierwsze strony. Kolor atramentu. Czasami śnię, że otwieram na przypadkowej stronie i nie rozpoznaję charakteru pisma.

 
Przed chwilą na ulicy zajaśniało od świateł. Pięć wozów strażackich przyjechało na wezwanie. Do, jak się okazało, spalonego garnka. Grupka gapiów szybko się rozeszła. Mężczyźni w uniformach, z toporkami przy pasie, wrócili na posterunek grać w karty. Mieszkańcy zamknęli drzwi i okna. Rozejrzałam się po pokoju myśląc – co zabrałbym ze sobą? Co ocaliła z pożogi? I pomyślałam o pamiętnikach, które są bezpieczne. Ale również o tym, że dzisiaj rzeczy ważne (zdjęcia, dokumenty, teksty, rachunki) są odłożone na wirtualne półki, bujają w serwerowych chmurach, leżakują na przenośnych dyskach. Że (prawie) każdy z nas prowadzi facebookowy dziennik, który za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, podczas lektury, może wzbudzać podobne wzruszenia, co pożółknięte, poplamione strony szkolnych zeszytów dzisiaj. Wszyscy – jak pisał Tadeusz Konwicki – próbujemy wydrapać swój monogram na naszej wspólnej ścianie płaczu. Zostawić ślad. Chociażby dla tych kilku, najbliższych osób, które przyjdą po nas. A czasem tylko dla siebie. Żeby nie zapomnieć. Kim byliśmy. Kim jesteśmy.

 

Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com

www.markowaapteka.com