Przypominam, bracia, Ewangelię, którą wam głosiłem, którą przyjęliście i w której też trwacie. Przez nią również będziecie zbawieni, jeżeli ją zachowacie tak, jak wam rozkazałem. Chyba żebyście uwierzyli na próżno. Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł za nasze grzechy zgodnie z Pismem, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia zgodnie z Pismem; i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim Apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi.
1 Kor 15,1-8

 

 

Półtoraroczny pobyt św. Pawła w Koryncie zaowocował założeniem gminy chrześcijańskiej. Do niej to skierował on list, którego fragment zacytowałem na wstępie. Paweł zamieszkał w domu Pryscylli i Akwili i wraz z nimi trudnił się wyrobem namiotów. Na początku Paweł nauczał w synagodze, przekonując Żydów i Greków, że Jezus jest oczekiwanym Mesjaszem. Wielu Koryntian uwierzyło i przyjęło chrzest. Wśród nich był przełożony synagogi niejaki Kryspus. Działalność św. Pawła napotkała na opory nie tylko ze strony pewnych kręgów żydowskich, ale także ze strony innych mieszkańców tego wielokulturowego miasta. Korynt, leżący na skrzyżowaniu ważnych dróg handlowych, znany był, jako miasto dobrobytu. Liczył wtedy około 500 000 mieszkańców. Była to przede wszystkim ludność napływowa o zróżnicowanym statusie społecznym i różnych wierzeniach. Miasto znane było także z rozwiązłości moralnej. Do dziś funkcjonuje określenie prostytutek „córy Koryntu”. Ta różnorodność wierzeń i postaw moralnych miała wpływ na życie korynckich chrześcijan. Po opuszczeniu Koryntu przez św. Pawła doszło nawet do rozłamu w Kościele. Wspólnota założona przez Pawła zaczęła oddalać się od ewangelicznej nauki. Chrześcijanie tylko z nazwy zaczęli zastępować mądrość krzyża mądrością ludzką. Nazywając się chrześcijanami poddawali w wątpliwość zmartwychwstanie, fundament wiary w Chrystusa. To do nich św. Paweł kieruje słowa: „Jeżeli zatem głosi się, że Chrystus zmartwychwstał, to dlaczego twierdzą niektórzy spośród was, że nie ma zmartwychwstania?. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie i próżna jest także wasza wiara”. Taka wiara nic nie znaczy, co św. Paweł ujmuje w słowach: „Chyba żebyście uwierzyli na próżno”. A zatem można przyznawać się do Chrystusa i wierzyć na próżno. Dzieje się to w przypadku, gdy religia jest dla nas supermarketem, gdzie wybieramy sobie prawdy do wierzenia, które nam odpowiadają. Prawdziwa wiara to pełne zaufanie Chrystusowi nawet w sprawach, które wydają się nam trudne do przyjęcia.

 
Problem głębokiej wiary porusza Ewangelia na dzisiejszą niedzielę. Za Jezusem ciągnęły tłumy ludzi zgłodniałych słowa Bożego. Zachwycały ich pełne mądrości słowa Jezusa. Jednak najważniejsza była moc z jaką te słowa były wypowiadane. Ta moc przybierała formę cudów, które potwierdzały naukę Jezusa. Pewnego razu Jezus nauczał nad Jeziorem Galilejskim. Z powodu ścisku Jezus wsiadł do łodzi, należącej do Szymona, któremu Jezus nadał imię Piotr i z niej zaczął nauczać. Gdy zakończył nauczanie powiedział do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. Na co Szymon odpowiedział: „Mistrzu, przez całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili”. Szymon, doświadczony rybak wiedział, że o tej porze dnia bez sensu jest zarzucanie sieci. Jednak wbrew rybackiemu doświadczeniu, niejako wbrew sobie, na słowa Jezusa wypłynął na głębię i zarzucił sieci. Połów był tak obfity, że wywołał zdumienie świadków wydarzenia. To był cud. Szymon rozpoznał w Chrystusie Wysłannika nieba. Padł na kolana i zawołał: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Po tym wyznaniu Chrystus powołał go do grona swoich apostołów: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. Szymon i jego wspólnicy zostawili wszystko i poszli za Jezusem.

 

 

Szymon usłuchał Jezusa i wypłynął na głębię Jeziora Galilejskiego, a połów był ogromny. Zawierzył także Chrystusowi, gdy Ten wezwał go do wypłynięcia na głębię ewangelicznej mądrości i miłości. Ten połów zadziwia do dziś, i to nie tylko historyków, którzy mówiąc o nadzwyczajnym rozprzestrzenianiu się Kościoła w pierwszych wiekach wymieniają różne przyczyny. Jednak nie są one wystraczającym wyjaśnieniem tego fenomenu. W pierwszych wiekach, mimo okrutnych prześladowań chrześcijanie byli obecni w najdalszych zakątkach cesarstwa rzymskiego. Za tym nadzwyczajnym rozwojem Kościoła, „duchowym połowem” stała moc Boża. Cudowny połów ryb w Jeziorze Galilejskim, jak i słowa Jezusa skierowane do Szymona „ludzi będziesz łowił” są zapowiedzią wyżej wspomnianego dynamicznego rozwoju Kościoła. W dniu zesłania Ducha Świętego Bóg w łasce swojej wylał na niewielką 120 osobową wspólnotę w Jerozolimie Ducha Św. Od tego czasu mimo różnych trudności i problemów wspólnota ta gwałtownie rozrastała się. Ewangelista Łukasz wzrost ten przypisuje przede wszystkim Chrystusowi: „Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni”.

 
Najczęściej to wypływanie na głębię ewangelicznej miłości nie jest znaczone cudownym wydarzeniem lecz przybiera formę pielgrzymowania na spotkanie Boga. Symbolem takiego pielgrzymowania może być pielgrzymka do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. To właśnie tam, każdego roku wędrują z całego świata setki tysięcy pielgrzymów, którzy mierząc się ze swoją słabością, dają się porwać słynnej maksymie: „Najważniejsze nie jest to, żeby pokonać drogę, ale żeby droga pokonała ciebie”. Gdy droga nas pokonuje wtedy odkrywamy co w naszym życiu jest najważniejsze i doświadczymy obecności Boga w naszym życiu oraz zrozumiemy, że wszystko ku Niemu zmierza i w Nim nabiera sensu. Motyw tej pielgrzymki stał się treścią filmu pt. „Droga życia” w reżyserii Emilio Esteveza przy współpracy jego ojca Martina Sheena. Ukazuje on pielgrzymkę do Santiago de Compostela Toma, amerykańskiego lekarza, który nie może się pogodzić z tragiczną śmiercią syna. Daniel zginął w Pirenejach, pielgrzymując do Camino de Santiago. Tom jedzie do Europy po prochy syna. Na miejscu postanawia jednak przejść cały szlak, od początku do końca, aby uczcić pamięć Daniela. W czasie pielgrzymki dołącza do niego kilka osób, które są na zakręcie życiowym. W czasie pielgrzymowania widzimy jak „pokonuje ich droga”, powoli odkrywają najważniejsze wartości, które mogą zmierzyć się nawet z ponurym widmem śmierci.

 

 

Martin Sheen, który wcielił się w rolę Toma jest jedną z wielu znanych postaci w USA, która przeżyła nawrócenie. Hollywoodzki aktor tak to wspomina: „Powróciłem do Kościoła po 15 latach bycia daleko od Boga. W tym czasie byłem człowiekiem bez potrzeb, bez miłości, bez respektu. Jednak wtedy ponownie doświadczyłem wiary. I wiedziałem, że jestem w domu”. Przeżył swoje nawrócenie podczas tworzenia życiowej kreacji w kultowym filmie Francisa Forda Coppoli „Czas Apokalipsy”. W jednym z wywiadów powiedział: „Jeśli Watykan by jutro zbankrutował i zniknął, to ja i tak pozostałbym katolikiem. Kocham wiarę”. To wyznanie ma przełożenie na jego codzienne życie. Jego wypłynięcie na głębię prawdy Chrystusowej jest świadectwem wiary dla innych i owocuje dobrem. Słynny aktor angażuje się w różne akcje charytatywne między innymi sam dostarcza żywność ubogim rodzinom na „Święta Dziękczynienia”, odwiedza chorych w klinikach i zmywa naczynia w hospicjach. Udzielając się charytatywnie mówi: „Nie czekaj na Boga, gdy sąsiad umiera i nie chwal się tym, co robisz”. Są to piękne słowa a w nich chrystusowe przesłanie. Jednym zdaniem Martin Sheen, usłuchał Chrystusa i wypłynął na głębię, a „połów jego życia” jest zadziwiający. Jego wiara nie jest próżna.

 

 

Przed każdym z nas staje Chrystus i mówi: „Wypłyń na głębię”. Gdy Go usłuchamy połów naszego życia będzie obfity, a nasza wiara nie będzie nadaremna.

Niedzielne rozważania w wersji audio znajdują się na stronie www.ryszardkoper.pl w sekcji Audio-Video