Jeszcze styczeń. Ciemniej. Brudniej. Śnieg zalega w zakamarkach. Pęknięciach. Czarny kożuch na tym, co wczoraj niezbrukane. Niewinne. Wagon pusty. Stoję przy drzwiach. Opieram czoło o szybę. Spoglądam w dół. Na ulice. Śmieci. Samochody wydobyte z zasp. Place zabaw bez dzieci. Ogródki bez roślin. Porzucone rekwizyty codziennego mozołu. Mam ochotę walić głową w okno. I wyć. Chcę wyjść. Z tego miasta, z tego kraju. Mam w sobie w środku. Mam tylko kościotrupa.* Ale nie wykonuję żadnego ruchu. Stoję. Patrzę. Choć gdybym chciała mogłabym zabełkotać. Zatoczyć błędnym wzrokiem. Wydać z siebie dziki ryk. Jak pisał Walt Whitman: wykrzyczeć swoje barbarzyńskie „yawp” ponad dachami świata. Nikt nie zwróciłby uwagi. Na poranne załamanie nerwowe. Nie wzywał pomocy. Nie spieszył z kaftanem bezpieczeństwa. Raczej wzruszył ramionami. Uśmiechnął się. Szukając wzrokiem ukrytej kamery.

 
To miasto przypomina ogromną scenę. Szczególnie w niedzielę. Szczególnie rano. Nieodparte poczucie nierzeczywistości. Poruszania się wśród rekwizytów. Na wielkiej makiecie. Z papierowym słońcem.

 
Bo nie stąd jestem. I gdziekolwiek byłem /byłem nie stamtąd. Przyszedłem przebadać /tę okolicę, jak najwięcej nabrać, /zagarnąć i nakłamać. I zgubić świadectwo. /Bo jestem nie stąd. I tu nie zostanę. /Piszę po ścianach. Obśmiewam mieszkańców /w mieszkaństwie zatwardziałych, sprawiam im przyjemność /chwilową, zaraz potem wyklinają mnie. /Pod asfaltem jest rzeka, najstarsze koryto, /są głęboko pod domem odwieczne topielce, /choć wzywają mnie we śnie wyciągnięte ręce, /nawet stamtąd nie jestem.**

 
Mam w torbie pieniądze, jedzenie i książki. Mam do głowy przypiętą muzykę. Mogę się odgrodzić. Schować za dźwiękami. Uciec. Pierwsza książka jest o umieraniu. Odziedziczonym lęku. Ciszy. Mikołaj Grynberg rozmawia z dziećmi ocalałych z Holocaustu. Drugie pokolenie. Trauma przekazywana w genach. I rodzinnych historiach. „Oskarżam Auschwitz o pozbawienie mnie ojca”- mówi jeden z bohaterów. „Żyję z tymi sześcioma milionami w głowie”- dodaje inny. Każda rozmowa jest próbą odpowiedzi na pytanie: jak być dzieckiem tych, którzy przeżyli niewyobrażalne. Czy możliwe jest szczęście po tym, czego byli świadkami? Jaką cenę płaci drugie pokolenie? „Mama nigdy mnie nie dotykała. Ona w czasie Holocaustu umarła w środku”, „u nas w domu była cisza”, „nie ma do kogo się odezwać, bo wokół jest pusto. Odziedziczona pustka”- powtarzają. To miała być lektura na jeden wieczór. Ale już po kilku stronach wiedziałam, że nie udźwignę. Po każdej rozmowie muszę zaczerpnąć powietrza. Dlatego mam ze sobą antidotum. Korespondencję Zdzisława Beksińskiego, w której życie jest skondensowane, jak ulubione mleko malarza w tubce z ohydną krową. Czasem perwersyjne. Często zabawne. Ale zaskakująco pogodne, zważywszy na okoliczności. Śmierć żony, samobójstwo syna i czającą się za rogiem tragedię, o której będą pisać wszystkie gazety. „W końcu jestem nietypowy i nie żyję na tym świecie, a tylko to udaję przed samym sobą i przed Panem Bogiem, żeby staruszkowi nie sprawiać przykrości” brzmi ostatnie zdanie z listu, który „Beksa” wysłał na kilka godzin przed. Potem otworzył drzwi. I został zadźgany kuchennym nożem. Przez syna znajomego. Dla kilkuset złotych.

 
Kolejka wlecze się przez most. Po drugiej stronie miasta inne życie. Bardziej ruchliwe. Głośne. Drzwi rozsuwają się z sykiem. Świat stoi przede mną potworem.***

 

*Krzysztof Varga dla Dr. Misio

 
**Marcin Świetlicki, *** Marcin Świetlicki

 

*Milan Kundera

 

Napisz do autorki:
 podwojnezycieweronikik@gmail.com